Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna | Blogi | Eviva's blog

Część X: STOLICA

Stolica wydała się Ternańczykowi przede wszystkim bardzo kolorowa i nowoczesna. Była niewątpliwie ogromna, dużo rozleglejsza niż Sha’nd, w którym wychowywał się młody książę, ale główna różnica polegała na nowoczesności zabudowy. Było w tym coś niepojętego – Ternanie preferowali styl architektury zwany „retropuls”, a jednocześnie nowoczesne urządzenia, podczas gdy tutaj było chyba odwrotnie. Wspaniałe, smukłe drapacze chmur, całe z nowoczesnych materiałów, błyszczące niklem i szkłem, betonowa kostka chodnikowa, taśmociągi, ruchome schody i neoasfaltowe jezdnie. A obok tego wszystkiego konna trakcja pasażerska, wierzchowce i bryczki, sprzątacze z ręcznymi narzędziami i staroświeckie kramy zamiast naszpikowanych elektroniczną aparaturą sklepów. Silvand rozglądał się po tym wszystkim ze zdumieniem i ciekawością, prawie zapomniawszy, na jakich jest tu prawach. Nagle drgnął. W mijanym właśnie zaułku siedziała mała, może jedenastoletnia dziewczynka i śpiewała niepewnym głosikiem jakąś piosenkę, akompaniując sobie na trzystrunnym instrumencie. Ten widok rozdarł gwałtownie zasłonę niepamięci, jaka wysiłkiem woli narzucił na całą swoją przeszłość. Jak żywa stanęła mu przed oczami Ezze, jej drobna postać, ciężką masę czarnych włosów przetykanych złotem, okrągła twarzyczka o dziwnych, bladobrązowych ustach i oczach wypłowiałych niczym ze starości. Usłyszał jej głos, sarkastyczny, gdy mówiła i dźwięczący całą gamą barw, gdy śpiewała. Przypomniał sobie wszystko, co razem przeżyli, całe jej przywiązanie i bezinteresowną przyjaźń.
- Przecież ja byłem dla niej niedobry.- pomyślał bezradnie.
Traktował ją jak coś oczywistego, jak kogoś, kto zawsze przy nim będzie. Nie myślał nigdy o tym, co ona czuje, mała przybłęda z obcego świata, bardziej obca niż można to sobie wyobrazić. Może wogóle nie rozumiał jej uczuć? Mógł nie rozumieć. Ezze wyrosła na innej planecie, pod pojedynczym słońcem, na planecie wstrząsanej naturalnymi kataklizmami i szarpanej wojnami, czymś, czego rodowity Arnańczyk nawet nie umiał ogarnąć umysłem. Jak to jest, gdy dwa narody tracą rozum tak dalece, by mordować i podpalać wszystko, co stanie im na drodze? Jakie to musi być straszne... I w tym wszystkim wychowała się Ezze, cudowna istota, poetka i śpiewaczka, która pewnego dnia niespodziewanie spadła na ulice Sha’nd. Czy tam, skąd pochodzi, jest więcej takich jak ona? Znał ją od siedmiu lat, ale właściwie nic o niej nie wiedział – ani w jakim była wieku, ani kim byli jej rodzice, ani co się z nią działo przed pojawieniem w Ternie. Nie mówiła o tym, i dopiero teraz uświadomił sobie ze wstydem, że nie pytał jej o to. Może powinien?
Wóz wjechał w bramę cesarskiego zamku, ogromnej budowli stylizowanej na zamek sprzed dwustu lat, ale wykonanej z nowocześniejszych materiałów, chyba żelazobetonu i utwardzanych metali. Na dziedzińcu kręciło się kilkunastu niewolników obojga płci, wszyscy zajęci jakąś pracą. Na nowoprzybyłych ledwie spojrzeli, ale zaraz pojawił się przy wozie rudy olbrzym w zielonej liberii i zmierzył taksującym wzrokiem wszystkich pasażerów.
- Są cali, Nazar – uspokoił go szef żniwiarzy – Ten dodatkowy doszedł w drodze. Trzeba spytać księcia Igora, co z nim robić, to jego niewolnik.
Nazar podrapał się po głowie.
- No dobrze – powiedział z wahaniem – Spytam, choć starszy książę jest dziś w fatalnym humorze i lepiej nie nasuwać mu się na oczy...
- Ty, Nazar, nie plotkuj, bo nie za to ci tu płacą – zabrzmiał za jego plecami gniewny głos Igora – O, witaj, Silvand. Aleś schudł przy tych żniwach...Do twarzy ci z tym, wiesz? Bardzo żeś się zmęczył?
- Nie twoja sprawa.- warknął Silvand. Niemal w tej samej chwili poczuł na obnażonych ramionach ostre smagnięcie. Nazar ostrzegawczo pogroził mu rękojeścią bicza.
- Do członków rodziny królewskiej nalezy odzywać się z szacunkiem – rzekł surowo – Inaczej oberwiesz. Zrozumiano?
Igor roześmiał się tak, jakby ta sytuacja wreszcie poprawiła mu nastrój.
- Będzie czas go utemperować – rzekł – Nazar, zdaje się, że Xevar został już zwolniony i wakuje ci posada stajennego. Niech ten przybłęda zajmie się końmi. Zrób mu jakiś pokoik nad stajnią, bo o ile wiem, to w czworakach nie ma już miejsca.
- Tak jest, Wasza Wysokość.- Nazar wypręzył się na baczność ruchem zdradzającym byłego wojskowego.
Na dziedziniec wyszedł może dziesięcioletni chłopiec w ciemnopurpurowym ubraniu. Chłopiec był chudy i wątły, poruszał się z ociężałością niepasującą do dziecka w tym wieku, a jego ostre rysy zdradzały wyraźne podobieństwo do Igora.
- Jednak wyszedłeś, Polo? Żebyś tylko sobie nie zaszkodził – zwrócił się do niego książę z pewną troską, ale zaraz wrócił do dawnego, sarkastycznego tonu – Popatrz no na tego jasnowłosego przystojniaczka. To nasz niewolnik, nasz, nie cesarstwa, rozumiesz? Nasza zabawka, nasza własność. Jest królewskiej krwi, zabawne, nie?
Chłopiec popatrzył na Ternańczyka z tą samą drapieżnością w spojrzeniu, która cechowała Igora i Vassara. Oczy miał głęboko wpadnięte i podkrążone, z pewnością nie grzeszył zbyt dobrym zdrowiem. Starszy brat objął go opiekuńczo i odszedł wraz z nim, nie zaszczyciwszy już Silvanda słowem ni spojrzeniem.
- Chodź – Nazar pociągnął ternańskiego księcia za łokieć – Na drugi raz, chłopcze, nie pyskuj Igorowi. Niejednemu już obrzydził życie, i ty też nie dasz mu rady. Znasz się na koniach?
- Znam.- Silvand przystanął na moment. Przez dziedziniec przeszła młoda kobieta, drobna i delikatna, w zaawansowanej ciąży. Jej strój i krótkie włosy wyraźnie wskazywały na to, ze ona również była niewolnicą.
- Co się z nią stanie, gdy urodzi? A z jej dzieckiem?- spytał, nim zdążył się powstrzymać.
- Nic. Co ma być? Uważasz nas tu za barbarzyńców, czy co? Zresztą martw się lepiej o siebie. Jeśli nie spokorniejesz, czeka cię tu ciężkie życie. Książę Igor łamał nie takich jak ty, a ja się za tobą nie ujmę.
Mimo tych ostrych słów, mimo piekącego śladu bata na ramionach, Silvand odniósł wrażenie, że ten rudy olbrzym jest mu raczej życzliwy. Zamilkł więc i bez słowa podporządkował się jego poleceniom. Tego dnia nie było ich zresztą tak wiele – obaj zajęci byli urządzaniem prowizorycznego pokoju nad stajnią. Przede wszystkim usunęli stamtąd część starych worków z zimową paszą i postawili przepierzenie między resztą składu a ścianą z jednym, okrągłym oknem. Potem wyszorowali całe pomieszczenie szarym mydłem, ustawili w nim składane łóżko, jakąś odrapaną szafkę i niewielki stolik na jednej nodze. Następnie przynieśli dobrze wypchany siennik, wałek pod głowę, używany tu jako poduszka i kilka podniszczonych koców. Na większe luksusy nie było co liczyć.
- No, nie będzie ci tu źle – zawyrokował wreszcie Nazar, obrzucając efekt ich wysiłków zadowolonym spojrzeniem – Tyle, że na zapach nic już nie poradzimy. Na dole mieszka czterdzieści pięć koni, wiesz.
- Nic mi to nie przeszkadza.- zapewnił go Ternańczyk. Naprawdę tak było, więcej nawet - obecność tych zwierząt wpływała jakoś kojąco na jego stargane nerwy.

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi