Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna | Blogi | Eviva's blog

Część XII: NIEZWYKŁY GOŚĆ

Chłosta była zwykłym sposobem karania niewolników w Rashanie. Silvand szybko się o tym przekonał. Za każde słowo nie dość grzeczne, za każdą robotę wykonaną nie całkiem tak, jak od niego żądano, dostawał kilka batów na gołe plecy. Początkowo upokorzenie bolało go bardziej niż samo bicie, później jednak zobojętniał na to i przywykł. Znacznie gorszą rzecza niz otrzymywane razy były pomysły Igora, który najwyraźniej uparł się, by obrzydzić mu życie. Wymyślał w tym celu przeróżne rzeczy: kazał Silvandowi czyścić sobie buty, nigdy nie ominął okazji, by rzucić mu jakąś nieprzyjemną uwagę, a gdy spraszał na bankiet swoich przyjaciół, często kazał mu się obsługiwać, jak lokajowi. Był niezmordowany w wyszukiwaniu nowych sposobów na dokuczenie młodemu Ternańczykowi. Silvand przyjmował te szykany z cała godnością, na jaką mógł sie zdobyć w tych warunkach, ale było mu coraz trudniej. Mimo to po jakimś czasie, trochę wbrew sobie, zaczął znów chwytać rzadkie okazje do odrobiny radości, a przede wszystkim zaczął interesować się tym, co go otaczało. A przecież cesarski zamek był miejscem, gdzie stale się coś działo. Sama nauka o tym, jak cesarstwo funkcjonowało, okazała się bardzo ciekawa. Silvand dowiedział się, że dzieliło się ono na kilkanaście królestw, połączonych obecnie unią monetarną, gospodarczą i polityczną. Jeszcze do niedawna toczyły między sobą wojny, co stało w jaskrawej sprzeczności z panującym na Półkuli Zachodniej pokojem. Tam właściwie nie znano wojen, tutaj jednak ostatnia z nich była jeszcze dość świeżym wspomnieniem. Szczęśliwie wyglądało na to, że to już przeszłość. Wszyscy królowie podlegali cesarzowi, który był jednocześnie królem Gerundy – tak dokładnie nazywało się centralne królestwo, którego stolicą było Raion. Unia działała w zasadzie na prawach równości poszczególnych królestw. Decydujący głos we wszystkich sprawach nie należał do cesarza, uchwały podejmowano zwykłą większością głosów, ale cesarz miał prawo weta i w szczególnych wypadkach mógł domagac się ustąpienia z tronu króla, który jego zdaniem działał na niekorzyść związku. Co się działo, gdy to cesarz był cierniem w tym wieńcu, Ternańczyk na razie nie wiedział.
Gdy pewnego wieczoru na dziedziniec wjechał klatkowóz, niewolnicy zaczęli szeptać gorączkowo między sobą. Silvand stał za daleko, by móc usłyszeć ich słowa, ale, choć zajęty czerpaniem wody ze studni, podniósł głowę, zaintrygowany. Klatkowozy używane były zazwyczaj do przewożenia wyjątkowo niebezpiecznych zwierząt, ale żaden nie wyglądał tak, jak ten. Pręty klatki były z niebieskawego złota, a każdy z nich pokrywał wieloczłonowy napis runiczny. W klatce nie było żadnego zwierzęcia. Siedział tam człowiek – młody mężczyzna, na pewno nie starszy od Silvanda, ubrany w obcisły, jedwabny strój, nieco podobny do trykotu gimnastyków, ściągnięty dodatkowo w talii szerszym niż dłoń pasem z rzeźbioną klamrą. Silvand nigdy nie widział podobnego ubrania, ale ten, który je nosił, sam w sobie był niezwykły. Jego skóra była jasna, trochę zbyt blada, co jednak wcale nie raziło, przeciwnie, dodawało mu swoistego wdzięku. Gładkie jak szkło włosy połyskiwały głębokim granatem, a gdy klatkowóz podjechał bliżej, Ternańczyk zobaczył, że ich odcień zmienia się w pulsującym rytmie. Były dość krótko obcięte, wbrew obowiązującej modzie, ale nad pięknie zakreślonymi brwiami tworzyły obfitą, postrzepioną grzywkę. Silvan w życiu nie widział takiej fryzury. Nieznajomy uśmiechnął się z pewną kpiną na widok jego zainteresowania, a ten uśmiech zarysował w jego policzkach czarujące dołki. Z bliska Silvand mógł zobaczyć, że jego twarz przypomina nieco rysami Igora. Wąski podbródek, wysokie czoło i lekko wystające kości policzkowe zdradzały wyraźnie dziedzictwo Shokotongów, ale na tym też podobieństwa się kończyły. Mały, prosty nos o klasycznym kształcie na pewno nie miał cech wspólnych z długimi nosami cesarskiej rodziny, usta też były stanowczo inne: mniejsze i delikatniej zarysowane. Wielkie, podłużne jak liście oczy miały zupełnie niewiarygodną, pastelowoniebieską barwę, jakiej Silvand dotąd nawet sobie nie wyobrazał..
- Kto to jest?- spytał Ternańczyk Branteusa, który właśnie podszedł, by zabrać napełnione wiadro.
- Ten w klatce? Wielka szycha. Nazywa się Varens i jest krewnym cesarza. Ale to czarna owca w rodzinie. Terminuje u Almaviry, to już mówi samo za siebie.
- U kogo? Kim jest ten Almavira?
- A prawda, ty nie jesteś stąd. Almavira to najpotężniejszy mag na tej półkuli. Kawał łotra i na dodatek przestępca. Tylko że kto mu kajdanki założy, hę, jak on jednym słowem potrafi cały regiment wojska wbić po pas w ziemię? Varens uczy się u niego i sam już nie bardzo jest człowiekiem.
Branteus zabrał wiadra i poszedł do stajni, a Silvand zaczął czerpać wodę do nowych, pustych naczyń. Nie spuszczał przy tym wzroku z klatkowozu, który zaparkowano na środku dziedzińca. Coś go niepokoiło, choć nie wiedział, co. Nie miał zbyt wiele czasu, by o tym myśleć – przed snem musiał jeszcze wyczyścić kopyta kilkunastu koniom i wszystko sprawdzić. Wolał nie poruczać Branteusowi odpowiedzialniejszych zadań, bo ten chłopak, choć chętny do pomocy i bardzo silny, był opóźniony umysłowo i lepiej było na niego uważać. Gdy wreszcie wykonał wszystko, co miał do roboty, był tak zmęczony, że zasnął, ledwo przyłożył głowę do poduszki.
W środku nocy zbudził się jednak. Chwilę leżał, wpatrzony w ciemność, potem wstał i zszedł ze swego stryszku na dół. Kilka koni parsknęło z cicha, poza tym panowała błoga cisza. Silvand, nie bardzo myśląc o tym, co robi, wyszedł na dziedziniec, gdzie nadal czerniała ogromna klatka. Podszedł do niej wolnym krokiem, zastanawiając się, czemu nie zamknięto więźnia w zamkowych lochach, skoro był taki ważny.
- Nie możesz spać, czy lunatykujesz?- spytał go Varens. Siedział na środku klatki ze skrzyżowanymi nogami, prawie niewidoczny w mroku nocy. Tylko jego oczy świeciły jak oczy dzikiego zwierzęcia.
- Co z tobą zrobią?- odpowiedział Silvand pytaniem na pytanie.
Varens zaśmiał się. Wynurzający się zza chmury księżyc oświetlił jego gibką postać i twarz, wykrzywioną ironicznym uśmiechem.
- Ze mną? Prawie że nic. Zostawią mnie w tej klatce, aż umrę – odoparł lekko – Jeśli zastanie mnie w niej wschód słońca, będzie po mnie. I tyle. Nie lubią mnie, wiesz.
- Almavira nie moze cię uwolnić?
- Nie bardzo. Raz, że ta klatka jest z magicznego złota, nie do sforsowania czarami, a dwa, że on jest takie zdania: jeśli uczeń nie umie radzić sobie sam, niewart jest, by go uczyć.
Silvandem wstrząsnął nagły dreszcz. Poczuł niewytłumaczalną sympatię dla tego dziwnego osobnika, jakoś nie potrafił uwierzyć, że jest on zły. Przez lata nauczył się ufać swemu instynktowi w tych sprawach, i ten właśnie instynkt podpowiadał mu teraz, że Varens nie jest taki, jak o nim mówią. Rozejrzał się i nagle podjął decyzję.
- Poczekaj.- rzucił i pobiegł do stajni.

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi