Część XIII: RYZYKOWNA ZAGRYWKA
W skrzynce z narzędziami powinno być to, czego teraz potrzebował. Nie odważywszy się zapalić światła, by nikogo nie zaalarmować, przerzucał narzędzia, rozpoznając je dotykiem, aż wreszcie odnalazł zgrabny, zagięty szpikulec, służący do usuwania kamieni z końskich kopyt. Wrócił biegiem na dziedziniec. Niewiele wiedział o metalach, ale utkwiło mu w pamięci, że czyste złoto jest miękkie, a jedynie czyste zachowuje właściwości magiczne. Neutralizuje wtedy wszelkie moce magów i czarowników (Silvand nie chwytał różnicy znaczeniowej między tymi pojęciami, ale wiedział, że taka różnica istnieje), i nie ma na to sposobu.
Varens obserwował w milczeniu, jak Ternańczyk majstruje przy zamku klatki. Silvand wyczuwał jego napięcie i towarzyszące mu lekkie zdziwienie, że ktoś chce się narażać w jego obronie. Sam Silvand doskonale wiedział, że jeśli go odkryją, to nie tylko uniemożliwią mu akcję ratunkową, ale też zostanie surowo ukarany. Mimo to nie ustawał w swych wysiłkach. Nie miał instynktu włamywacza, nie miał nadziei na posłużenie się szpikulcem jak wytrychem, ale za jego pomocą rozginał mozolnie zapadki zamka, póki ten wreszcie nie puścił. Varens zwinnie wysunął się z klatki i jego niepokojące oczy znalazły się tuż przy oczach Silvanda. W ciemności błysnęły jego zęby, ostre jak kły drapieżnika, gdy więzień uśmiechnął się – nie z wdzięcznością, a z drwiącym politowaniem. W następnej sekundzie Silvand poczuł ostre ukłucie na szyi. Jednocześnie po całym jego ciele nieodpartą falą rozlała się ekstaza, jakiej istnienia nawet nie podejrzewał. Wiedział, co się dzieje – Varens pił jego krew, zatem znał już jego ponury sekret – ale jednocześnie pragnął, by to się nigdy nie skończyło. Trwało to jednak bardzo krótko. Wampir znów się uśmiechał do niego, ocierając swe delikatne usta z krwi.
- Jesteś łatwowierny... Tytanie – rzekł cicho, kładąc na jego ramionach wąskie dlonie, zakończone długimi paznokciami – Ale dziękuję. Ocaliłeś moją niepokorną głowę, i może przekonasz się jeszcze, że Varens nie jest niewdzięcznikiem.
Ostrożnie wyjął mu z ręki szpikulec.
- Lepiej będzie, jak ja go wezmę. Przekonasz się, że mam rację.
Odwrócił się i zwinnie przeskoczył przez mur, zostawiając Ternańczyka w ogromnym zdumieniu. Był pewny, że nigdy wcześniej nie spotkał się z tym człowiekiem, jak więc on tak szybko mógł rozszyfrować jego drugie ja? Tytan bywał na Wschodniej Półkuli , to prawda, ale nigdy nie zetknął się tam ani z Almavirą, ani z jego uczniem. Zresztą Gandvina, jedyny kontynent tej półkuli, była ogromna, całe cesarstwo Rashan zajmowało ledwie jedną dwunastą jego powierzchni. Tytan odwiedzał jedynie jej górzyste rejony, oddalone o minimum pięćset mil od najbliższego miasta, bo tam uwili sobie gniazdo ludzie, którzy stanowili zagrożenie. Wstrząsnął nim nagły dreszcz. Otulił się mozniej zarzuconym na ramiona kocem i wrócił do stajni, do swego łóżka. Był oszołomiony utratą krwi, dziwnie obolały, ale jednocześnie ogromnie, niewytłumaczalnie szczęśliwy.
Rano, tak jak się tego spodziewał, wybuchła straszna awantura. Nikomu nie mieściło się w głowie, że ktoś mógłby uwolnić Varensa i jego magiczne moce. Specjaliści zbadali dokładnie zniszczony zamek i strawili cały dzień na poszukiwaniu narzędzia przestępstwa. Teraz Silvand rozumiał, czemu mag zabrał mu szpikulec – gdyby znaleźli u niego ten zaimprowizowany wytrych, sprawa mogłaby się skończyć zupełnie źle. Vassar publicznie odgrażał się, że każe ściąć tego, kto ośmielił się uwolnić więźnia, bez względu na to, kim on by się okazał. Nie było powodu, by mu nie wierzyć – na tej półkuli kara śmierci nie była niczym niezwykłym, orzekano ją w wielu wypadkach. Teoretycznie istniała i na Półkuli Zachodniej, ale tam nie była stosowana od bardzo dawna. Uważano ją za barbarzyński przeżytek i słusznie lub nie, obywano się bez niej. Nie można powiedzieć, by Ternańczyk był przerażony, ale czuł nieprzyjemne łaskotanie w okolicy serca, gdy przeszukiwano stajnię. Wiedział, że nic nie znajdą, ale sama świadomość, że gdyby nie przytomność umysłu Varensa, to śledczy znaleźliby w jego skrzynce narzędzie przestępstwa, była nieprzyjemna. Był o włos od poważnego niebezpieczeństwa. Niepowstrzymana chęć niesienia pomocy mogła wpędzić go w prawdziwe tarapaty, z których nie wyłgałby się juz drobną chłostą. Na szczęście nikt go nie podejrzewał. Przesłuchano go rutynowo, ale jego odpowiedzi na stawiane pytania słuchano z miernym zainteresowaniem. Nikt widocznie nie spodziewał się, że mógłby powiedzieć coś ciekawego.
- Żeby tylko wiedzieli to, co ja wiem...- myślał Silvand, patrząc na śledczych i jednocześnie ciesząc się, że nikt go nie podejrzewa. Wogóle nie podejrzewano jak dotąd nikogo – cieszyło go to, gdyż wiedział, że gdyby ktoś został skazany za jego winę, musiałby się przyznać i położyć głowę na pniu. Wolałby tego uniknąć. Mimo wszystko kochał życie, nawet takie podłe, jakie teraz prowadził. Sam uważał, że to zabawne: pozbawiony wszystkiego, zdegradowany do roli stajennego popychadła, choć wychował się w pałacowych komnatach i od małego ludzie mu się kłaniali, dręczony przez Igora i chłostany za każde przewinienie, mimo wszystko kochał życie. I wcale nie miał ochoty, by się z nim rozstać.

















































