Część XIV: CZARNY MAG
Nie znalazłszy nikogo, kogo możnaby powiązać z uwolnieniem ważnego więźnia, cesarz i jego syn postanowili zaatakować twierdzę, w której mieszkał Almavira. Gdyby nie wściekłość, spowodowana tym, co się stało, pewnie nigdy by tego nie zrobił, ale gniew wyraźnie zmącił mu umysł i Vassar pospiesznie zmobilizował silny oddział żołnierzy, którzy byli szkoleni do walki z przeciwnikiem biegłym w magii. Kiedyś, jak opowiedział Silvandowi Branteus, magowie przejęli na jakiś czas kontrolę nad państwem, ale ludziom udało się ich wreszcie pokonać i wypędzić poza granice cesarstwa. Jednak i tam bywali groźni. Almavira, Czarny Mag, nie miał takich zapędów jak Medon. Nie próbował sięgnąć po koronę, ale czasem utrudniał prawowitemu władcy rządzenie.
- On wbił sobie do głowy, że będzie współczesnym Araxetem – opowiadał Silvandowi Branteus, gdy obaj wykonywali niekończącą się robotę, to znaczy czyszczenie stajni – Wiesz, w średniowieczu był tu taki napaleniec, który odbierał bogatym i rozdawał biednym, uwalniał więźniów, buntował chłopów.... Almavira robi podobnie, z tym, że nie walczy mieczem, a czarami. Miłościwy Pan dostaje szału na sam dźwięk jego imienia, ale nic nie może zrobić, bo Almavira ma nieprawdopodobną moc. Teraz tez nic nie zdziała, zobaczysz.
Uśmiechnął się szeroko. Silvand odpowiedział mu podobnym uśmiechem. Lubił tego chłopca, nieco powolnego, o umyśle dwunastolatka. Branteus nie był niewolnikiem. Wychował się na cesarskim dworze, jako niemowlę podrzucony pod kuchenne drzwi i, przyuczony w późniejszym czasie do wykonywania prostych robót, już tu został. A ponieważ kochał konie i był silny fizycznie, przydzielono go do cesarskich stajen.
Wkrótce okazało się, że Branteus miał rację. Po kilku dniach cesarz i jego doborowa kompania wrócili, wściekli i zmęczeni, z pustymi rękami. Almavira, który widać spodziewał się ich wizyty po ucieczce swego ucznia, otoczył swą siedzibę taką magią, że żołnierze zabłądzili, nie umiejąc odróżnić majaków od rzeczywistych obiektów. Samej siedziby maga nawet nie zobaczyli, choć każdy z nich znał na pamięć miejsce, gdzie była zbudowana – Almavira wcale tego nie krył.
Po powrocie Vassar zamknął się w swoich komnatach i z nikim nie chciał rozmawiać. Słyszano, jak klął w najwyższej pasji, co zdarzało mu się niezmiernie rzadko – ostatni raz wtedy, gdy żona wyrzuciła go z zebrania Rady Królów, przemując prowadzenie rozmów. Mimo poważnych wątpliwości co do jej równowagi psychicznej, zawsze i wszędzie uznawano jej zwierzchność. Miało to podstawy logiczne: Maeve, choć trochę szalona, zawsze podejmowała właściwe decyzje i dawała znakomite rady.
Nie wiadomo, jak długo cesarz siedziałby w swym dobrowolnym zamknięciu, gdyby nie wydarzenie, które zelektryzowało cały cesarski dwór. Oto przed bramami zamku pojawił się Almavira. Wjechał na dziedziniec we własnej osobie, na czarnym ogierze o płonących, czerwonych ślepiach, i zażądał audiencji.
Silvand z zaciekawieniem wyjrzał na dziedziniec. Nikt inny się na to nie poważył, przeciwnie, wszyscy się pochowali, gdzie kto mógł, ale młody Ternańczyk nie miał podstaw, żeby bać się Czarnego Maga. Chciał zobaczyć, jak wygląda ktoś, przed kim wszyscy uciekają jak zające – myślał, że może jest olbrzymem lub jakimś potworem, ale widok go zaskoczył. Almavira był smukłym, niezbyt wysokim mężczyzną o srebrnozłotych włosach, nastroszonych w przedziwnej fryzurze. Kilka dłuższych pasm opadało na koronkowy kołnierz jego ściągniętej w takii, marszczonej bluzy o rękawach wąskich do połowy przedramienia, a od połowy rozkloszowanych. Twarz miał wąską, przeciętnie przystojną, trochę kanciastą, oczy nieco skośne i równie skośne brwi nad oczami, zewnętrznymi końcami sięgające aż górnej linii czoła. Wyglądał tak, jakby przydomek „Czarny Mag” był mu nadany nieco na wyrost, ale Silvand z miejsca wyczuł tę osobliwą emanację, która wyróżniała specjalistów od najmroczniejszych czarów. Walczył z takimi jako Tytan, wspierany dyskretnie przez Półboga, i wiedział dobrze, jak trudną ma się z takimi robotę.
- Zajmij się moim koniem.- powiedział Almavira, zsiadając i rzucając Silvandowi wodze. Jego głos był słodki słodyczą trucizny, ale mimo woli człowiek wsłuchiwał się w niego jak w piosenkę.
Silvand nie oponując chwycił wodze rumaka, który parsknął dziko, błysnął zębami i stanął dęba. Okute ciężkimi podkowami kopyta śmignęły tuż koło uszu Ternańczyka, który, nie cofnąwszy się ani o krok, wyciągnął rękę. Wyczekawszy na odpowiedni moment przykrył dłonią nozdrza konia i, szepcząc uspokajająco, ściągał powoli wodze, póki grożące mu kopyta nie opadły ze stukiem na bruk dziedzińca. Silvand, dalej łagodnie szepcząc, poklepywał teraz konia po karku i szyi, a ten, wciąż nerwowo pomrukując, przebierał nogami i prężył grzbiet. Pieszczota najwyraźniej mu się podobała, choć nie chciał pokazać tego po sobie.
- Nieźle, nieźle – rzekł mag z oszczędnym uznaniem – Pilnuj go, póki nie wrócę.
Lekkim krokiem ruszył do zamku i znikł za drzwiami. Silvand został sam ze swymi myślami, jesli nie liczyć czarnego ogiera nieznanej mu rasy, który, całkiem juz uspokojony, pocierał teraz łbem o jego ramię. Mimo swego strasznego wyglądu i dzikiego usposobienia był jednak zwykłym koniem, może z odrobiną magii w żyłach. Wyraźnie lubił głaskanie i poklepywanie, i już nabierał do Silvanda zaufania. Ternańczyk poszperał w kieszeni i, wyciągnąwszy kostkę cukru, podał go ogierowi na otwartej dłoni. Koń wziął delikatnie cukier i całkiem się już uspokoił. Inni niewolnicy, którzy wylegli z barakó, patrzyli na Silvanda z mieszaniną szacunku i niedowierzania, ale on ich nie widział, pogrążony we własnych myślach. Dużo dałby teraz za to, by móc zajrzeć tam, gdzie Almavira rozmawiał z cesarzem. Czy to były prywatne apartamenty Vassara? E, nie, chyba raczej sala tronowa. Bo w to, że Almavira dostąpił audiencji, wcale nie wątpił. Czarny Mag na pewno umiał osiągać swój cel, zresztą inaczej tak by sie go nie bali.
- Nie zamyślaj się tak, bo byle pętak cię zaskoczy – Almavira stanął niespodziewanie za plecami Ternańczyka i wyjął mu z ręki końskie wodze – Jakbyś kiedy potrzebował posady, zgłoś się do mnie. Jak dotąd żaden człowiek nie odważył się podejść do Bellefora bliżej niż na pięć kroków.
- Nie jestem strachliwy.- rzekł spokojnie Silvand.
- O, to to już wiem – rzekł mag z osobliwym akcentem, dostrzegalnym jedynie dla Silvanda – Jesteś naprawdę niezły... Jeszcze kiedyś się spotkamy.
Zawrócił konia i odjechał, wcale się nie spiesząc. Z krążących między służbą opowieści Silvand dowiedział się później, że Almavira spokojnie, bez cienia afektacji, zabronił cesarzowi wszelkich zaczepek pod adresem jego uczniów, a gdy Vassar próbował ratować jakoś resztki godności, niedbałym pstryknięciem palców stopił cesarski tron w jedną skwierczącą bryłę. Potem wyjasnił uprzejmie, że bez szczególnego wysiłku może zrobić to samo z całym zamkiem, ale nie jest wrogo usposobiony, prosi więc o zaprzestanie nękania jego podopiecznych. Z wojny nikt nie odniósłby korzyści, lepszy jest pakt o nieagresji.
Jeszcze długi czas cały cesarski dwór żył tymi wydarzeniami, nie mając najmniejszego pojęcia, kto odegrał w nich wcale niepoślednią rolę. Silvand myślał o tym wszystkim może najmniej, a wkrótce nastąpiły inne wydarzenia i na jakiś czas całkiem zapomniał o Varensie

















































