Część XVI: KARA DLA SILVANDA
W umyśle Silvanda doszło do pewnego rozdwojenia – nagle zaczął współczuć tej rodzinie. Było to dziwaczne, współczuć ludziom mającym władzę i bogactwo Shokotongów, ale w tej rodzinie wyraźnie źle się działo. Być może kretyńska w gruncie rzeczy zabawa, której namiętnie się oddawali, a której ostatnią ofiarą był on sam, była ucieczką od czegoś, czego sami nie umieli nazwać?
Westchnął i wrócił do pracy. Widział, że Nazar popatruje na niego z troską, i jakby z pewnym zdziwieniem, że ten obcy niewolnik jakoś nie boi się czekającej go walki. Nie zwracał na to uwagi. Nie miał zamiaru mu tłumaczyć, że walczył w swym krótkim życiu więcej, niż chciał i mógł, i że nie boi się żadnego przeciwnika, jakiego mogą mu narzucić. Półbóg wyszkolił go lepiej, niż zdołałby to zrobić jakikolwiek mistrz walki, kilka lat podwójnego życia było dla niego nieustającym treningiem. Nie istniał chyba zwykły człowiek, który mógłby go pokonać w pojedynkę. Ta świadomość powinna cieszyć ternańskiego księcia, ale nie sprawiała mu radości. Drogo zapłacił za tę umiejętność, za drogo, by się nią cieszyć. Nawet to, że była bronią, której nie mogło wykryć najstaranniejsze przeszukanie, nie sprawiało tej przyjemności, co wtedy, gdy miał siedemnaście lat. Wtedy był dumny z tego, czym się stał pod okiem Półboga, po dziecinnemu dumny. Młody głupiec! Nie zdawał sobie sprawy z tego, jakim przekleństwem będzie dla niego kostium Tytana.
- Tytani zwykle źle kończą – ostrzegł go kiedyś Półbóg – Trzymaj nerwy na wodze, jeśli nie chcesz wylądować na cmentarzu... lub w więzieniu, bo i to się już zdarzało.
Nie, nie mógł mieć pretensji do Półboga. Nie krył przed nim, co mu grozi i jak będzie w rzeczywistości wyglądało jego życie bohatera, zawsze usiłował wskazać mu właściwą drogę. Nie można było winić go za to, że uwazał bezpieczeństwo Zachodniej Półkuli za ważniejsze od prywatnego życia jednego chłopca, choćby ten chłopiec był królewskim synem. Ciekawe, czy Wschodnia Półkula też ma swego Półboga, który kreuje Obrońcę w chwili największego niebezpieczeństwa? A jeśli nie, to jak tu sobie radzą?
Niewiele myślał o walce, póki nie nadeszła sobota. Nawet i wtedy nie zaprzątał sobie nią głowy, dopiero, gdy po niego przyszli, dotarło do niego, że ma przed sobą nieprzyjemną próbę. Nie lubił walczyć – w gruncie rzeczy nie uznawał nawet czegoś takiego jak walka dla sportu. Wydawało mu się rzeczą odrażającą to, że komuś może sprawiać radość obserwowanie ludzi, z których jeden usiłuje pokonać drugiego siłą mięśni i bezwzględnością. A teraz sam miał stać się „atrakcją wieczoru” dla gości cesarskiego dworu. Widocznie na Wschodniej Półkuli lubiono taką barbarzyńską rozrywkę, skoro, jak już wiedział, istniała tu specjalna akademia zapaśnicza. Z niej właśnie miał pochodzić jego przeciwnik.
Bez protestu zdjął niewolniczy kaftan i założył dziwaczny strój z czarnej skóry, w którym wyglądał jak zawodowy atleta. Przekonał się o tym, gdy idąc za strażnikami zerknął w lustro, wiszące na korytarzu. Od miesięcy nie zaglądał do lustra, bo ani na polu, a ni w stajni żadnego nie było. To w korytarzu było pierwszym, które zobaczył od dnia przybycia do tego kraju. Aż przystanął, gdyż z gładkiej tafli spojrzał na niego zupełnie obcy człowiek. Sylwetka pozostała atletyczna, ale była teraz szczuplejsza, z wyraźniej zaznaczonymi węzłami mięśni. Twarz niby ta sama, a jednak inna – oczy pozostały czarne, ale były jakby większe, o twardszym wejrzeniu. W wychudzonej twarzy kości policzkowe zaznaczały się mocniej, tak samo jak kości wąskich, pięknie wymodelowanych szczęk. Brakowało wspaniałej, jedwabistej, złotoblond grzywy, którą Ezze tak lubiła czesać... Krótkie włosy sprawiały, ze czoło wydawało się wyższe i szersze – przecinające je ciemne brwi nie były przedtem widoczne spod obfitej grzywki, opadającej aż na oczy. Nie wyglądał starzej, to nie było to... ale czegoś brakowało w jego spojrzeniu i to własnie rzucało cień na cała twarz. Dopiero po chwili zrozumiał, że brakło nadziei, oczekiwania na cokolwiek. Jego oczy były teraz podobne w wyrazie do oczu Ezze – były to oczy starca.
Nie mógł dłużej medytować nad swoim odbiciem, gdyż jeden ze strażników popchnął go rozkazująco. Musiał iść – przecież goście nie mogli czekać na swoją „atrakcję”. Ruszył posłuszni i po chwili znalazł się na rozległym, wewnętrznym dziedzińcu kompleksu pałacowego. Nigdy tu nie był. To miejsce służyło za salę bankietową na świeżym powietrzu i było obsługiwane wyłącznie przez wolną służbę, nie przez niewolników. Wokół podwyższenia, na którym grała orkiestra i popisywały się tancerki, stały zastawione bogato stoły, przy których ucztowali cesarscy goście. Obecnie podwyższenie było puste, za to ogrodzone rozpiętymi na słupkach linami. To tam Silvand miał ponieść osobliwą karę za podniesienie ręki na cesarskiego syna. Igora nie było wśród gości. Nie było także jego matki, ale to nie stanowiło osobliwości, gdyż Maeve zazwyczaj nie brała udziału w żadnej z wydawanych przez Vassara uczt. Jednak Silvand przysiągłby, że widzi za zasłoną w jednym z okien jej głowę, ozdobioną cyklamenową fryzurą i żółtobrązowym makijażem (tak nosiła się większość wielkich dam w cesarstwie). O tym, że Igor patrzy ze swego okna, nie wątpił ani przez moment, ale nie spodziewał się, że i Maeve interesuje się takimi widowiskami. Czemu więc nie zeszła do gości? Silvand spojrzał na rozbawionego Vassara, który mierzył go cynicznym wzrokiem, wzruszył ramionami i wszedł na zaimprowizowany ring. Z drugiej strony wchodził już jakiś osiłek w samych szortach. Za nim drugi, potem trzeci... Silvand spojrzał ze zdumieniem na cesarza.
- Z którym z nich mam walczyć?- spytał.
- Ze wszystkimi – odparł Vassar tak, jakby rozumiało się to samo przez się – To ma być kara, nie zawody, zapomniałeś?
- No dalej, dalej!- zaczęli wołać goście, klaszcząc w ręce.
Ternańczyk wzruszył ramionami i postanowił przestać się wreszcie dziwić czemukolwiek. Zwyczaje panujące w Rashanie były mu tak obce, że czuł się tu jak żywcem przeniesiony w średniowiecze lub zgoła na inną planetę. Nie mógł ich pojąć, ale musiał się przystosować – nie było wyjścia. Jego przeciwnicy wyglądali groźnie, ale nie mogli wiedzieć, z kim mają doczynienia. Sądząc z ich min, lekceważyli go i uważali po prostu za niewolnika, którego należalo na rozkaz cesarza sprać, czekała ich więc nie lada niespodzianka. Silvand uniosł ręce i przybrał postawę zapaśniczą, uważając jednocześnie, by nikt nie zaszedł go od tyłu.

















































