Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna | Blogi | Eviva's blog

Część IV: DWA ŚWIATY

2. DWA ŚWIATY

To był dziwny dzień – dziwny i jakby nieprawdziwy. Po raz pierwszy książę Silvand ujrzał z bliska owo dalekie przedmieście, o którym dotąd tylko słyszał, dzielnicę Gand, którą wszyscy zwali Upiornym Blokowiskiem. Geneza jej powstania była niezwykła sama w sobie: jakieś dziewięćdziesiąt lat temu, gdy Tytanem był ów słynny Theowe ze Złotej Wyspy, do układu słonecznego Arnany zabłąkala się niewielka kometa. Przelatując stosunkowo blisko planety wywoływała potężne trzęsienia ziemi, obracające w gruzy całe miasta. Wtedy to grupa naukowców z Królewskiej Akademii Terny opracowała metodę budowy domów z tworzywa, nazwanego na cześć ówczesnej królowej Segedy - segedynem. Tworzywo to było rzeczywiście cudem inżynierii materiałowej. Porowate niczym cegła, plastyczne i stosunkowo lekkie, po zastygnięciu stawało się praktycznie niezniszczalne. Początkowo ludzie chwalili sobie te niezniszczalne domy, ale gdy niebezpieczeństwo minęło, a zwariowana kometa opuściła układ słoneczny, zaczęli grymasić. Domy nie nadawały się do jakichkolwiek przeróbek. Wszystkie rury musiały być wtopione na stałe w mury, mowy nie było o zmianie układu pomieszczeń, ba! Nawet gwoździa nie można było wbić w ścianę. Co gorsza, okazało się wkrótce, że o ile stosunkowo świeży segedyn daje się malować, o tyle już rok po zastygnięciu jego powłoka staje się podobna do ceramitu i nie przyjmuje żadnej farby.W końcu wielkie bloki porzucono. Ponieważ o jakiejkolwiek rozbiórce nie mogło być mowy, powoli zaczęli tam napływać biedacy, włóczędzy i rozmaite niebieskie ptaki. Ekskluzywna początkowo dzielnica stała się z czasem synonimem nędzy, siedzibą mętów społecznych. Królewicz Silvand, ze zrozumiałych powodów, nigdy tam nie był. Jeśli teraz objawił nagle chęć odwiedzenia tego nieciekawego miejsca, to dlatego, że czuł się rozpaczliwie samotny, nikomu niepotrzebny i całkowicie bezużyteczny.
Ezze nie miała nic przeciwko temu, by zabrać go na tę wycieczkę, a na pewno w duszy cieszyła się na wrażenie, jakie wywoła wśród jej znajomych wymuskany panicz w jej towarzystwie. Tacy jak on nigdy przecież tam nie zaglądali, bo i po co? Rzeczywiście, ledwie elegancki skuter księcia stanął przed jednym z wyszarzałych bloków, z miejsca został otoczony przez gromadę dzieciaków w wypłowiałych, znoszonych ubraniach.
- Tylko nie majstrujcie przy tej zabawce – ostrzegła ich wesoło Ezze, zsiadając z tylnego siodełka – Jest więcej warta niż my wszyscy razem wzięci.
- Nieprawda – zaprzeczył Silvand – To tylko rzecz. Nie może być więcej warta niż człowiek.
- Od razu widać, że nie pochodzisz z mojego świata… Chodź, pokażę ci rzekę.
Książę pozwolił wziąć się za rękę i poprowadzić przez skupisko brzydkich, wyszarzałych budowli. Większość straszyła powybijanymi oknami, łatanymi dyktą, kawałkami plastiku i wszystkim, co można znaleźć na wysypisku śmieci. Widać było, że dzicy lokatorzy dbają o swoje domy, jak mogą najlepiej. Byli to inni ludzie niż ci, wśród których obracał się młody książę – widział ich teraz po raz pierwszy, poubieranych w znoszone ubrania, steranych ciężkim życiem, z wypisanymi na twarzach historiami ich życia. Do tej pory chroniono go przed wiedzą o istnieniu takich ludzi, a właściwie o tym, kim są w istocie. Kazano mu wierzyć, że żyją tak z własnego wyboru, ale bteraz widział, że to nie może być prawda. Na twarzach tych ludzi nie było widać śladów występku, nawet gdy byli to niewatpliwi wykolejeńcy. Żyli tak, jak musieli, a między nimi żyła Ezze, której złocisty głos i talent muzyczny warte były fortunę. Rozweselała ich, oddawała im zarobione śpiewem pieniądze, opiekowała się ich dziećmi. Czy była między nimi szczęśliwa? Czy można być szczęśliwym, żyjąc w tak okropnym miejscu?
- Jak ci ludzie sobie radzą? Bez prądu i gazu, bez ogrzewania zimą?- szepnął wpół do siebie, a wpół do swej towarzyszki.
- Na szczęście wodę tu mamy – powiedziała Ezze wesoło – A co do reszty, to umiemy sobie radzić, zapewniam cię. W porównaniu z wieloma miejscami mojego świata Upiorne Blokowisko to bajka, zapewniam. Popatrz, to rzeka, nasz park wypoczynkowy.
Łagodny, porośnięty rzadkimi drzewami i bujną trawą stok prowadził do płynącej leniwie rzeczki, bezimiennego dopływu Lehary, która zasilała miasto w wodę. Ten dopływ nie został nazwany przez jakieś niedopatrzenie. Był płytki, o powolnym nurcie, czysty i bogaty w ryby. Ten piękny zakątek kontrastował z brzydotą Blokowiska i stanowił miłe wytchnienie dla oczu. Nie tylko wytchnienie – na brzegu siedziało kilku mężczyzn i dwie kobiety z zaimprowizowanymi wędkami. Silvand zrozumiał, że ci ludzie po prostu radzą sobie, jak umieją i mimo wszystko próbują być szczęśliwi.
To był naprawdę dziwny dzień. Ternański królewicz poznawał ludzi, od których go izolowano w imię etykiety i z pewnym zakłopotaniem uświadomił sobie, ze te obdarte dzieci, ci cięzko pracujący nędzarze to też poddani jego ojca, a w przyszłości i jego. Czuł się wobec nich nie w porządku. Oni ze swej strony nie dawali mu odczuć, że powinien coś dla nich zrobić – byli po prostu mili. Wypytywali o to, jak żyje się w królewskim pałacu, opowiadali anegdoty z zycia ulicy i o nic, dosłownie o nic go nie prosili. A on, wymuskany książę w modnym ubraniu z kosztownego jedwabiu, arystokrata o wypielęgnowanych rękach, czuł się skrępowany i nieszczęśliwy.
- Na świecie są biedni i bogaci. Tak jest i zawsze było, nie zmienisz tego.- powiedziała Ezze, jak zawsze trafnie odgadując jego myśli.
- Nawet gdy będę królem?
- Wtedy to dopiero ci się nie uda.
- Dlaczego?!
- Bo nie pozwoli ci Wielka Rada, ministrowie, kanclerz, ekonomiści i tak dalej. Zresztą sam zobaczysz.
- Nic nie rozumiem.- westchnął Silvand.
Siedzieli oboje na murze pod zamkiem, patrząc prosto w zachodzące słońce.
- Kiedy tu przybyłam – zaczęła Ezze po chwili – Nie znałam ani waszego języka, ani zwyczajów. Stałam na ulicy i płakałam. Tak mnie zobaczyła matka Luuv i zaopiekowała się mną. Nie potrafiłyśmy się porozumieć, ale mimo to zabrała mnie do swego domu, nakarmiła i dała kąt do spania…. Jej dzieci od razu mnie polubiły i zaczęły na wyścigi uczyć mnie waszego języka. Jest zresztą niezbyt skomplikowany. Nauczyły mnie, jak orientować się w topografii miasta, i w których punktach sa królewskie jadłodajnie dla ubogich, a wtedy już byłam samodzielna. Umiem dawać sobie radę. Widzisz, mój książę, żaden przedstawiciel warstw wyższych nie zrobiłby tego dla mnie, co ta uboga praczka z przedmieścia. Chociaż stosunki społeczne są u was lepsze niż w moim świecie i tak…
- Twój świat musi być straszny.
- Jest, możesz mi wierzyć. To świat nieustannych wojen, katastrof, i wszelkich nieszczęść. Ciesz się, że jesteś tutaj.
- Cieszę się – rzekł smutno Silvand – Ale nie chce mi się wracać do domu. Nikt tam na mnie nie czeka.
- Powinieneś oduczyć się użalania nad sobą – ucięła ostro dziewczyna – Życie trzeba chwytać za rogi, a ty marudzisz tylko jak stara baba. Znajdź sobie hobby, idź na studia, zacznij pracować. Zawsze jest co robić, jeśli się tylko chce.
- Może masz rację…
- Na pewno mam. A teraz do zobaczenia, drogi książę. Ściemnia się, muszę wracać.

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi