Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna | Blogi | Eviva's blog

Część VIII: NA DRUGIEJ PÓŁKULI

Gdy minął lekki zawrót głowy, spowodowany działanie podprzestrzeni na błędnik, zauważył, ze stoi na łące, porośniętej wysoką trawą. Niedaleko czekały pod opieką dwóch mężczyzn konie, fachowo osiodłane i wypoczęte.
- Witaj w nowej ojczyźnie – rzekł sarkastycznie Vassar – Hallan, daj mu niewolniczą liberię.
Jeden z żołnierzy rozwiązał juki przy boku wspaniałego gniadosza i rzucił Silvandowi kaftan oraz spodnie z czegoś, co przypominało szarobrązowa skórę, w dotyku jednak było miękkie niczym gruba bawełna. Jeśli to była skóra, to preparowana w sposób nieznany na Zachodniej Półkuli. Silvand, zaciskając zęby, przebrał się w ten prosty strój, postanawiając nie protestować przeciw niczemu. I tak był na przegranej pozycji. Gdy kończył zapinać szeroki pas z kilkoma kieszeniami, żołnierz wyjął jeszcze z juków duże nożyce.
- Wybacz, mały, ale niewolnicy mają włosy obcinane przy samej skórze.- Cesarz uśmiechnął się złośliwie, przesuwając dłonią po jedwabistych włosach Silvanda.
Na całej Arnanie wszyscy nosili długie włosy, od niepamiętnych czasów. Młody książę poddał się postrzyżynom z rozpaczą w sercu – miał wrażenie, że w ten sposób Rashanie pozbawiają go nie tylko godności osobistej, ale i człowieczeństwa. Z trudem zachowywał spokój, wiedział jednak, ze jakiekolwiek protesty pogorszą tylko sprawę. Ci ludzie wyraźnie upajali się swą przewagą i władzą, jaką mieli nad księciem krwi. Bawiło ich to, jakby byli dziećmi, które dostały do zabawy żywą lalkę.
- A teraz na koń i w drogę.- zakomenderował Vassar.
- Konie?- powiedział mimo woli Silvand, dotykając dłonią swej ostrzyżonej głowy. Miał wrażenie, ze nie poznałby siebie w lustrze.
- Dziwisz się, że używamy koni? Będziesz musiał się wiele nauczyć o naszym świecie. Tutaj używanie maszyn do pracy, którą mogą wykonać ludzie lub zwierzęta, jest przestępstwem, więc jedynie pogotowie ratunkowe, straż pożarna i jednostki specjalne policji mają prawo używania pojazdów mechanicznych.
Igor dosiadł swego rumaka i uśmiechnął się do Silvanda niemal życzliwie. Jego słowa brzmiały dziwacznie, dla Ternańczyka nawet nielogicznie, ale coś jednak wyjaśniły. Milcząc wspiął się na siodło. Umiał jeździć konno, gdyż kształcono go w różnych dyscyplinach sportowych, również w hippice, chociaż na Zachodniej Półkuli konie dawno przestały być środkiem transportu. Silvand lubił te cierpliwe, łagodne zwierzęta, a także wszystkie inne, do tego stopnia, że gdy w wieku czternastu lat wysłano go za karę na farmę, zamiast na letni obóz, był szczęśliwy mogąc zajmować się zwierzętami gospodarskimi. To była ciężka praca od świtu do nocy i, prawdę mówiąc, nikt nie wierzył, by wytworny paniczyk mógł jej podołać, ale młodziutki królewicz wszystkich zaskoczył. Tyrał przez całe dnie z niesłabnącym zapałem, zrywał się w środku nocy do kotnych owiec i nigdy się nie skarżył. Jego entuzjazm był niepojęty u wydelikaconego arystokraty o białej skórze i rękach gładkich niczym atłas, nikt tego nie rozumiał, jedynie Ezze... Znał ją już wtedy od dwóch miesięcy. Nie, nie chciał teraz o niej myśleć. Została poza nim, jak całe życie, które dotąd miał. Przed otwierało się nowe, być może bardziej ponure, niż mógłby to sobie wyobrazić, ale nie miał wyboru.
Od strony widocznego w oddali miasta nadjechał wóz pełen ludzi w szaroburych kaftanach, i kilku konnych jeźdźców. Książę Igor wstrzymał nieco swego rumaka.
- Na żniwa, Lecke?- spytał.
-Tak, Wasza Wysokość – odparł z szacunkiem krępy mężczyzna w zielonkawym stroju, dotykając dłonią kapelusza – Musimy się spieszyć. Metereolodzy zapowiadają nadejście pory gradowej o miesiąc wcześniej niż zwykle, a nam brakuje ludzi.
- Weź na razie tego – Igor wskazał niedbałym ruchem na Silvanda – Przyślemy jeszcze kilku z zamku, może kilkunastu... Ilu będziemy mogli.
- Dziękuję, Wasza Wysokość.- Lecke kiwnął na Silvanda, który bez słowa zsiadł z konia i dołączył do żeńców. Nie miał zamiaru protestować, i tak by to nic nie dało. Był niewolnikiem, tak samo pozbawionym praw jak inni niewolnicy i musiał przyzwyczaić się do tej myśli.
Po krótkiej podróży dotarli do rozległych pól, porośniętych dojrzałym wysokim zbożem. W Ternie również były takie pola, ale pracowały na nich maszyny, nie ludzie. Tutaj to ludzie ścinali zboże szerokimi sierpami. Widywał takie w muzeum, ale tu migały w sprawnych rękach żeńców, którzy, co wydało się Ternańczykowi dziwne, nie wyglądali jakoś na nieszczęśliwych. Może przywykli? Podobno do wszystkiego można przywyknąć. Silvand ujął podane mu narzędzie. Nie umiał się nim posługiwać, ale patrząc na innych spróbował naśladować ich najlepiej, jak mógł. Szło mu opornie. Nie nadążał za innymi, ciężki sierp wyślizgiwał mu się z rąk, ale pracował, zacisnąwszy zęby. Wkrótce rozbolały go zgięte plecy, a podwójne słońce paliło go przez kaftan mimo niezwykłej struktury nieznanego mu materiału. Z minuty na minutę coraz bardziej chciało mu się pić, ale nie próbował się skarżyć. Myślał, że już nie wytrzyma i zemdleje, gdy ktos trącił go lekko w ramie. Obok n iego stał mężczyzna, obarczony koromysłem z dwoma wiadrami. Prawą ręką, okaleczoną przez jakiś wypadek, podtrzymywał koromysło, a lewą podsunął Silvandowi do ust czerpak pełen wody. Ternański książę napił się chciwie. Woda miała jakąś cierpką domieszkę, która w cudowny sposób usuwała nie tylko pragnienie, ale i znuzenie spowodowane ciężką pracą. To wszystko było więc zorganizowane w bardzo praktyczny sposób, uwzględniający wszystkie aspekty sprawy.
Koło południa, gdy słońce prażyło najmocniej, rozległ się dźwięk trąbki sygnałowej, oznajmiający przerwę na posiłek. Żeńcy ustawili się w kolejce do kotła, z którego wysoka dziewczyna w jaskrawej sukni nalewała coś na podstawiane miski. Gdy kolejka doszła do Silvanda, dziewczyna spojrzała na niego z uśmiechem i szczodrze nałożyła mu jakiejś kaszy z kawałkami wedzonego mięsa.
- Pierwszy raz przy żniwach?- zagadnęła. Miała szeroką, dobroduszną twarz i długi warkocz przerzucony przez ramię. Nie była więc niewolnicą.
- Skąd wiesz?- spytał książę nieufnie.
Dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej i wskazała palcem na jego dłonie. Silvand, zaskoczony, spuścił oczy i wtedy zobaczył, że dłonie ma całe we krwi.
- Jedz. Jak skończę wydawanie obiadu, zajmę się tobą.- powiedziała szafarka i zajęła się innymi, którzy oczekiwali cierpliwie na swoją kolej.
Silvand przysiadł w cieniu jednego ze snopów. Nie był głodny, ale jadł przez rozsądek, by mieć siłę do dalszej pracy. Kasza była nawet niezła, choć nieco przesolona. Głodzić go nie zamierzano. Wyskrobywał właśnie ostatnie ziarnka z dna, gdy dziewczyna z warkoczem przykucnęła obok niego.
- Mam na imię Inguti – powiedziała, smarując jego dłonie maścią i zakładając potem na nie rodzaj cienkich rękawiczek z tkaniny podobnej do ściśle tkanego bandaża – A ty?
- Silv – odparł – Jestem niewolnikiem, zabranym jako trofeum z Zachodniej Półkuli.
- Głowa do góry – Inguti poklepała go po ramieniu – Bywają gorsze nieszczęścia. Odpocznij teraz, zanim znowu dadzą sygnał do podjęcia pracy.
Ta dziewczyna zdawała się miła i przyjazna, jednak Silvand nie miał zamiaru pozwolić sobie na zaufanie jej. Dlatego nie podał jej pełnego imienia, a jego formę skróconą, będącą w zasadzie zdrobnieniem od popularnego we wszystkich klasach społecznych imienia Essilvy. Wolał mieć się na baczności przed wszystkimi, więc i przed tą dziewczyną. Idąc za przykładem innych żeńców wyciągnął się w tej odrobinie cienia, jaką miał do dyspozycji i zamknął oczy. Starał się nie myśleć o bólu pościeranych do żywego rąk, które zresztą pod wpływem maści od Inguti uspokoiły się nieco. O swej obecnej sytuacji też wolał nie myśleć. Lepiej było po prostu leżeć leniwie i czekać na sygnał.

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi