Część IX: GORZKIE ŻNIWA
Po południu było mu trudniej, ale jeszcze gorzej podczas dwóch następnych dni. Potem przywykł i zobojętniał na wszystko. Dzień zaczynał się od pobudki, potem następowało śniadanie, złożone z dużego kubka żółtawej śmietany i kilku kromek dziwnego, bardzo spoistego, czarnego jak smoła chleba, grubo posmarowanego masłem. W Ternie wogóle nie jedzono nabiału, więc już sama śmietana była dla Silvanda pewną nowością, a czegoś takiego jak ten chleb nigdy nie widział. Jednak był on raczej smaczny i dawał mnóstwo energii, potrzebnej na ranek. Potem zawożono całą brygadę na pole, gdzie pracowała do obiadu. W południe jedzono kaszę z wędzonką lub jakiś gulasz, potem godzina wypoczynku i praca do wieczora. Kolacji nie dostawali, jedynie kubek gorącego mleka przed samym snem – i tak byli zbyt zmęczeni, żeby jeść, walili się wszyscy na swoje posłania w barakach i spali do samego rana jak zabici. Kiedy skończono sprzęt zboża, całą brygadę skierowano do pracy w warzywnikach, a potem do sadów, gdzie drzewa i krzewy uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców. Większości z nich Silvand nawet dotąd nie widział, ale, jak się wkrótce przekonał, wszystkie były raczej smaczne, a szczególnie jakieś małe, kuliste jagody, rosnące w niewielkich gronach. Były żółte lub czerwonawe, paskowane na zielono i miały smak jednocześnie bardzo słodki i kwaskowy. Można je było jeść prosto z gałęzi, gdyż nie używano tu żadnych pestycydów. Nauka w Rashanie stała na wysokim poziomie i wszystkie hodowlane rośliny modyfikowano w laboratoriach genetycznych tak, by były odporne na wszelkie szkodniki. Nawet gdyby zjawił się jakiś nowy typ insekta, to władzy centralnej bardziej opłacało się wypłacanie odszkodowań niż trucie ludzi i zwierząt, a w efekcie kosztowne leczenie. Silvand musiał przyznać, że było to niegłupie rozumowanie. Kiedy tylko mógł, korzystał z tego i podjadał nieco owoców, idąc zresztą za przykładem innych. Nadzorcy albo udawali, że tego nie widzą, albo uważali, że jest to w porządku, w każdym razie żaden z nich nawet słowa nie powiedział na to, że niewolnicy przy pracy łasowali zbierane owoce. Pilnowali jedynie, by zbiór szedł sprawnie i szybko.
Czemu tak naciskano na pośpiech? Silvand zrozumiał to już tego dnia, gdy zakończywszy zbiory świętowali przy stołach zastawionych różnymi przysmakami. Trzymani od kilku tygodni na smacznym i pożywnym, ale jednostajnym pożywieniu niewolnicy rzucili się wprost na kanapki z wędliną, paszteciki, kotlety, knedle, grube kawałki placków z karmelem i wspaniałe, kremowe ciastka. Taki był zwyczaj – po zakończeniu żniw następowało tzw. niewolnicze święto, wielka uczta i zabawa. Oprócz tego były takie święta ustawowo, cztery razy do roku. Czy przestrzegano tego zwyczaju wszędzie? Ależ tak, bo tylko dwór cesarza miał prawo do posiadania niewolników, a cesarzowi lepiej było się nie narażać. Jego zarządzenia były święte. To wszystko wyjaśniła mu Inguti, która wyraźnie odczuwała do niego jakąś sympatię. Silvand słuchał jej uważnie, pojadając bez apetytu, gdyż teraz, gdy mógł odpocząć, opanowała go nagła melancholia. U jej podłożu leżała niewątpliwie tęsknota za domem i poczucie beznadziejności swego położenia. Tak właśnie było – czuł się jak w pułapce i nie mozna było nic na to poradzić.
- Uśmiechnij się, Silv – poprosiła go wreszcie Inguti – Tu nie jest źle. Rashan to piękny kraj i żyje się tu wcale miło. Dlaczego jesteś tak zamknięty w sobie?
- Długo by mówić – odparł Silvand w roztargnieniu – Nie wiem zresztą nawet i tego, co teraz ze mna będzie. Pewno odeślą mnie do pałacu cesarza, a wolałbym znaleźć się w każdym innym miejscu, byle nie tam.
Inguti pokiwała głową. Wiedziała, że dwór cesarski przypomina labirynt pełen pułapek i współczuła serdecznie temu przybyszowi z Zachodniej Półkuli, nic jednak nie mogła mu pomóc. Nawet nie mogła mu towarzyszyć, choć chciałaby. Jej miejsce było tu, w cesarskim gospodarstwie rolnym.
Nagle śpiewający jakąś swawolną piosenkę nadzorca uniósł głowe i urwał wpół taktu.
- Wszyscy do baraków, koniec święta!- zawołał, składając pospiesznie swój kernal, rodzaj niewielkiego akordeonu o zadziwiająco głębokich tonach.
Niewolnicy sprawnie sprzątnęli ze stołu wszystko, co na nim jeszcze zostało i wraz z tymi zapasami schronili się w barakach. Silvand pomagał im, choć nie rozumiał, skąd ten pośpiech. Na niebie widniała zaledwie jedna, co prawda ciemnogranatowa i sunąca dość nisko, ale niewielka chmura. Jednak już wkrótce zrozumiał. Upłynęło ledwie pięć minut od zamknięcia baraków, gdy o ich ściany i dach zabębnił gwałtowny grad. W jednej sekundzie świat wkoło pociemniał i wyraźnie pochłodniało. Teraz stało się jasne, czemu okna w barakach były z tak grubego, absurdalnie ciężkiego na pozór szkła. Odgłosy gradu brzmiały tak, jakby jakieś nieprzyjacielskie wojsko obrzucało budynki kamieniami, całymi cetnarami kamieni. Nadzorcy zapalili lampy, przyzwyczajeni do takich anomalii niewolnicy usiedli, gdzie który mógł i zaczęli spokojnie dojadać zabrane ze stołów przysmaki, rozmawiając wesoło o jakichś swoich sprawach. Silvand nie brał udziału w rozmowach, zresztą nie miał o czym mówić z tymi ludźmi, może miłymi i niezłymi w gruncie rzeczy, ale boleśnie obcymi. Nawet Inguti, choć tak ładna i sympatyczna, budziła w nim nieufność . Stojąc przy oknie patrzył z niedowierzaniem na gęstą zasłonę lodowych kawałków, przesłaniającą całkowicie świat za oknem. Nigdy nie widział czegoś takiego i cieszył się, że jest teraz tum, w tym zatłoczonym, ale ciepłym i bezpiecznym baraku. Na dworze zostałby ukamienowany w minutę. Stał i patrzył, póki nie zapadła całkowita ciemność i nadzorcy nie dali komendy udania się na spoczynek.
Gdy następnego dnia Ternańczyk wyjrzał przed barak, ledwie mógł uwierzyć własnym oczom. Wszystko wokół zalegała gruba warstwa potrzaskanych kawałków lodu, z których niektóre dochodziły rozmiarami do wielkości męskiej pięści. Mniejsze drzewa były połamane, krzewy przytłuczone do ziemi, inne rośliny wogóle gdzieś znikły. Gdyby nie skończyli zbiorów, przepadłyby bez ratunku. Inni zdawali się nie dostrzegać w tym nic niezwykłego. Umyli się pod studnią i przygotowali wozy do drogi, zmieniając wprawnie koła na szerokie, drewniane płozy. Tak było łatwiej jechać po drogach zasypanych lodowymi odłamkami, wolno tającymi w promieniach słońca, a jeszcze tego samego dnia mieli wszyscy wrócić do swoich stałych miejsc pracy. Nie przerażało ich to, podobnie jak żniwa. Śpiewali wesoło po drodze i żartowali, tak jakby byli wolnymi ludźmi, wracającymi do domów. Silvand wciąż nie mógł tego zrozumieć. Nie brał udziału w tej ogólnej wesołości, obserwował w milczeniu zniszczony przez grad krajobraz, wciąż zadając sobie jedno pytanie – jak można żyć w tym kraju, nękanym przez podobne kataklizmy. Jednak widać było to możliwe. Pasażerowie wozów wysiadali po drodze przy rozległych gospodarstwach, żegnając się ze sobą żartobliwie. W końcu został tylko jeden wóz. Gdy dojechał do Raion, został na nim już tylko jakiś tuzin niewolników, łącznie z Silvandem.

















































