Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Trucizna Zdrady

Wiedział
już jak to jest, gdy się spada... Spada wciąż niżej i niżej, w
locie próbując złapać ostatkiem sił jeszcze jeden oddech,
wyłonić z chaosu jedną składną myśl. Czuł jak tępy ból
rozrywa pierś, płuca, czaszkę, szarpie każdy nerw, każdą
tkankę. Czuł jak traci oddech, jak każdy kolejny wdech jest
bardziej męczący, przychodzi mu z większym trudem, sprawia więcej
bólu. Czuł też, jak powoli przestaje zwracać na to uwagę,
obojętnieje wobec stanu swojego ciała, przyzwyczaja się.
Bezwładnie opadł na kamienną posadzkę. Tego już nie czuł. Z
prostego powodu - przestał odczuwać własne ciało, był już tylko
dogorywającą breją chaotycznych myśli zawieszonych w przestrzeni.
Zapadał w ciemność...

***

Dzień
szósty miesiąca Tebbress, 1287 rok IV Ery

Ten
dzień miałem zapamiętać do końca życia. Zaiste, z pewnością
zapamiętam.

Był
to dzień mojej koronacji. Zostałem królem, bynajmniej
formalnie. Miał to być mój wielki dzień. Dzień mojej
chwały. Tak mówił Torn. On z zasady zwykł wiele mówić.
Trzeba mu jednak przyznać, że ceremonię opisał mi wiernie i ze
szczegułami. Rzeczywiście, była pięknym spektaklem. Panny nadobne
rzucające kwiaty pod moje stopy, szeregi wojska w galowym rynsztunku
przyklękające ze czcią na jedno kolano, gdy przechodziłem, tłumy
gapiów na moją cześć wygłaszające „ochy” i „achy”,
kapłani w strojach rytualnych podający mi insygnia wypowiadając
błogosławieństwa, muzyka najsłynniejszych bardów w całym
odkrytym świecie... wszystko to było piękne. Uczta mająca
zwieńczyć ten radosny dzień chwały zapewne nie byłaby mniej
wspaniała, gdyby nie... najpiękniejszy punkt owego spektaklu...

Zaiste,
nieskończenie piękny był Torn, sędziwy starzec, zaufany doradca
trzeciego już pokolenia geheimskich władców. Trzeciego,
jeśli liczyć mnie. Piękny on był, kiedy tak zszedł z piedestału
na którym stał tuż przy najwyższych kapłanach, za samym
Mistrzem Ceremonii. Śnieżnobiała broda sięgająca niemal kolan,
dodawała mu uroku, podobnie jak długa po kostki szata tej samej
barwy, przewiązana jedynie pasem przeszytym srebrną nicią, nie
mówiąc już o lasce zakończonej gałką z czystego srebra,
którą podpierał swoje wiekowe ciało. Nic nie szkodzi, że
wartością monetarną takiej gałki możnaby wykarmić z górą
połowę głodujących dzieci królestwa, nie zmienia to
przecież faktu, że Torn wyglądał pięknie.

Pięknie
brzmiał też jego silny głos, gdy przemawiał. Mniej piękne zdały
mi się tylko jego słowa, ale to rzecz oczywista, jedynie moja
subiektywna opinia. Kto by się zresztą przejmował opinią
benkarta. Tak, bękarta. Owe słowa Torna, które mnie nie
zachwyciły, traktowały właśnie o tym, o okolicznościach mego
poczęcia mianowicie.

Torn
oświadczył, dokładniej rzecz biorąc, jakoby moja matka; niech jej
bogowie w spokoju odpoczywać dadzą, ziemia niech jej lekką będzie
i niech nie dowie się nigdy, jaki pośmiertny szacunek jej okazano;
łożnicę dzielić wzykła z licznym gronem możnych i dworzan. To
zaś nic jeszcze względem tego, co miał Torn do powiedzenia o ojcu
moim, znaczy się królu nieboszczku. Wedle odzianego w biel
mądrego starca, zmarły władca był jedynym, z którym matka
moja nie sypiała, a to dlatego tylko, iż on w kobietach nie
gustował wcale. Takoż wniosek z tego jeden; poza rzecz oczywista o
pomstę krzyczącą do niebios, hańbą dla mych umiłowanych
rodzicieli; ojciec mój, król nieboszczyk znaczy, ojcem
mym być nijak nie mógł.

Dzień
chwały tedy był to. I cóż, że nie mojej? Tak oto
zakończyła się koronacja bękarta, znaczy się mnie, a rozpoczął
dzień chwały Torna.

Vilyar
Tyel Assedd, niedoszły król Gehaimes.

***

- A ja wam mówię, że uradzić coś trzeba
nareszcie – jeden ze starców podniósł się
gwałtownie i postąpił krok w przód uderzając o kamień
posadzki trzymaną oburącz drewnianą lagą.

- Co tu radzić? Tu nie ma co radzić, przeca –
oburzył się drugi starzec, dzierżący laskę zakończoną okrągłą
gałką z czystego srebra.

- Jaśniej, bracie i do rzeczy – wtrącił się
trzeci, do tej pory milczący.

Przedmówca spojrzał na niego z pod oka, uniósł
lekko białą, krzaczastą brew.

- Co by jasno i do rzeczy było, chłopaka jeno usunąć
trzeba, co trudnym nie będzie.

- Lud się postawi. Jeszcze jakiej rebelii nam tu
brakuje.

- Komu lud uwierzy? Nam, zaufanym ich królewskich
mości trzecim z rzędu pokoleniem, czy li jakiemu chłystkowi, co
ledwie piastunki spódnicy się puścił?

- Aleć przeca syn królewski...

- Łajno tam, nie syn królewski! Bękart z matki
latawicy i ojca... - wzniósł oczy ku niebu świętobliwie,
najwidoczniej z uwagi na bogobojność nie ważąc się wypowiedzieć
wyjątkowo plugawego słowa.

- Nawet jeśli... to... - nie dawał za wygraną
pierwszy starzec, choć ton jego głosu za każdym razem, gdy udało
mu się dojść do głosu, stawał się coraz to bardziej niepewny –
to... co z chłopakiem...potem?

- Rzecz w tym, cny bracie – odparł tamten, zaciskając
palce na srebrnej gałce – że dla niego nie będzie żadnego
potem.

***

Dzień piąty, miesiąca Tebbress,
1287 rok IV Ery

Pachniała jaśminem, a oczy miała
zielono- złociste niczym kot. Przenikliwe spojrzenie onieśmielało
mnie do granic możliwości. Pozwoliłem jej na wszystko. Torn wybrał
ją dla mnie z pośród dwóch setek najszlachetniejszych
niewiast Gehaimes, by wprowadziła mnie w tajniki mojej pierwszej
nocy. Potem... potem miała zostać moją królową. Tak
nakazuje wszak obyczaj, przyszła królowa uczynić ma
mężczyznę z przyzłego króla nocy ostatniej przed
koronacją. Wybranka na żonę królewską winna być przy tym
niewiastą w grze ciała obytą, sprawną i o krwi gorącej. Nie
jeden raz wyobrazić sobie próbowałem taką. W najśmielszych
marzeniach jednak imaginować nie śmiałem, tego com przeżył w
ramionach mojej Arrien. Dziś jeszcze, to pisząc, gdy po nocy owej
słońce zbliża się już w kierunku południa, czuję wciąż
zapach jaśminu w moich włosach i oddech jej prędki, niespokojny,
na mojej szyi. Widzę oczy jak u kota błyszczące w ciemnościach,
mieniące się jaskrawą zielenią i szczerym złotem. Czuję dotyk
niecierpliwych jej palców w każdym skrawku ciała, pod
palcami moimi zaś mam nadal miękkość jej piersi, jedwab
pośladków. Na ustach spragnionych smak jej pocałunków
miesza się ze słodyczą miodu, który podała mi w pucharze
ze szczerego srebra, bym jakoby męskiej sprawności nabrał i ochoty
(jakby mi czego więcej ponad nią było ku ochocie trzeba!), a
trunek ów rozgrzewał tak przyjemnie. Wspomnienie samo na
wodzy nie pozwala utrzymać męskości.

Vilyar Tyel Assedd, przyszły król
Gehaimes, u boku królowej Arrien. (jakże to pięknie brzmi!)

***

Wypadł jak strzała
z sali tronowej. Nikt go nie zatrzymał. Czy ktokolwiek próbował?
Skąd miał wiedzieć, skoro nie oglądał się wcale za siebie.
Biegł na oślep co rusz potykając się o coś lub kogoś, nie
istotne. Pędził przed siebie do chwili, gdy nagle zabrakło mu
tchu. Chciał się zatrzymać. Nie zdążył. Poczuł jak upada.
Chaos, ból i szum w uszach... Ostatnia myśl.

- Arrien...
zapomniałem...zabrać cię z sobą... - wydał z siebie ostatni,
niemal bezgłośny szept.

Potem
zamilkł.Wiedział już jak to jest, gdy się spada.

Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz

Odpowiedzi

portret użytkownika Adnaja

Wyjątkowo dobrałam sobie

Wyjątkowo dobrałam sobie dziś klimatycznie opowiadania. Jestem zła. A właściwie byłam zła, bo czytam i coraz bardziej się uspokajam.

"Jeśli nigdy nie grzeszysz przeciwko rozsądkowi, nigdy do niczego nie dojdziesz
Albert Einstein

"Jeśli nigdy nie grzeszysz przeciwko rozsądkowi, nigdy do niczego nie dojdziesz"
Albert Einstein

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi