Wilk, Czarownica i Kot
ona wiedziała. Krzyk przedarł się przez sen, dostał do świata i zbudził ją. Krzyk stopniowo milkł, milkł także sygnał
karetki, który śniła. Ciało pociło się, czuła jak po plecach płynie kropla
potu, jak toczy się, dokucza. Karetka nie dojechała na czas, w śnie nigdy nie
dojechała, byli już martwi, gdy wyciągano ich z samochodu. Tak, w jej śnie byli
już martwi. Ona skulona, on osłaniał ją własnym ciałem. Tak ich śniła. Śniła
tych, którzy wkradli się w jej życie i wprowadzili w nie chaos i radość.
Wyrwali z marazmu, w którym tkwiła, wpędzając mocniej w chorobę, która według
lekarzy ją trawiła. Śniła ich martwymi, chociaż wiedziała, że karetka zdążyła i
gdy ich wyciągano żyli jeszcze. Ona nawet mówiła. Wołała podobno. Wołała jego.
Dziewczyna przetarła oczy i poszła do łazienki, zwymiotowała. Co noc budziła
się i z płaczem wymiotowała. Czuła ból i tęskniła za pustką nieczucia.
Łazienka była brzydka, grzyb opanował kolejny kawałek
ściany, spojrzała na to z obrzydzeniem, które przemieniło się w obojętność. Przetarła
lustro dłonią i popatrzyła na swoją blada twarz. Minął rok, a ona dalej
wegetowała i rozpaczała. Uderzyła je dłonią.
- Dosyć! – Puste pomieszczenie nie odpowiedziało. Dziewczyna
płakała obiecując sobie że płacze ostatni raz. Dwa dni później wyjechała z
miasta.
Nazywała się Agata i mieszkała na wsi, jej dom stal na
uboczu, a w dawnych czasach mówiono by, że jest czarownica. Może i nią była, tylko,
że czarownice w XXI wieku nazywa się chorymi. Na psychozy, schizofrenie… Jej
dom był zadbany, ona sama również. Codziennie rano wstawała i jechała do pracy.
Codziennie wracała i siedziała na ganku, dalej snuła koszmary, ale nie
wymiotowała już. Zbyt mocne leki przepisał jej lekarz. Była jak martwa,
otępiała, przestała czuć. Popatrzyła w niebo, zbierało się na burzę, jeszcze
niedawno cieszyłaby się, bo wiedziała, że Ona lubi burzę. Że zawsze, gdy grzmi
siada przy oknie i wołała z burzą. Teraz nikt nie wołał, a Agata wzrusza ramionami
i zamyka się w domu. Niemiała ochoty patrzeć na ten popis żywiołów. Na nic nie
miała ochoty, nawet na sen, bo ten przynosił tylko wspomnienia. Weszła do
kuchni i nalała sobie wody do szklanki, ta upadła na podłogę, rozpryskując się
i raniąc ją w stopę. Stróżka krwi spłynęła na białą posadzkę.
- Żyjcie do cholery! – Wrzasnęła wraz z burzą i cisnęła butelkę
o ścianę. Leżała skulona na podłodze, by wkrótce śnić. Śnić ich śmierć.
Tabletki leżały na stole, ułożone w stosiki, kolorami.
Kroiła warzywa na obiad, robiła to automatycznie, nóż podnosił
się i opadał, przez chwilę zastanawiała się, jakby to było gdyby ze sobą skończyła,
gdyby ten koszmar się urwał.
Skrzypienie drzwi otrzeźwiło ją, zmarszczyła brwi i wstała.
Drzwi trzasnęły, a ona złapała za nóż. Mieszkała sama, od wyjścia ze szpitala
nikt jej nie odwiedzał. I zamykała drzwi. Na klucz. Oddychała szybciej, a dłoń trzymająca
broń zaczęła się pocić.
- Kto tam? – Krzyknęła i zaklęła słysząc strach w głosie.
Nóż upadł na ziemie, a ona rzuciła się w tamtym kierunku słysząc miauczenie.
Wpadła do pokoju i spojrzała na drzwi wejściowych. Były zamknięte, na wszystkie
zamki. Ciche mruczenie dochodziło z sypialni, szła powoli, pierś opadała i
podnosiła się na przemian. Odsunęła kotarę, która wisiała w progu i spojrzała
na łóżko. Było niepościelone, koszula rzucona tak jak ją zostawiła. Tylko
poduszka wyglądała inaczej, miała wgłębienie. Mruczenie umilkło, gdy weszła za
próg. Poduszka była jeszcze ciepła, pachniała sierścią.
- Natalia? – Zapytała, a glos jej zadrżał, pokój był jasny,
ciepły, a ona mimo to czuła zimno. Pukanie do drzwi wystraszyło ją do tego
stopnia, że krzyknęła cicho. Gdy rozległo się ponownie, podniosła i przytuliła
do siebie poduszkę, głęboko oddychając poszła otworzyć. Zanim kotara opadła odwróciła
się, ale kota nie było, nigdy nie było. Rzuciła poduszkę na fotel i otworzyła
drzwi.
- Nie odbierasz telefonu i od dwóch dni nie pokazujesz się w
pracy. Co się dzieje? – Dziewczyna nie czekała na odpowiedz, weszła do środka i
zamknęła drzwi. Agata patrzyła na nią półprzytomnie. Tamta ruszyła do kuchni i zatrzymała
się na progu.
- Nie bierzesz leków. – Mierzyła ją spojrzeniem pełnym
potępienia i troski jednocześnie.
- Dajcie mi wszyscy święty spokój. Jest już dobrze, o cukier
dbam. Przeziębiłam się więc nie byłam w pracy. Popadacie w paranoje. –
Wyrzucała z siebie słowa i zaciskała pieści. W końcu zaśmiałaś się i usiadła.
- Lepiej mów, co w domu. Jak mama? Ojciec już wrócił?
Jej siostra patrzyła jeszcze chwile podejrzliwie, ale zaraz
dała sobie spokój i z rozmachem usiadła, Agata nie była pewna, o czym tamta
opowiada, ale miała na tyle rozsądku, aby w odpowiednich miejscach wstawić
pytanie czy potwierdzenie.
Nie wiedziała, dlaczego zamieszkała na wsi, nie lubiła ani
lasów, ani spokoju. Nie znosiła zwierząt, a świeże powietrze było jej obojętne.
Czasami tęskniła za miastem, jego szybkim tempem, sztucznymi światłami, które
zamieniały noc w dzień. Czasami tęskniła za ludźmi, którzy tam zostali, a potem
przypominała sobie wszystkie miejsca, w których byli razem. I wtedy wiedziała,
że wieś daje spokój. Jej dom był kilka metrów od lasu, a mimo, że mieszkała
ponad rok obok niego nie czuła potrzeby wkroczenia w jego wnętrze. Sąsiedzi
patrzyli na nią nieufnie, to była stara wieś. Wieś z tradycjami, z Kościołem,
który wybudowali sami mieszkańcy, wieś z legendami i obawami. Psy trzymano na
łańcuchach i spuszczano na noc, obcy byli niemile widziani, dzieci brudne i
wesołe. Niedaleko stał tartak, czasami słyszała krzyk upadających drzew,
widziała wracających z pracy robotników. Dużych, brudnych, pierwotnych. Omijali
jej dom łukiem, jakby czuli, że czai się w nim choroba, izolowali ją, była
inna, obca i taka miała pozostać. Dobrze jej było z tym, nikt nie zmuszał jej
do wysiłku, do rozmowy. Mieszkała na wsi, bo życie w mieście stało się dla niej
upiorne po ich śmierci. Na wsi karetka wyła ciszej, jakby sąsiedztwo lasu
tłumiło koszmary.
Psy wyły, jakby sam diabeł zmuszał je do wycia. Najpierw pojedynczy,
potem kolejne dołączały się do tego spektaklu dźwięku. W końcu ich głosy zlały
się w jeden, agresywny, przerażający skowyt. Otworzyła oczy i usiadła na łóżku,
włosy zlepiły jej się, a poduszka była przepocona. Wyjrzała przez okno, ale
chmury zasłoniły księżyc, tak, że noc była zbyt ciemna, by można było cokolwiek
zobaczyć. Zapaliła światło i poszła do łazienki klnąc na psy i na ból głowy,
który czuła. Przez skowyt psi przedarło się wycie. Wycie tak głośne i wyraźne,
że psy zamilkły. Wył jeden, nawet ona słyszała w tym wyciu siłę, zadrżała i z
niepokojem spojrzała na drzwi.
- Akurat. – Mruknęła do siebie i wróciła do łóżka. Zgarnęła
kilka tabletek na sen i łyknęła je popijając wodą. Wycie nie milkło, nasilało
się wręcz, ale ona już odpływała. Ludzie szeptali do siebie w domach, niejeden
przeżegnał się z lękiem, kilku spojrzało na księżyc, który właśnie wyszedł z za
chmur, jego odbicie było pomarańczowe, środek pełni i wilcze wycie nadało tej
nocy koszmarnego znaczenia. Psy leżały w budach skulone, a w wyciu pojawiła się
nowa nuta. Tęsknota.
Przez wieś szedł kot, środkiem ulicy, nie skradając się, z
dumnie podniesionym ogonem. Czarny z zadbaną sierścią, tak inny od innych w tej
wsi, od zapchlonych i zastraszonych zwierząt domowych. W czarnym kocie było coś
dziwnego, coś w jego ruchach. Magia. W kocim kroku była nonszalancja. Wycie
zamilkło, a ludzie odetchnęli na chwilę z ulgą, potem jednak znów zamarli,
siedzieli z dala od okien, znali legendy. Łapy uderzały o ziemię, łapy wilka,
dużego wilka. Kot odwrócił się i zatrzymał, patrzył na biegnącego drapieżnika.
Wilk uderzył go delikatnie pyskiem i oblizał. Kot fuknął i otarł się o wilczą
nogę. Nikt z mieszkańców tego nie widział, nikt by nie uwierzył. Wilk i kot
zniknęli w lesie, Agata obudziła się z bólem głowy. Nie śniła karetki. Śniła
ich, idących przez wieś, razem, żywych. W sklepie jej powiedziano, że żadne psy
nie wyły w nocy.
- To pożądana wieś. Tu psy po nocach nie wyją.
Dzień był pochmurny, po kilkudniowych upałach wszyscy
odetchnęli z ulga i czekali tylko, kiedy spadnie deszcz. Trawa była żółta, kurz
unosił się i obsiadał wszystko. Deszcz nie padał już zbyt długo. Od ostatniej
burzy i ulewy minęło sporo czasu, który dla Agaty upłynął niewiadomo, kiedy.
Znów jeździła do pracy, ale robiła to tylko, dlatego, aby dano jej spokój.
Obiecała sobie, że od koniec miesiąca pójdzie do lekarza, jak będzie trzeba
pozwoli się nawet zamknąć na leczenie, ale nie teraz, nie, gdy sny się
zmieniły. Już nie śniła koszmarów, wprawdzie pojawiali się w nich oni, ale
żywi, tacy jak kiedyś. Nie było krwi, nie było karetki i jej przeraźliwego
wycia. Nalała mleka do miski i wystawiła ją na dwór. Robiła tak dzień w dzień,
ale czarny kot, którego dojrzała jeden jedyny raz nie zbliżał się do niej. Do
mleka też nie. Czasem słyszała jego mruczenie, czasami miała wrażenie, że
chodzi po domu, ale już nie goniła za tym, czekała. Dzwoniła jej komórka,
odebrała po piątym sygnale.
- Michał wrócił z Norwegii. – Jej siostra wahała się, jakby
niepewna, czy dokończyć wiadomość, która najwyraźniej kazano jej przekazać. –
Szukał cię, mówił, że się martwi – Agata ścisnęła mocniej telefon.
- Nie dałaś mu adresu!? – Prawie krzyknęła, czuła jak krew
odpływa jej z twarzy.
- Nie, ale on powiedział, powiedział, że znajdzie cię
gdziekolwiek byś była, bo jesteście związani. – Zabrzmiało jakby czytała z
kartki. – Agata? Może przyjedź do nas? Mama zaprasza?
- Daj spokój. Mam prace. Dzięki za wiadomość. Cześć.
Wyłączyła telefon i usiadła. Michał.
Przed trzema latami była zaręczona, ślub miałby się odbyć
teraz, w tym roku. Zerwała zaręczyny, gdy tylko wyjechał i poczuła się
bezpiecznie. Myślała, że nie wróci. Że zapomni o niej. Był jej złym snem,
mężczyzną, którego poznała, gdy miała szesnaście lat, kimś, kto wprowadził ją w życie. Tylko nie takie życie wyobrażała
sobie dla siebie. Opanował ją zupełnie, stał się dla niej bogiem, władcą, katem
jednocześnie. Brał, gdy miał na to ochotę, niszczył wszystkich w jej otoczeniu
lub tworzył z nich swój orszak. Z początku pociągała ja jego siłą, ta zdolność
omamiania ludzi, potem zaczęło ją to przerażać. Rany na ramieniu były jego
zasługą, wizyta w szpitalu psychiatrycznym także. Była silna, gdy stała u jego
boku, pasująca do niego królowa, lecz gdy byli sami, cóż wtedy pokazywał jej,
że jest nikim. Niszczył konsekwentnie to, kim była, by stworzyć to, co w niej
sobie upatrzył. Gdy wyjechał bała się, śniła o jego powrocie i życiu u jego
boku i budziła się chora ze strachu. Była pewna siebie i dumna, zajęła jego
miejsce i uznano ją, utwierdzała się w swojej sile, aż w końcu wmówiła ją w
siebie. Zerwała z nim przekonana, że odległość go powstrzyma. Powstrzymała na jakiś
czas. Bała się, ale czekała, w tym czasie jak gdyby nigdy nic w jej życie
wkroczyła dziewczyna. Widać było, że miała problemy, widać też było, że nie
jest sobą, że stara się schować swoje Ja gdzieś głęboko. Agata przepadła dla
niej. Jej Kot. Jej Natalia, która potem zginęła w aucie wraz z kimś, kto Agacie
ją odebrał, a kogo nie potrafiła znienawidzić. Oboje sprawili, że lek przepadł.
Lęk przez Michałem i jego powrotem. Byli silni, silniejsi niż on. A ona zaczęła
być sobą. Zaczęła wychodzić z matni, w
którą wciągnął ją psychopata. A teraz wracał. A ich nie było. Była sama.
Siedziała skulona z wyłączonym telefonem w dłoni i bała się.
Wieczór był jej ulubioną pora, siadała wtedy w fotelu,
przykrywała się kocem i czytała. Czasem była to książka, innym razem kilka
czasopism, które przeglądała, aby wiedzieć, co dzieje się w świecie. Taka beztroska trwała czasem
godzinę, czasem dwie. Potem gnębiona wyrzutami sumienia włączała laptopa i
nakładała słuchawki. Nigdy nie nauczyła się pisać szybko, ale po trzech latach
pracy już nie szukała liter na klawiaturze. Przymykała oczy i słuchała płyty,
której recenzje miała napisać. Coraz rzadziej znajdowała utwór godny pochwały,
niekiedy piosenki były tak słabe, że na twarzy pojawiał jej się grymas niesmaku.
Potem pisała, znana była z ostrego języka i błyskotliwych tekstów. Jej
ironiczne poczucie humoru z bezpretensjonalnym czarnym dowcipem sprawiał, że
miała mnóstwo fanów, a zespoły z niepokojem czekały na jej teksty. Zawsze
myślała, że będzie tworzyć muzykę, albo promować młode zespoły. Pewnie tak by
było. Pewnie tak. Zamiast tego siedziała i stukała w klawiaturę nucąc sobie
kawałek nowego utworu. Podniosła oczy
znad komputera i spojrzała w kocie źrenice. Kotka siedziała i patrzyła na nią,
aby po chwili wstać i się przeciągnąć. Agata śledziła wzrokiem, jak zwierzak
idzie do kuchni.
Mleko było wypite, a okno uchylone. Dziewczyna otworzyła
lodówkę i dolała do miski, przy oknie zostawiła książkę, tak aby te nie mogło
się zamknąć. Uśmiechała się wracając do pracy. Oni wracali. Wracali.
Samochód zatrzymał się na polnej drodze, mężczyzna wyszedł i
spojrzał na dom. Na przystojnej twarzy pojawił się uśmiech. Znalazł ją bez
trudu, jak zawsze, gdy próbowała uciekać. Dom stał na obrzeżach wsi, Michał nie
wyobrażał sobie nic prostszego jak wejść tam i poczekać. Wciąż dymiący pet
spadł na piasek, a mężczyzna przeczesał palcami włosy i wsiadł do auta. Musiał
załatwić wiele rzeczy, a jego kobieta może poczekać. Samochód ruszył
zostawiając śmierdzącą chmurę spalin. Wilk wszedł nieśpiesznie na drogę,
patrzył za odjeżdżającym samochodem swoimi zbyt rozumnymi ślepiami. Papieros
zgasł w końcu, obok odcisku łapy. Na oknie leżał kot, to był spory kot, miał
zielone oczy i w tej chwili nie mruczał. W tej chwili czekał.
Dni mijały leniwie, w końcu jesień zaczęła wkradać się,
sprawiając, że powietrze było chłodniejsze, a z drzew codziennie spadały
liście. Zabrała torbę i wrzuciła leki do
torebki, w domu będą sprawdzać czy je ma, była tego pewna. Ślub, czas
najwyższy, brat powinien był to zrobić już lata temu. Zamknęła drzwi i
popatrzyła na dom. Zaczynała się w nim czuć coraz lepiej, zadomawiała się.
Nalała jeszcze mleka, chociaż ostatnio kot nie pojawiał się, jakby zajęty czymś
innym. Głowa ćmiła lekko z bólu, ale to nie ważne. Ruszyła spokojnie, lubiła
samochód, mimo wszystko dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Absurd prawda?
Ciemno robiło się coraz wcześniej, nie musiał długo czekać.
Zresztą, najbliżsi sąsiedzi i tak pewnie nic by nie zauważyli. Nie miał
problemów z otwarciem drzwi, zapalił światło i wszedł jak do siebie. Nie
spodziewał się takiego porządku, pamiętał, że nie lubiła sprzątać, ale nie
przeszkadzała mu ta zmiana. Początkowo miał zamiar rozgościć się i czekać na
jej powrót, potem zdecydował jednak, że woli zostawić jej coś. Aby wiedziała,
że ma się przygotować. Kochał ją, tak strasznie ją kochał. Zatrzymał się nagle
i zmarszczył brwi. Ona nie lubiła zwierząt, pamiętał dobrze, jak mówiła, że ich
miejsce jest na wolności, wiec najlepiej, aby ich wolność oddalona była od
niej. A teraz patrzył na kota, który spokojnie mył sobie łapę na środku drzwi
do pokoju i wyglądał jakby czuł się mocno zadomowiony.
- Sio – warknął udając, że rzuca czymś. Kot przestał czyścić
futro i spojrzał z politowaniem. Michał był pewny, że właśnie to wyrażało to
paskudne spojrzenie. Wściekły złapał wazon i podniósł.
- Pojebany kot, wynocha mówię! – Warkot zawibrował za jego
plecami, najpierw cichy, potem głośniejszy. Czuł, że coś dużego stoi z tyłu,
czuł to każdym skrawkiem swojego ludzkiego ciała napełnionego wiekami pierwotnego
strachu i instynktu. Odwracał się pomału, dłoń trzymająca wazon zaciskała się
coraz bardziej. Drzwi były uchylone, tak jak je zostawił, korytarz pusty i
cichy, bardzo cichy. Warkot umilkł, jak ucięty. Michał zaśmiał się tak, jak
śmieją się ludzie, którzy uzmysławiają sobie, że przed chwilą śnili jedynie
koszmar. Wazon pękł rozcinając mu dłoń, klnąc szedł do kuchni, koszulkę miał
mokrą od potu. O kocie zapomniał, całkowicie, jakby go nie było.
Pewnego dnia dwoje młodych ludzi postanowiło pojechać w
podróż. Wymyślili ją dawno, tak dawno, że prawie wypadła z ich pamięci. Byli
szczęśliwi, ich marzenia zaczynały się spełniać, studiowali i pracowali, coraz
częściej myśleli o przyszłości. Wyjazd miał być odskocznią od nauki i pracy.
Czasem dla nich, wyjściem w naturę, gdzie nie ma zgiełku miasta. Ona cieszyła
się jak dzieciak, wciąż coś opowiadała, śmiała się i tuliła do niego. On co
jakiś czas wybuchał śmiechem, jego powaga, która nadawała rysom wyraz srogości
ustępowała. Cieszyli się sobą, wyjazdem, pięknym dniem. Samochód wjechał w nich
szybko, wgniótł siedzenie kierowcy, przesunął auto, które zatrzymało się na
drzewie. Gdyby nie to drzewo ona by przeżyła, główny impet uderzenia zniszczył
praktycznie jedną stronę pojazdu, drzewo dopełniło reszty. On nie miał szans.
Ona krzyczała półprzytomna, gdy wyciągano ją z samochodu, lekarze myśleli że
przeżyje. Mylili się, nie walczyła. Kierowca, który w nich wjechał doznał
lekkiego wstrząsu mózgu, był trzeźwy. Stracił panowanie nad samochodem w wyniku
usterki technicznej. Dwa miesiące po wydarzeniu próbował popełnić samobójstwo. Nie
udało mu się, sąsiadów zaalarmował rumor. Obecnie jest na najlepszej drodze do
stworzenia leku, który pomoże w walce z nowotworami. Urodziła mu się córka i
przygarnął kota. Jest normalnym, spełniającym się, dobrym człowiekiem.
Był szary, z białą plamą rozlewającą się na przedzie, z
ciemnymi oczami. Te oczy przerażały nim najbardziej, nie były do końca
zwierzęce. Gdyby warczał, na jednym kle pokazało by się białe znamię, ale nie
warczał teraz. Stał na skraju lasu i patrzył na dom. Czuł intruza, który
chodził po pokoju. Słyszał jego kroki, wiedział, kiedy tamten zapali papierosa.
Zapach potu drażnił nozdrza, irytował, wzbudzał gniew. Kot otarł się o jego
nogi i zamruczał, usiadł przy nim i miauknął. Wilk podniósł łeb i zawył, do
jego głosu dołączyły kolejne. Cienie przemykające w lesie, czuły jego siłę,
aurę jaką roztaczał. Był wilkiem, ale i nie wilkiem. Czymś innym, wilki znają
ten zapach, znają jego Istotę, tolerują ją, odpowiadają na jego wołanie. Alfa
wita jak równego sobie, nie jak rywala, nie jak przeciwnika. Wilki i Istoty
zawsze były sobie braćmi. Pakty dawne, niezapomniane. Wilki odpowiadają, ludzie
chowają się w domach. Oni też pamiętają, jako ostatni. Zwierzęta krążą przy
domu, czują zapach strachu, złości. Czują smród mężczyzny, który jest w środku.
Nie wejdą do siedziby człowieka, przemykają, smukłe, zabójcze cienie, znikają w
lesie. Wrócą, gdy je poprosi. Las milknie. Mężczyzna odjeżdża, cuchnie
strachem. Kot wie, że wróci, wróci, gdy tylko uzna, że nic mu nie grozi. Wróci
w dzień. Naiwny.
Było jak dawniej, biegała z aparatem i przeprowadzał
śmieszne, pamiątkowe wywiady. Podrywała mężczyzn na swoje duże oczy i śmiała
się z bratanicą. Gdy jej siostra grała na skrzypcach przez chwile pożałowała,
że nie zaśpiewała, ale to minęło szybko. Wesele było radosne. Poczuła się
świetnie, na tyle że przez moment rozważała, czy nie zostać, czy nie wrócić,
ale przypomniała sobie o spokoju, który odnajdywała i który mamił ja coraz
bardziej. I o Michale, którego lepiej nie dopuszczać w pobliże rodziny.
Postanowiła rozwiązać ten problem, zadzwonić, albo spotkać się z nim i wszystko
wyjaśnić. Powiedzieć mu, że to koniec, tak aby zrozumiał, że nie ma już praw do
niej. Zerwać konkretnie i całkowicie. Czas wymazuje pamięć i strach. Czuła się
silna.
Kolorowe kawałki pobitego wazonu tworzyły abstrakcyjną
mozaikę. Był tu. Poczuła złość, wściekłość, naruszył jej azyl. Szał walczył ze
strachem, gdy szła w stronę pokoju. Rozglądała się czujnie, aż w końcu znalazła
to, co zostawił. Płyta była nieopisana. Włączyła ją. Piosenki, jej piosenki. Te
które kiedyś tworzyła dla niego.
Zostawiła płytę w odtwarzaczu. Jej plan rozmowy właśnie się rozsypał.
Zrobiła sobie drinka i usiadła na fotelu. Słuchała. Desdemona, jej zespół, z
którym rozstała się dawno temu. Nagrali po jej odejściu jedną płytę, która
zebrała same negatywne oceny. Brakowało wokalu, który zmuszał do uwagi,
przykuwał, wołał. Który napełniony był takim szaleństwem, że rozkochiwał w
sobie. Ożyły wspomnienia, trasy, nagrania, wspólne imprezy. To był jej czas szaleństwa. Muzyka, tworzenie, czas
szaleństwa. Ta płyta mówiła o jego miłości jej głosem. Tylko, że Agata
pamiętała, jak wygląda jego miłość. Pamiętała za dobrze, wciąż miała pamiątki
jego uczucia. Zasnęła na fotelu, kot wskoczył jej na kolana i zwinął w kłębek.
Klęczał trzymając w dłoniach miecz. Jego twarz była spokojna, oddech zwolniony. Oczy
zamknięte. Krew krążyła w żyłach. Cisza jaką wokół siebie roztaczał była niemal
gęsta. Płomienie świec paliły się równo, nie tańczyły, jak zwykły to robić.
Płonęły tak, jakby nawet najlżejszy ruch nie poruszał ich. Otworzył oczy, a one
zawirowały, zdawało się, że zgasną, ale tak się nie stało. Zostawił je
zapalone, gdy odchodził. Szedł ze stalą w dłoni, w końcu zaczął biec. Na drodze
zostały ślady wilczych łap. Agata otworzyła oczy i wypuściła szklankę, ta
upadła na dywan i potoczyła się po podłodze. Czuła zapach sierści i ciepło,
które zostawił na niej śpiący kot. Czuła
też intruza w domu. Jest to subtelne uczucie, jakby jakiś nie pasujący element.
Odgłos, który nie jest muzyką domu. Wiedziała, że jest w kuchni, że siedzi przy
stole. Była tego pewna.
- Usiądź proszę, musimy porozmawiać. – Posłuchała, był
jednym z niewielu osób na świecie, który mógł to powiedzieć i liczyć, że
posłucha. Ciemne oczy wpatrywały się w
nią, gdy mówił. Słuchała uważnie. Co jakiś czas odpowiadała, potem znów milkła.
W końcu skończył mówić, wstał i podszedł do niej, pocałował w czoło i wyszedł.
Siedziała jeszcze chwilę bez słowa. Obudziła ją spadająca szklanka. Dom był
cichy, płyta najwyraźniej się skończyła. Czuła zapach sierści i ciepło, które
zostawił na niej śpiący kot. Wilk biegł przez las, deszcz moczył jego sierść.
Lało i zaczynało grzmieć. Kobieta w kuchni popija tabletki wodą.
Piórowe kolczyki wirowały lekko, gdy biegła. Były
niebieskie, tak jak pasmo włosów. Padał śnieg, był czysty i biały tak mocno, że
raził w oczy. Zima tego roku zapowiadała się pięknie. Pierwszy śnieg spadł dwa
tygodnie temu i został. Chrzęścił pod stopami, osiadał na włosach. Mijała
drzewa i co jakiś czas oglądała się za siebie. Po policzku ciekła jej krew,
rozcięcie nie było duże, ale piekło. Buty już przemokły, a lodowate powietrze
wyziębiało ja coraz bardziej, a mimo to było jej gorąco. Przyjechał z torbą i
kwiatami. Pachniał drogimi perfumami i papierosami. Potknęła się i zachwiała,
utrzymała równowagę z trudem, było ciemno, ale doskonale wiedziała, dokąd ma
biec. Przytulił ją, a gdy nie oddała czułości uderzył. Wiedziała, że to zrobi.
Była tego pewna. Wbiła mu nóż w udo i wybiegła. Wiedziała, że będzie ją gonił,
rana raczej mu nie przeszkodzi. Jedynie spowolni. Krzyczał za nią wyżywając od
kurw i wariatek. Na polanie siedział Kot. Mył łapę. Siedział w jedynym miejscu
w którym nie było śniegu. Wilk trzepnął go pyskiem i wrzucił w zaspę. Kot prychał
przez chwile, następnie spojrzał z wyrzutem i prychnął raz jeszcze. Na polane
wbiegła kobieta. Jej czarne włosy były mokre i posklejane, twarz czerwona od
krwi, a niebieskie kolczyki wirowały jak szalone. Czarownica. Wiedźma z legend,
odwróciła się i czekała. Z jej gardła wyrwał się śmiech, złowieszczy śmiech
szaleńca. Kot usiadł u jej stóp. Był wielki i czarny. Śnieg nie padał na niego,
a w miejscach których stawiał łapy topił
się. Czarownica położyła mu dłoń na głowie i podrapała, zamruczał, ale nie był
to już odgłos jaki wydają domowe pupilki. Czarownica zaczęła śpiewać, jej głos
wznosił się i opadał, miał Moc. Siłę tworzenia i zmian.
Mężczyzna krwawił a Wilk czuł jego krew. Zawył. Do wycia
dołączyły kolejne głosy. Michał zatrzymał się i odwrócił. Zamilkł. Niepokój
rozlał się po jego ciele, podnosząc jeszcze bardziej poziom adrenaliny w krwi.
Spojrzał na jej ślady, były wyraźne. Wilki nie atakują ludzi. Wiedział to, a
mimo tego zaczynał się bać. Ruszył jej śladem, nie była daleko. Wilk patrzył na
niego, miał białą plamę na zębie. Cienie przemykały między drzewami. Słyszały
śpiew, odpowiadały. W dawnych czasach mówiono, że człowiek po śmierci powraca w
formie zwierzęcej, jego dusza rodzi się ponownie, w tęsknocie za prawdziwą
naturą. Mówiono również, że ciało ludzkie jest więzieniem i tylko w zwierzęcej
formie Istota jest prawdziwa. Szeptano też o duszach, które nie do końca
odeszły, o duszach, które zostały uwięzione. Wilkołaki, kotołaki, wampiry,
strzygi, wszystkie stworzenia z mitów były źle zaklętymi duszami. Jednak prawda
jest inna, dusza nie wraca. Chyba, że za życia była połączona z dusza
zwierzęcia. Mądre brązowe oczy nie należą do zwierzęcia, do człowieka też nie.
Podobno w każdej legendzie jest trochę prawdy.
Widziała jego sylwetkę, która majaczyła na skraju polany.
Chwiał się na nogach. Patrzyła, jak się zbliża i zaczęła się rozbierać. Ciało
drżało z zimna, gdy ściągała bieliznę. Jej sutki sterczały, śnieg opadał na nie
i topił się pod wpływem gorąca. Nie czuła zimna, śpiewała, wołała je. Krzyczała
do nich. A one nadchodziły. Cienie lasu, przemykały, czuły krew. I jej śpiew,
który zezwalał. Prowokował. Miała moc. Michał był coraz bliżej, słyszał jej
śpiew i nagle zdał sobie sprawę z tego, co robi. Wrzasnął, nie spodziewał się
tego, nie myślał, ze zdołała pojąć, odwracał się pomału. Czuł je. Wilk szedł w
jego stronę, cienie snuły się za nim. A ona śpiewała. Zaatakował. Kły wbiły się
w ciało, w skórę, druzgocąc mięśnie, odrywając je, miażdżąc. Cienie kłębiły się
przy mężczyźnie, który jeszcze próbował się bronić. Śpiewała, krzyczała do
nich. Wilki atakowały, rozrywały na strzępy, mordowały. Złaknione krwi,
obudzone przez jej śpiew. W końcu zakrwawione psyki odwróciły się w jej stronę.
Leżała na śniegu, naga, płatki spadały na jej skórę. Stado uciekło. Wilk zawył.
Kot położył się na kobiecie i zamruczał. Śnieg zakrywał jej twarz, płatki
osiadały na włosach. Umierała.
O kotach mówią wiele. Podobno ma siedem żyć. I umie
przeprowadzać duszę do świata zmarłych. Podobno nie ma dla niego tajemnic w
drodze do królestwa Śmierci, a ona sama dąży go sympatią. Jego mruczenie jest
muzyką, a ciepło, które daje- czystą energią. Kocia sierść lśni. Iskrzy, kot mruczy.
Śpiewa jej. Czarownica otwiera oczy, jest jej zimno, tak zimno. Pragnie zasnąć.
Iskierki wnikają w jej ciało, energia wpływa i wypełnia ją. Jak narkotyk. Półprzytomna otwiera oczy i wstaje. Kot jest
obok. Sierść lśni. Idą razem, drogą, którą przyszła. Na krew pada śnieg. Ślady
giną. Czarownica idzie za swoim kotem. Prowadzi ją. Koty znają drogę, a ona
jest zmęczona. Dachowce z wioski wychodzą im naprzeciw. Jest ich dużo, z
pourywanymi uszami, zniszczonymi ogonami. Łowcy, zdobywcy, koty Śmierci. To miauczenie
budzi mieszkańców. Wychodzą z mieszkań niespokojni. Widzą kobietę, na której
leżą koty. Dziesiątki kotów. Kobieta krwawi. Ludzie zegnają się. Ale wiedza co
to znaczy. Tutaj stare legendy żyją. Okrywają ciało kocami i zabierają do
ciepła. Po wizycie u Śmierci ciepło jest potrzebne. Koty milczą.


















































Odpowiedzi
Zaciekawiło mnie, czytałam
Zaciekawiło mnie, czytałam z przyjemnością. Połączenie świata realnego, współczesnego i tego senno- szaleńczego odrealnienia, przemieszane ze znanymi wierzeniami, zabobonem - podoba mi się. To "odrealnienie" właśnie jest tu jednocześnie wadą i zaletą. Zaletą - ponieważ wprawia w nastrój tajemniczości, niepokoju, magii. Wadą - ponieważ nie do końca podoba mi się sposób w jaki zostało przedstawione, zbyt chaotycznie. Brakuje mi tutaj jakiś kluczowych, choćby krótkich i pozornie nie wiele znaczących zdań, które łączyłyby fabułę w jedną całość. Ciężko się odnaleźć w tym zlepku scen, momentami powiązania nie dla każdego mogą być jasne.
Sam pomysł mimo wszystko bardzo mi się podoba. Gorzej natomiast z wykonaniem. Niestety często i gęsto kuleje, w postaci męczących powtórzeń, niedopracowania (liczne literówki, interpunkcja) i pojawiających się czasem, niezręcznych szyków zdań.
Gdyby tak to jeszcze trochę popieścić... :)
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Drażni mnie strasznie
Drażni mnie strasznie niedopracowanie formy: literówki, błędy ortograficzne i interpunkcyjne.
Treść za to jest bardzo interesująca, nawet po przeczytaniu czytelnik nie wie wszystkiego i może się tylko domyślać. Podoba mi się ta tajemniczość i zmieszanie różnych konwencji.
Gdyby tylko dopracować tekst...