Szmaragdy (Vivaldi)

    OPOWIADANIE NAGRODZONE W KOLOROWYM KONKURSIE NAZNACZONYCH BŁĘKITEM.

    Zmierzcha już. Widzę jak słońce, majestatycznie chowając się za horyzontem, krwiście czerwoną poświatą obleka świat. Mój czas się zbliża. Czuję widmową dłoń Przeznaczenia zaciskającą się na moim gardle, chwytającą mnie za serce, wydzierającą duszę. Nim księżyc zajaśnieje na niebie, będę już nieżyw, tego jestem pewien. Dlatego też z przejęciem spisuję swoje wyznania, drżącą ręką próbując przelać na papier swój strach i nieszczęście. Przeklęty ja! Przeklęty ród mój i moja słabość. Zagładę sprowadziłem na swój dom, ulegając diabelskiej pokusie, trupiemu odorowi ukrytemu pod maską anielskiej urody…

    Imię me nieważne. Bogu dziękować, jeśli na zawsze zniknie ze świata, całkowicie zapomniane. Byłem poważanym kupcem, w jednym z miast na południu Francji. Handlowałem drogimi kamieniami. Rubinów miałem pod dostatkiem, takoż diamentów, bursztynów, niewiele mniej opali i szafirów. Największą mą radość budziły jednak szmaragdy, niezależnie od ich wielkości. Godzinami mogłem spoglądać w przepastne, zielone głębiny tych kamieni, zachwycać się ich barwą, tak piękną i soczystą. Nie sprzedawałem ich; gromadziłem i chowałem. Niczym spragniony, łapczywie sięgający po każdą kroplę wody.

    Byłem bogaty, nie mam wątpliwości. Bogaty i młody, o włosach szarych niczym wilcze futro i geście statecznym, a część dam uważała mnie za wcale pięknego. Nigdy nie narzekałem na nadmiar kobiet wokół mnie, nie mogłem jednak powiedzieć, by było ich niewiele. Co raz to jedna, młodsza, powabniejsza i piękniejsza od pozostałych, słała ku mnie swe pełne figlarności spojrzenie, a przyjaciele robili zakłady, któraż to wreszcie złapie mnie w swe sidła.

    Aż do tamtego dnia… Chrystusie Zbawicielu, czemuż mi wtedy nie pomogłeś, czemuż mnie na pastwę tej potworności zostawiłeś, czemuż wszystko wpisałeś w indeks mych grzechów!

    To był bal u Generała, starego weterana, którego obecnością zaszczycili wszyscy wielcy tego miasta. Była tam także i ona. Ciemnowłosa, o kibici smukłej, stroju skromnym, lecz w pewnym sensie i lubieżnym, skórze alabastrowej, wschodnich rysach twarzy i najpiękniejszymi zielonymi oczami, jakie widziałem. Zielone oczy! Niczym dwa piękne szmaragdy błyszczące i przyzywające mnie! Poczułem na sobie jej wzrok; przeszedł mnie dreszcz, kolana się pode mną ugięły. Miałem wrażenie, że w tej samej chwili jestem gotów zrobić dla niej wszystko; okraść, zabić, wyrzec się przyjaciół i Boga, tak wielki afekt wywołała we mnie ta zieleń. Czułem, że płonę, że spalam się w ogniu wielkiej miłości! A kiedy się uśmiechnęła… me serce na moment stanęło. Wtedy myślałem, że to z powodu uczucia, które je rozsadza, teraz jednak wiem, iż była to zapowiedź mego koszmaru…

    W niecały miesiąc Chloe – bo tak zwała się piękność – była już mą żoną. Przyjaciele byli zdziwieni pośpiechem i chyżością działań, niekiedy wypominali mi szaleństwo, lecz nie baczyłem na to. Razem z małżonką wyjechaliśmy w Karpaty, gdzie znajdowała się jej posiadłość, w której obecnie spisuję tę historię. Nie będę męczył nikogo opisami mego życia, upojnych nocy i posępnych przebudzeń. Porannych mych osłabień, krwawych znamion i śmiertelnej melancholii, jaka mnie ogarnęła. Zaś im bardziej gasłem w oczach, tym piękniejsza była Chloe i tym zieleńsze były jej oczy, bezdenne niczym piekielne czeluście. Wiedz nieznajomy, poznaj mą żałość: poślubiłem wampira! Obrzydliwego trupa, który siły ze mnie wysączał, a nocami wykradał się z zamku, by wraz z sobie podobnymi urządzać orgie i parzyć się bez ustanku, i rodzić kolejne potwory, ku zgubie ludzkości. Nie mogłem znieść tego dłużej. Wiedziałem doskonale, że dusza ma jest przeklęta, że porażająca groza i niemoc towarzyszyć mi będą do końca mych dni. Mogłem jednak jeszcze uratować innych, niewinne dusze rzucone diabłu na żer. Kiedy więc minęło lat pięć odkąd ją poznałem, w księżycową noc, zrobiłem to. Zrobiłem! Zaszedłem do niej i w serce wraziłem zaostrzony kawał drewna, a jej krzyk wypełnił mój umysł. Nie mogłem jednak jej spalić, nie mogłem odciąć głowy, zbyt słaby, zbyt bojaźliwy! Na granicy szaleństwa moja jaźń skurczyła się do jednego detalu, który mnie prześladował: do zieleni cielesnych szmaragdów, do oczu Chloe.

    Wyłupiłem je.

    Bóg mi świadkiem, wyłupiłem je. Leżą tutaj, wpatrując się we mnie, przeszywając na wskroś, niczym zatrute sztylety, jak dwa zielone kamyki czekające na swego właściciela. Słońce zaszło, nad światem zaległa ciemność. Serce me drży, gdy widzę, jak źrenice w gałkach oczu Chloe się zwężają. Słyszę zgrzytanie jej zębów, odgłos paznokci drapiących po granicie rozsadza mi czaszkę. Idzie tu, zabrać wreszcie życie swego małżonka, odrodzić się poprzez krew. Obok mnie leży garniec z oliwą, z drugiej strony solidna świeca o grubym knocie. Nie mam pojęcia, czy to wystarczy, aby pogrążyć potwora w płomieniach, jedno jednak wiem na pewno. Dzisiejszej nocy zginę, a wraz ze mną w gruzy obróci się mój zamek, mój ród i me imię. Chryste, dopomóż mi pokonać monstrum, a ty nieznajomy, kimkolwiek, gdziekolwiek jesteś, módl się za mą przeklętą dusze!

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus