Percy Jackson: Morze potworów (2013) - recenzja


Kiedy oglądałam film Percy Jackson: Złodziej pioruna, byłam wręcz zachwycona, chociaż doskonale wiedziałam, jak bardzo różni się on od książkowego pierwowzoru. Dziwiłam się aż, że tak długo zwlekałam z wybraniem na seans, bo w główną rolę wcielił się jeden z moich ulubionych aktorów młodego pokolenia. Jako że kolejną adaptację przygód Percy'ego już reklamowano w kinach, telewizji i prasie, skusiłam się także na drugą część książki, aby nie popełnić grzechu i nie obejrzeć filmu przed przeczytaniem powieści, na podstawie której powstał. Rzecz jasna liczyłam na to, że i tym razem się nie zawiodę, a Percy Jackson: Morze potworów będzie równie dobry co Złodziej pioruna. Niestety, jestem rozczarowana i nieścisłości co do książki nie mają z tym, o dziwo, za wiele wspólnego.

Tym razem Percy musi uratować Obóz Herosów. Ktoś specjalnie otruł drzewo wytwarzające tarczę w postaci pola siłowego, przez którą mogą przejść tylko istoty półkrwi. Dzieci bogów są w niebezpieczeństwie, a jedynym lekarstwem okazuje się złote runo, znajdujące się aż na wyspie na tytułowym Morzu Potworów. Oczywiście nie wystarczy pokonać niebezpiecznych istot z mitologii, bo po piętach będzie bohaterowi deptać jeden bardzo wkurzony syn greckiego boga (nie zdradzam żadnych szczegółów, żeby nie zepsuć zabawy).

Tylko... gdzie syn Posejdona w tym wszystkim? Podczas seansu odnosiłam wrażenie, że to nie o nim jest film. Młody półbóg wydawał mi się momentami trochę przytłoczony innymi bohaterami. O ile w pierwszej części wyraźnie widać, że to Percy stoi w centrum całej akcji, przedstawiona jest jego historia i przygody, tak tutaj ukazany został dla mnie nie jak bohater a jego pomocnik. Coś tam niby zdziałał pod koniec i podczas całego filmu wpadł na kilka dobrych pomysłów, ale zakończenie było dla mnie fatalne. Nie tylko całkowicie strąciło syna Posejdona na dalszy plan, lecz na dodatek w bardzo jednoznaczny sposób zapowiedziało trzecią część. Nie mówię, że finałowa scena powinna kompletnie zamykać fabułę, ale tutaj było dla mnie za dużo nawiązań do początku kolejnej części.

Cóż, niestety nie tylko zakończenie okazało się fatalne. Początek również mnie rozczarował. Gwoździem do trumny w tym wypadku stała się po prostu fabuła. Założenie było chyba takie, że ma coś się dziać, a potem nagle na jaw powinna wyjść dziwna tajemnica rodzinna, stanowiąca motor wydarzeń. W rzeczywistości kilka pierwszych scen wlokło się mimo pozornej akcji i średnio śmiesznych żartów. Następnie nastąpił moment pseudopoważnej rozmowy, a potem już nie było Percy'ego. Mimo jego braku, środek filmu nie okazał się aż taki straszny, bo scenarzysta i reżyser postarali się, aby coś jednak się działo.

Nie mogę jednak powiedzieć, że Morze potworów to totalny gniot i nie polecam go nikomu. Tak naprawdę środek akcji nawet mi się podobał i szkoda, że cały film nie był taki – z nieprzesadzoną fabułą, znacznie lepszym humorem (kilka razy nawet parsknęłam śmiechem!) i spójnymi wydarzeniami. Dynamizm akcji też stał się przystępny – ani za szybka, ani za wolna, doskonale ukazane momenty walk i potyczek, w których nawet dostrzegłam Percy'ego! Całość okazała się dobra. Tak się wciągnęłam, że nawet nie zauważyłam, kiedy akcja zaczęła zmierzać ku końcowi. Co prawda obawiam się, że spowodowała to moja sympatia do Logana Lermana, który kolejny raz bardzo dobrze odnalazł się się w roli syna Posejdona, i tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że jak na młodego aktora świetnie się sprawdza. W momentach, kiedy nareszcie grał pierwsze skrzypce, spisywał się, moim zdanie, doskonale, ale szkoda, że nie dostał szansy zachwycania przez cały film.

Świat przedstawiony w Morzu potworów jest bardzo podobny do tego z pierwszej części. Obóz Herosów, co prawda, nic się nie zmienił, ale poszczególne miejsca odwiedzane przez bohaterów zostały interesująco ukazane – trochę mniej rozrywkowo niż w Złodzieju pioruna, ale wciąż są barwne, kolorowe albo wręcz przeciwnie – mroczne i ponure. Ta różnorodność dodaje produkcji uroku, bo raz Percy i jego przyjaciele jadą przez przerażający las w upiornej taksówce, a innym płyną przez morze na przepięknym, kolorowym stworze przypominającym konia. Ale żeby nie było za dużo słodkich słów, wspomnę tutaj, że przy tych bajecznych, przerysowanych krajobrazach polski dubbing wypadł trochę... komicznie. Żałuję, że nie miałam nawet do wyboru wersji z napisami, ale kiedy tylko nadarzy się okazja obejrzenia Morza potworów na DVD, pewnie sprawdzę, jak wypadnie bez polskiego podkładu.

Reasumując, Percy Jackson: Morze potworów to film doskonały dla fanów mitologii, bo herosi, bogowie, mityczne stwory i przedmioty pojawiają się w nim na każdym kroku. Sympatycy Logana Lermana, jak ja, również znajdą tu coś dla siebie, ale jeśli oczekują, iż będzie on grał pierwsze skrzypce jak w Złodzieju pioruna, trochę się rozczarują. Podkreślam, to nie jest zły film. Ot, przygodowo-fantastyczny, idealny dla przedziału wiekowego około dziewięciu, dwunastu lat. Jest inny niż poprzednia część przygód syna Posejdona, niestety gorszy, ale wciąż może zapewnić miłe spędzenie czasu.

Sylwia „PersilGold” Zazulak
Redakcja i korekta: Monika „Katriona” Doerre

Za bilet na seans dziękujemy
sieci Cinema City


Oryginalny tytuł: Percy Jackson: Sea of Monsters
Gatunek: przygodowy, fantasy
Długość: 104 min.
Język: angielski
Reżyseria: Thor Freudenthal
Produkcja: Chris Columbus
Scenariusz: Marc Guggenheim
Muzyka: Andrew Lockington
Zdjęcia: Shelly Johnson
Montaż: Mark Goldblatt
Scenografia: Claude Paré
Produkcja / Rok: USA, 2013
Data premiery: 16 sierpnia 2013 (Polska) 7 sierpnia 2013 (świat)

Opracowanie wersji polskiej: Studio Sonica
Reżyseria: Piotr Kozłowski
Dialogi polskie: Joanna Kuryłko

Obsada/ polski dubbing:
Logan Lerman - Percy Jackson (Piotr Bajtlik)
Alexandra Daddario - Annabeth Chase (Matylda Damięcka)
Douglas Smith - Tyson (Grzegorz Kwiecień)
Leven Rambin - Clarisse La Rue (Lidia Sadowa)
Brandon T. Jackson - Grover Underwood (Paweł Ciołkosz)

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany