- Panicko, jo wos szukom i szukom - Jasiek wparował na mostek z fretką na ramieniu, wyraźnie zagubiony i nieszczęśliwy.
- Łociec suka, matka suka, a ty, psie, tu. - mruknął rozbawiony Arek. Kapitan Zakrzewska szturchnęła go pod żebro i zwróciła się do swego ordynansa takim tonem, jakby przemawiała do dziecka:
- Co się stało, że mnie szukasz?
- Jo nie moga wniść do swyj izby, dźwirze sie zacieny - odparł Jasiek pokornie - Asica nie kce siedzić na mieńscu, ino uciko i ciengiem ganio po cołkim stotku....I jescy...jo nie wim, jak to pedzieć...
- Niańka pieluch nie uprała, kot mleko wypił i farfurka się stłukła. - powiedział cichutko Mścisław Czerep, który poza tym, że był niezłym sternikiem, znany był z tego, że znał na pamięć całą Trylogię oraz wiele innych dzieł literackich.
-... jo przepomnioł, co mom pisanie dlo wos łode generoła.- dokończył rozpaczliwie góral.
Kapitan westchnęła nieznacznie i odparła łagodnie:
- Zreperują drzwi, wejdziesz do swej kwatery, to mi dasz ten list. Nic się pewnie nie stało, nie zaprasza mnie chyba w nim na randkę... w tych warunkach byłoby trudno... A nastepnym razem, jak będziesz mnie szukał, spytaj komputera pokładowego.
Na mostku rozległ się świstek komunikacji wewnętrznej. Na wszystkich statkach Gwiezdnej Floty był to dźwięk bosmańskiego gwizdka, ten tutaj przypominał jednak gwizdek sędziego piłkarskiego.
- Pani kapitan, czy mogłaby pani przyjść do ambulatorium? - odezwał się z głośnika głos T'Shan - Mamy ciekawe spostrzeżenia, ale to nie jest rozmowa na odległość.
- Jejku, co oni tam wykryli, wolkańską świńską grypę? - zachichotała Malwinka Kręcik, która na mostku czuła się równie swobodnie, co w hotelu i ani myślała zmieniać swego zachowania.
- O ile mi wiadomo, Frau Kręcik, to na Vulcanie nie ma świń. - zwrócił jej uwagę Jurgen.
- No to taką od innego stworzenia... Jakieś zwierzaki tam przecież żyją. - nie dawała za wygraną Malwinka.
- Niech pani lepiej wraca na nasłuch - poleciła kapitan sucho - Arek, mostek. Ja idę do ambulatorium. Aha, chorąży Podgumowany, proszę ściągnąć kogoś z maszynowni, niech sprawdzi drzwi kwatery Jaśka, a przy okazji drzwi głównego nawigatora. Też się zacinają.
Wzięła Gizię z ramienia swego ordynansa i wyszła. Winda tym razem zjechała, gdzie trzeba, bez przygód. W ambulatorium siedziała doktor T'Shan, wyraźnie blada, choć starała się opanować.
- Dobrze, że pani jest - powiedziała na widok dowódcy - Ta sprawa robi się coraz bardziej tajemnicza. To, co sekcjonowałam... to tylko wyglądało jak człowiek. Jego mózg był na poziomie rozwoju, bo ja wiem...? Jaszczurki? Wygląda na to, że te humanoidy to były tylko zwierzęta, być może zwierzęta hodowlane. No i, mają budowę zbliżoną do Wolkan; krew na bazie miedzi i tak dalej.
Oparła głowę na ręce.
- Pan R'Cer bada wspomnienia Siboka za pomocą zlania jaźni - dodała ze znużeniem - Zaraz tu przyjdzie.
- Siboka? Wiecie już, jak się ten chłopak nazywa?
- Znam go z Vulcana. To Sibok, syn moich sąsiadów. Nie wiem, jak trafił na asteroidę, ale pan R'Cer właśnie próbuje się tego dowiedzieć.
Z działu szpitalnego wyszedł doktor Żmijewski z dwoma paddami.
- Czołem, Lila - powiedział niezbyt przytomnie - Jeśli ciekawi cię stan szefa ochrony i kapelana, to oboje jutro wrócą na służbę.
- O, znalazła się zguba. Porucznik Gwizdak jednak dotarła na pokład.
- Tak, ale miała silny atak choroby kosmicznej... ojciec Maślak też, oboje czują się już lepiej.
- Ojciec Maślak? Tadeusz Maślak, redemptorysta? To aż nam go wkleili, żeby pozbyć się z Ziemi? Kurcze, wiedziałam, że dadzą nam kapelana, ale nie myślałam, że akurat jego! No, to będziemy tu mieli chiński taniec, niech nas wszyscy święci mają w opiece.
- A ateistów?
- Ateistów też. Jak on się za nich weźmie, to dla świętego spokoju uwierzą nawet w bożka Wicli-Pucli. Zresztą mniejsza teraz o niego...
Kapitan usiadła obok T'Shan. Gizia zeszła z jej ramienia i wspięła się na biurko, gdzie stanęła słupka i zaczęła węszyć w powietrzu niczym surykatka. Zapach medykamentów i środków dezynfekcyjnych wyraźnie ją zafascynował. Tak zobaczył ją R'cer, gdy wszedł do pomieszczenia i z trudem powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś nieprzyjemnego. Nie dość, ze kapitan tego statku paraduje z tym stworzeniem na ramieniu, to jeszcze wnosi je do sekcji szpitalnej! Mina Wolkanina była jednak łatwa do rozszyfrowania.
- Niech się pan tak nie nabzdycza, fretka stworzenie boże i czyściejsza od niejednego człowieka - powiedziała Lilianna - Co pan wykrył tą swoją wolkańską metodą?
R'Cer opanował się i z godnością podszedł do biurka.
- Już wszystko wiem - odpowiedział - A w każdym razie, dostatecznie dużo.
Logowanie
Nawigacja
Obecnie dostępni są:



Nowi użytkownicy










Reklama
Ostatnio dodane artykuły
Ostatnie odpowiedzi
-
Przypomina mi się wydarzenie8 godzin 15 min. temu
-
Oddaj nam swą krew, a my Ci11 godzin 34 min. temu
-
O fuj! Obrzydliwe!14 godzin 28 min. temu
-
A co powiecie na słowo15 godzin 28 min. temu
-
Tak, muzyka podkreśla klimat,16 godzin 11 min. temu
-
Jeśli chodzi o Enyę i muzykę16 godzin 20 min. temu
-
Ja uwielbiam kawałek 'May It20 godzin 43 min. temu
-
Zdecydowanie "Wywiad z20 godzin 50 min. temu
-
:)20 godzin 56 min. temu
-
Ja się podpisałam już dawno.1 dzień 5 min. temu
Blogi
Rozdział 17: MIND MELD
- Eviva's blog
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Rozdział 16: WOLKAŃSKA KREW
Jędrzej Karpiel oglądał ze zdumieniem urządzenie, które ściągnięto z tajemniczej asteroidy. Nie miał pojęcia, z której strony się do tego dotknąć.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby to zostało wyhodowane, nie zbudowane. - mruknął do siebie. Szczegółowy skan wykazał budowę wielopolimerową i, ku uldze Jędrka, ani śladu typowych sygnałów życia. Obszedł urządzenie dookoła. Wg tricordera zawierało coś w rodzaju bazy danych, na oko mogącej mieć ok 800 gigabajtów - problem polegał na tym, że o ile można było skanować do woli, o tyle nic nie dałoby więcej informacji, jak uruchomienie urządzenia. A tego Jędrek zrobić nie umiał.
Do magazynu wpadł rozczochrany i zaspany Michałow. Pilne wezwanie wyrwało go z pierwszego snu, czego bardzo nie lubił, ale na widok tego, co właśnie badał Jędrek, zapomniał języka w gębie.
- Co to? - spytał, odzyskawszy mowę.
- Według wszelkich danych to komputer, choć jego budowniczowie nie mieli nic wspólnego z żadną znaną nam rasą rozumną - odparł Karpiel - Udało mi się ustalić, że tak czy siak nie jest to żywe... czyli ze nie zdechnie, gdy się go w porę nie nakarmi, ani też nie odgryzie żadnemu z nas ręki. Nadal jednak nie mam pojęcia, jak to uruchomić, ani nawet, na jakiej zasadzie to działa.
Michałow podszedł do urządzenia i obejrzał je dokładnie, z trudem opanowując się, by nie kopnąć go celem zobaczenia, jak zareaguje. Dotknął zewnętrznej obudowy. W dotyku przypominała coś jakby zastygły żel balistyczny. Nacisnął trochę mocniej, a wtedy zewnętrzna płyta nagle drgnęła i zsunęła się w dół, odsłaniając rzędy obłych wypukłości. Michałow od razu zorientował się, że to przyciski sensoryczne, uruchamiające poszczególne programy. Połączył się z mostkiem i uśmiechnął się z zadowoleniem, usłyszawszy głos Malwinki, która zdążyła już wrócić do konsoli łączności.
- Ślicznotko, może pani przekazać kapitance, że toto jest bez wątpienia komputerem - powiedział słodko - Użyty budulec to wielopolimery, jak twierdzi nasz jajogłowiec. Reaguje na zmienny nacisk. Komputer znaczy, nie Karpiel, zresztą diabli wiedzą, on pewnie też by na coś takiego zareagował. Spróbujemy ściągnąć dane z tego, co zastępuje tu twardy dysk, ale będzie to małe miki w porównaniu z ich zdekodowaniem. Jak mnie pani zrozumiała, odbiór?
- Zrozumiałam dobrze. Pracujcie dalej, chłopcy, bo kapitan nie jest w najlepszym humorze.
- O ile mi wiadomo, ona taka od urodzenia.
Michałow wyłączył się i wrócił do oglądania dziwnego urządzenia.
Tymczasem w ambulatorium ekipa medyczna kończyła badanie młodego Wolkanina. Jego organizm był bardzo wyniszczony, choć jednocześnie we krwi wykryto tę samą substancje, co na skórze - i żadnych bakterii czy wirusów. Było to bardzo dziwne.
- Na szczęście żyje - powiedziała T'Shan, przeglądając wyniki - Choć przy tak daleko posuniętej anemii to niezwykłe.
- Czy możliwe, by owa substancja X pełniła rolę biostatu? - spytał R'Cer. T'Shan skinęła głową.
- Bardzo prawdopodobne. Nadal jednak niewiele z tego rozumiem.
- Może sekcja humanoidów, ściągniętych z asteroidy, coś pomoże? A może... mind-meld? Zrobiłbym to sam, jednak pani, jak mi się zdaje, zna tego chłopaka, lepiej więc, by zrobiła to pani.
T'Shan potrząsnęła głową, a w jej oczach mignęło przerażenie. Wyraźnie miała złe doświadczenia z mind-meld, co nie byłoby takie znów dziwne. Nieumiejętnie wykonane połączenie umysłów mogło być przyczyną najfatalniejszych urazów i prowadzić do zaburzeń, które niełatwo leczyć. R'Cer poczuł, ze jego niechęć do młodej lekarki mija - chyba źle ją ocenił. Była fatalnie wychowana, to fakt, ale mimo wszystko miała chyba podstawy do niezbyt normalnego jak na Wolkankę zachowania.
- Poprowadzę panią - rzekł miękko - To nie jest niebezpieczne ani przykre, jeśli wykonuje się połączenie we właściwy sposób.
- Nie rozumie pan, ja nie mogę... Niech pan to zrobi.
- Dobrze - uznał, że lepiej będzie odłożyć analizę zahamowań lekarki na później - Proszę mi jednak powiedzieć, dobrze go pani zna?
- Tak... nie... to znaczy... znałam go, gdy był małym chłopcem. Opiekowałam się nim na Vulcanie. To syn sąsiadów. Byłam z nim bardzo zżyta,ale nie widziałam go, odkąd... odeszłam z domu.
R'Cer rozsądnie powstrzymał się od wygłoszenia opinii o samowolnym opuszczaniu domu przez niedorosłą dziewczynę. Wiedział z akt, że rodzice T'Shan nie należeli do najtroskliwszych - do czego to podobne, by Wolkanie z krwi i kości zostawili swe dziecko na pięć lat wśród ludzi i przez ten czas nawet się nim nie zainteresowali? Nic dziwnego, że dziewczyna uległa nieodwracalnemu skażeniu.
- Dobrze, ja zajmę się Sibokiem - rzekł - A pani niech zrobi autopsję któregoś z tych ciał, które przesłano do laboratorium. Może czegoś się dowiemy.
- Eviva's blog
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Ziemowit
Samochód wjechał na polną drogę. Dotychczasowy w miarę mało wyboisty i nawet nie za bardzo dziurawy – jak na Polskie realia – asfalt zastąpiła ubita ziemia. Dzień był ciepły, a nawet gorący, zwłaszcza dla trójki pasażerów nie klimatyzowanej skody Felicji.
- Masz być miły dla dziadka, słyszysz co do ciebie mówię – kobieta siedząca z przodu na siedzeniu pasażera odwróciła się do rozwalonego na tylnej kanapie chłopaka. Około dwunastoletni młodzian pozornie nie zwrócił na nią żadnej uwagi. Patrzył uparcie w okno, a dudnienie z słuchawek nałożonych na uszy słyszalne było nawet w przedniej części samochodu.
- Powiedz, mu coś – kobieta tym razem zwróciła się do mężczyzny siedzącego za kierownicą- zupełnie mnie ignoruje.
- Trzeba mu było nie mówić, że to był pomysł mojego ojca – głos kierowcy był spokojny – teraz mamy młodzieńczy bunt, ale zobaczysz, że dziadek go przekona – mężczyzna wzdrygnął się jakby coś sobie przypomniał – trzeba przyznać, że mój ojciec potrafi każdego przekonać.
- Macie pewne – młodzian tylko pozornie nie zwracał uwagi na rodziców – nigdy mu tego nie wybaczę, a jak tylko będę miał osiemnaście lat to natychmiast zmienię to głupie imię.
- Przecież to piękne starosłowiańskie imię, powinieneś być z niego dumny – ojciec starał się spokojnie załagodzić wybuch nastolatka.
- Dumny, niby jak mam być dumny ? W szkole każdy się ze mnie nabija: Ziemek – ściemek, ziemniok, ziemia dla Ziemowita – po tym haśle najlepszą zabawą jest trafić we mnie jakąś grudą ziemi. Czy ja nie mogłem się nazywać jakoś normalnie ? – w głosie chłopaka brzmiało rozżalenie.
- Może powinieneś ich uświadomić, że twoje imię nie ma nic wspólnego z ziemią, a jest tylko formą imienia Siemowit, które oznacza głowę rodu – ojciec spróbował znaleźć jakąś radę.
- No pewnie, już widzę ich radość w wymyślaniu nowych przezwisk, nie zamierzam dawać im nowej pożywki.
- Dlaczego ty masz normalne imię Maciej – podjął po chwili – moje to chyba wymyślił z zemsty za swoje własne. Ciekawe kto wykombinował jego: Gorzysław.
- To taka tradycja w naszej rodzinie, aby w co drugim pokoleniu pierworodny syn miał starosłowiańskie imię.
- No to miałem niewątpliwe szczęście – Ziemowit zakończył dyskusję i opadł z rezygnacją na tylną kanapę.
Dojeżdżali na miejsce. Na widnokręgu pojawił się drewniany parterowy dom. Słońce pomału zachodziło zalewając czerwonym światłem podwórko. Przed domem, skąpany w promieniach zachodzącego słońca stał mężczyzna. Na oko blisko sześćdziesięcioletni, wysoki i postawny. Jego rozłożone ramiona zdawały się zagarniać gasnące światło, tak jakby chciał wchłonąć jak najwięcej energii z gasnącego słońca .
- Zawsze tak stoi przy wschodzie i zachodzie słońca - Maciej zdawał się mówić jakby do siebie – nie pamiętam aby opuścił jakikolwiek.
Zaparkowali przed domem. Chłopak szybko opuścił samochód, chcąc przemknąć obok dziadka bez przywitania, ale nie zdążył.
- Witaj Ziemowicie, czekałem na ciebie – głos Gorzysława był mocny i donośny.
- Nie nazywaj mnie tak – reakcja chłopca była prawie histeryczna – wiem, że to ty wymyśliłeś to głupie imię i nigdy ci tego nie wybaczę.
- To imię czekało na Ciebie od wieków, po prostu musiałeś się tak nazywać – głos dziadka był cichy ale mocny i uspokajający – zrozumiesz wszystko jutro, na postrzyżynach.
- Nie będzie żadnych głupich postrzyżyn, nie będę brał udziału w żadnych głupich zabawach – histeria w głosie chłopaka narastała – nie pozwolę zrobić z siebie głupka.
Niebo na widnokręgu pociemniało. Czyste do tej pory niebo zasnuło się ciężkimi burzowymi chmurami. Zdawały się one ciemnieć wraz z każdym wykrzyczanym przez chłopaka słowem.
- Wejdźcie do chaty – słowa dziadka brzmiały spokojnie – noc przyniesie uspokojenie.
- Nawet się nie łudź, że cokolwiek zmieni moje nastawienie – Ziemowit hardo spojrzał w oczy dziadka – dość się nacierpiałem przez to głupie imię.
Weszli do domu, ale Gorzysław po chwili wyszedł z powrotem przed chatę wymawiając się obowiązkami gospodarskimi.
Popatrzył przez chwilę na nadciągającą burzę, a następnie podniósł w górę ręce i wypowiedział cicho kilka słów. Ciężkie burzowe chmury, zaczęły znikać równie szybko jak się pojawiły. Niebo znów było czyste.
- Jeszcze nie Płanetniku, jeszcze musisz słuchać moich rozkazów – zamruczał pod nosem – ale już chyba niedługo – westchnął po krótkiej chwili.
Kolacja upłynęła w milczeniu. Goście, zmęczeni drogą, szybko uporali się z jedzeniem i rozeszli do swoich pokoi na spoczynek.
Ziemowit spał źle. Męczyły go koszmarne sny, tak sugestywne, że w pewnej chwili przebudził się z krzykiem. To, co zobaczył w swoim pokoju, spowodowało, że krzyk zamarł mu gardle. Był tak przerażony, że nie mógł dobyć słowa.
W rogu pokoju stał dziadek – nie dziadek. Stojąca w izbie postać przypominała dziadka, ale wydawała się o wiele wyższa i potężniejsza. Jej wielkie i jakby sękate ręce były wyciągnięte w stronę chłopca. Z czerwonych, jakby umazanych krwią dłoni biła poświata, która zdawała się oplatać Ziemowita.
- Dokonało się – głos dziadka był cichy, ale uroczysty – otrzymałeś moc trzydziestu dwóch pokoleń naszego rodu. Jutro staniesz się mężczyzną i poznasz tajemnicę naszego plemienia.
Ziemowit zemdlał.
Rozdział 15: POWRÓT W GLORII
- Pani kapitan! - zawołał Jurgen z sąsiedniego pomieszczenia - Proszę tu podejść!
Lilianna zostawiła R'Cera z młodym Wolkaninem i podeszła do niego. Jurgen wskazał na podłogę. Leżały tam zwłoki humanoidalnych istot, w różnym stanie rozkładu, niektóre zupełnie świeże. Kapitan spojrzała na swego oficera. Jego widoczna przez szkło hełmu twarz była blada jak papier, mimo że dzielnie starał się zachować spokój.
- Zapisz namiary, drugi - powiedziała - Trzeba będzie zbadać choć kilka z tych ciał. Dowiemy się, czemu zmarli i jaki udział miały w tym te galarety.Na razie chodźmy do R'Cera, ściągną nas na pokład.
Zmaterializowawszy się na podeście kapitan Zakrzewska natychmiast wpadła we wściekłość, bo zamówiona ekipa medyczna nie raczyła jeszcze się zjawić.
- Ekipa medyczna do hali transportu! - ryknęła do komunikatora - Jest tam kto, do cholery?!
- Ja przekazałem, co było trzeba - powiedział asekurancko Lalewicz - I to samej doktor T'Shan.
- I co ona na to?
- Powiedziała "Spadaj, kretynie."
- Była trzeźwa?
- Ale gdzie tam. Na trzeźwo nie da się żyć.
- Ekipa medyczna, cholera jasna!!! - wrzasnęła kapitan po raz drugi.
Drzwi hali rozsunęły się i do środka wmaszerowali dwaj sanitariusze z wózkiem na kółkach, oraz bardzo zdenerwowany doktor Żmijewski..
- Przepraszam panią, ale od rana mamy wezwania z różnych punktów statku, a każde fałszywe - powiedział tonem usprawiedliwienia - Diabli człowieka biorą.
- Czy doktor T'Shan jest w stanie używalności? - spytała Lilianna surowo, ściągając z siebie skafander.
- Oczywiście. Humor ma jednak okropny, bo połowa jej bagażu, jak się okazuje, została na Ziemi - doktor pomógł R'Cerowi ułożyć nieprzytomnego chłopca na wózku - Galopem z nim na diagnostykę.
R'Cer zdjął skafander, złożył go pedantycznie, zdał broń i udał się na mostek, gdzie kapitan właśnie sztorcowała pierwszego oficera.
- Pani kapitan, czy mogę iść do ambulatorium? - spytał - Ukończyłem Wolkańską Akademię Nauk na kilku wydziałach, między innymi medycznym.... mogę się przydać przy badaniu.
Kapitan, która nie lubiła, gdy przerywano jej wymyślanie komukolwiek, spojrzała na niego wściekle. Nie znosiła Wolkan i nie ufała im, ale ten R'Cer wykazywał troskę o rodaka, co rozumiała i popierała, machnęła więc ręką i powiedziała krótko:
- Odmaszerować, komandorze.
R'Cer opuścił mostek i poszedł do ambulatorium, gdzie w drzwiach zderzył się z młodą Wolkanką, roztrzęsioną i wzburzoną w zupełnie niewłaściwy dla Wolkan sposób. Przytrzymał ją za ramiona.
- Słyszałem, że była pani pijana - rzekł surowo - I chyba do tej pory pani nie wytrzeźwiała. Przynosi pani wstyd swojej rasie.
Lekarka uwolniła się od jego rąk.
- Proszę zostawić mnie w spokoju - syknęła - Nie jest pan moim przełożonym i nie będę się panu spowiadać.
R'Cer wyraźnie czuł od niej alkohol, ale nagle zorientował sie, ze to woda kolońska - agresywny zapach, chętnie używany przez ziemskie kobiety, choć nie miał pojęcia po co. Nigdy nie czuł czegoś podobnego od Wolkanki i szczerze mówiąc nie podobało mu się to.
- Proszę iść do swej kwatery i odpocząć, ja zajmę się pacjentem. - powiedział z dezaprobatą.
- Odczep się pan wreszcie. Coś się pan tak do mnie przychrzanił? - T'Shan zmierzyła go wściekłym wzrokiem, odtrąciła go od drzwi i weszła do ambulatorium, gdzie doktor Żmijewski badał właśnie chłopca z asteroidy. Podeszła i pogładziła go delikatnie po skołtunionych włosach.
- Nie umieraj, Sibok. - szepnęła.
- Eviva's blog
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Rozdział 14: ZNALEZISKO
Stworzenia przypominały meduzy, były jednak raczej duże. Ich półprzejrzyste ciała pulsowały zmiennymi barwami i wyglądało na to, że mogą tworzyć różne narządy, w zależności od potrzeby. Na widok intruzów najpierw zamarły, podobnie zresztą jak oni.
- Te paskudy gapią się na nas. - szepnął Jurgen ze zgrozą.
- Ciekawe tylko, czym. - odszepnęła mu kapitan.
Stworzenia ruszyły się nagle, łącząc się w jedną bezkształtną masę, groźnie najeżoną jakimiś wypustkami, których wcześniej nie było widać.
- Fascynujące, to chyba parzydełka z jakąś trucizną? - R'Cer, jak zwykle, podszedł do sprawy naukowo.
- Proponuję nie sprawdzać. - kapitan sięgnęła po fazer. Na widok broni połączone stworzenia cofnęły się, jakby w popłochu.
- Wiedzą, co to jest i reagują jak istoty myślące. Nie wolno nam ich krzywdzić. - powiedział Wolkanin zdecydowanie - Nie ma ich w bazach danych, choć pochodzą z tej galaktyki. Może to gatunek na wymarciu...
- Jak nas dopadną, to my będziemy na wymarciu. Niech pan nie gada bzdur, R'Cer. Nie mam zamiaru ich krzywdzić, ale chcę zabrać stąd pańskiego rodaka, i to w miarę możliwości w jednym kawałku.
Kapitan ruszyła do przodu, unosząc groźnie fazer. Stworzenia rozłączyły się i rozpierzchły wokół. Ich reakcja rzeczywiście wskazywała na pewien poziom inteligencji, choć trudno było określić, jaki. W każdym razie zdecydowanie znały broń i bały się jej.
- One tu rządzą? - spytał Jurgen R'Cera.
- Nic na to nie wskazuje - odparł Wolkanin - Ten statek budowano dla humanoidów, nie dla istot amorficznych, jak te. Jednak ich zachowanie wskazuje na sporą inteligencję, choć trudno teraz określić, czy to społeczne zwierzęta, czy już rasa rozumna. Chociaż...
Pewne oznaczenia na ścianach i gdzieniegdzie obłe wklęsłości wskazywały na odmienne wnioski. W umyśle R'Cera zaczął się majaczyć jakiś obraz, ale wciąż jeszcze niewyraźny i brakowało w nim wielu elementów. Statek zdecydowanie nie był ziemski ani wolkański. Rejestracja tricordera wskazywała jednak na mieszaninę azotowotlenową, a także na sporą domieszkę alifatycznych związków eterycznych o budowie wyraźnie organicznej... Innymi słowy, gdyby nie skafandry, mogliby bez przeszkód oddychać, ale na pewno otaczałby ich smród trudny do zniesienia.
- Tu jest panel komputera! - zawołał nagle Jurgen, zaglądając do jednego z bocznych pokoi - Zobaczę, co da sie z niego zgrać.
- Ja załatwię zabranie na Hermasza tego przedmiotu, cośmy znaleźli. - R'Cer włączył komunikator i wydał kilka poleceń sekcji naukowej. Potem zaczął pilnie oglądać ściany i pobierać próbki do badań. Jego podejrzenia zaczynały się krystalizować.
- Hej, wy tam! Mam na was trąbić?! - odezwał się nagle w komunikatorach krzyk pani kapitan - Ruszcie wasze nędzne dupy! Znalazłam tego Wolkanina i trzeba go stąd natychmiast zabrać!
Obaj mężczyźni wbiegli do zniszczonej, ale jeszcze nadającej się do zamieszkania kabiny. Na czymś, co od biedy można było uznać za łóżko, leżał bezwładnie młody chłopak, okryty trudnymi do identyfikacji strzępami, które jednak musiały być kiedyś mundurem kadeta Gwiezdnej Floty, gdyż naszywka na piersi wciąż była widoczna. Długie włosy chłopca były zmierzwione, jego ciało wychudzone i brudne. Skórę znaczyły szarozielone plamy, niczym po przyssawkach.
- Żyje, ale ledwo, ledwo - powiedziała Lilianna - Sądząc z odczytów, jest nieprzytomny od wielu dni. Na jego skórze znajduje się ta sama substancja, którą tricorder zarejestrował w budowie tych stworzeń z korytarza.
- Czy to znaczy, że one...? - Jurgenowi zabrakło tchu.
- Nie wiemy, co to znaczy, ale tak czy siak zabieramy go stąd. - kapitan wyjęła komunikator i podstroiła go trochę - Lalunia, jesteś tam? Cztery osoby do transportu. Przygotuj się. I niech czeka na nas ekipa medyczna.
R'Cer wziął nieprzytomnego chłopca na ręce. Miał wrażenie, że ten dzieciak nic nie waży, i z trudem oparł się pokusie, by ściągnąć rękawicę i dotknąć jego skroni. Bardzo chciał się dowiedzieć, co tu zaszło, a mind-meld było na to najprostszym sposobem. Musiało to jednak poczekać.
- Eviva's blog
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Rozdział 13: ZWIAD
W hali przesyłu czekali R'Cer i Jurgen. Obaj zdążyli już przygotować uniwersalne skafandry - takie, co to chronią i przed promieniowaniem, i przed innymi nieprzyjemnościami - oraz podstawowe zestawy zwiadowcze.
- Co tak stoicie jak żony Lota? - ofuknęła ich kapitan - Ubierajcie się, ale już.
Zwinęła swój warkocz w prowizoryczny węzeł, tak by zmieścił się pod hełm, i szybko nałożyła swój skafander. Obaj mężczyźni poszli za jej przykładem bez słowa, nie chcąc narażać się na dalsze kąśliwości.
- Lalunia, oblicz parametry przesyłu do środka tej podrabianej asteroidy. Trzymaj namiar i bądź gotów na każde nasze zawołanie. - poleciła kapitan technikowi, wchodząc na platformę.
- Spoko kiecka, znam swoje robote, nie dali mi dyplomu za machanie pałaszem. - burknął Lalewicz, pstrykając przełącznikami na konsoli.
R'Cer ledwie powstrzymał się przed uniesieniem oczu ku niebu (co byłoby trudne, gdyż miał nad sobą tylko sklepienie przesyłowni). Nie tylko kapitan była tu, no, nietypowa - wyglądało na to, że cała załoga jest jej warta.
- Czy wydała pani dyspozycje na wypadek, gdyby pani nie wróciła? - spytał, stając obok Lilianny.
- O to niech pana głowa nie boli - odparła sarkastycznie - I w takim wypadku nie radzę panu, by próbował pan przejąć dowodzenie. Nikt pana nie posłucha.
- Wcale nie pragnę przejmować dowodzenia.
- Nie chodzi o to, czego pan pragnie, a o to, co wyda się panu logiczne. Wśród Polaków logika nie jest w modzie, a jak załoga dojdzie do wniosku, że zachciało się panu dowodzić, to marna pana godzina. Lalunia, transport.
Zwiad zmaterializował się pod powierzchnią sztucznej asteroidy, które to wnętrze wyglądało dość osobliwie. Przypominało plątaninę tuneli, w których poniewierało się mnóstwo jakiegoś złomu. Co ciekawe, działało tam oświetlenie, choć nie mogli wypatrzeć jego źródła. Jurgen włączył swój tricorder - był to jego osobisty sprzęt, żaden tam wschodniokoreański składak, a solidny skaner firmy Osram.
- Pani kapitan, rejestruję sygnały życia - powiedział po chwili - Są dość osobliwe, tej konfiguracji nie ma w bazie danych... jednak obok niej mamy też sygnaturę wyraźnie wolkańską!
Spojrzał na R'Cera, skierował tricorder na niego, a potem w poprzednim kierunku.
- Tak, nie ulega wątpliwości - potwierdził - Wolkanin, w bardzo złym stanie fizycznym.
Lilianna włączyła swój komunikator.
- Hermasz, jak mnie słyszycie? - spytała.
- Doskonale, kapitanko - pisnęła Inga Laush od konsoli łączności - Melduję, że pierwszy oficer mnie molestuje.
- Nie szkodzi. Strzel go w papę, to przestanie. Trzymajcie cały czas namiar na zwiad i nie ważcie się nas zgubić, jasne?
- Tak jest. Panie Arek, niech pan przestanie...
- Arek, bo po powrocie wyślę jaśnie pana do zmywania garów! Proszę molestować załogantki po godzinach służby, jasne?!
- Tak jest, pani kapitan!
Lilianna wyłączyła komunikator i rozejrzała się uważnie. Jej tricorder również wychwytywał sygnały życia, ale dochodziły one gdzieś z dolnych pokładów, gdzie prowadziła głęboka studnia, pewnie pozostałość po jakiejś zdemontowanej windzie.
- Schodzimy - zadecydowała - Ja pierwsza.
- Dlaczego? - wyrwało się R'Cerowi.
- Po pierwsze dlatego, ze jestem doświadczoną alpinistką, a po drugie dlatego, żeby miał się pan o co pytać.
Zrezygnowany R'Cer zamilkł. Poczekał, aż pani kapitan zejdzie, czepiając się występów tunelu, a gdy bezpiecznie znalazła się na dole, poszedł w jej ślady. Jako ostatni zszedł Jurgen, który nie był wielkim amatorem wspinaczki, ale od biedy umiał to, czego do niej potrzeba.
Na dolnym pokładzie sygnały były dużo silniejsze, panował tu też większy porządek.
- Rejestrujcie wszystko. - poleciła kapitan oficerom, i zaczęła rozglądać się uważnie. Po bokach korytarza widać było otwarte pomieszczenia, co ciekawe, przystosowane do humanoidów. Jeden z nich był rodzajem zamrażalni, pełnej czegoś, co wyglądało na porcje żywnościowe. Tricordery sklasyfikowały zamrożoną tkankę jako organiczną, roślinną, coś pomiędzy grzybem a porostem, bogatą w składniki odżywcze. W innym pomieszczeniu zwiad zauważył coś dziwnego - jakiś twór, emitujący pole bioelektryczne, ale, według wskazań tricordera, nie będący istotą żywą. Przypominał surrealistyczna rzeźbę z półprzezroczystych, różnokolorowych elementów, jarzących się punktowymi światłami, nieodparcie przywodzącymi na myśl kontrolki.
-Warto by to zbadać - zauważył Jurgen - To nie pochodzi z żadnej znanej planety, a jest chyba urządzeniem mechanicznym. Nasz dział naukowy powinien to obejrzeć.
- Promieniowanie?
- Nie wykazuje.
- Dobra, jeśli będziemy mogli, to zabierzemy to coś na badania. Na razie znajdźmy tego Wolkanina i sprawdźmy, co za istoty go więżą.
- Nie wiemy, czy jest więźniem. Na razie nie ma co do tego logicznych przesłanek. - powiedział spokojnie R'Cer, zapominając, że przyrzekł sobie nic już nie mówić.
- Oczywiście. Sam tu wlazł i z własnej woli doprowadził się do stanu krytycznego. To prawdziwie logiczny wniosek. - prychnęła Lilianna wzgardliwie i ruszyła do przodu, kierując się coraz silniejszymi sygnałami życia. Gdy jednak zobaczyła, co je emitowało, literalnie rzuciła się w tył.
- Eviva's blog
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
Nowy fanzin
Ja bym tylko chciała tak nieśmiało zareklamować nowo powstały (w bólu i pocie czoła) magazyn o tematyce fantasy-yaoi. Tak, wiem, manga to nie tu, tu jest poważna fantastyka. Ale każdy numer Kolibra jest tematyczny. Pierwszy numer to duchy.

Ładne? Okładka autorstwa Weroniki Bronowskiej, znanej szerzej jako Demon-Lionka.
Drugi numer ukaże się wkrótce. Temat: cyberpunk. Okładka tym razem mojego autorstwa, wyglądać będzie mniej więcej tak:

W przygotowaniu już również trzeci numer - wampiry! *Vrolok podskakuje na krześle, rozlewając, pitą ostatnio nałogowo, kawę* i tym razem okładka będzie autorstwa i mojego, i Demonki. :D
Także bierzcie i czytajcie z tego wszyscy. A po więcej szczegółów zapraszam tu: http://yaoi.com.pl/
Klikajcie w okładkę pierwszego numeru w prawym górnym rogu. :)
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- …
- następna ›
- ostatnia »





















