Adept - recenzja

    Kto kojarzy Adama Przechrztę, ten wie, że spodziewać może się po nim historii alternatywnej, szczególnie tej rozgrywającej się w Polsce lub w Rosji, szczególnie w XIX i XX wieku. Nie inaczej jest i tym razem.

    Początek XX wieku, polskie ziemie pod zaborem rosyjskim. Olaf Rudnicki jest alchemikiem, który chciałby się trzymać z dala od polityki, ale wydarzenia, w których wir wpadnie, pokrzyżują mu plany. Głównego bohatera "Adepta" poznajemy, gdy odwiedza tak zwaną enklawę – miejsce w Warszawie, w którym bez wątpienia dzieje się coś nadnaturalnego, a jednocześnie niezwykle niebezpiecznego.

    Enklawy na terenie Imperium Rosyjskiego istnieją również w Moskwie i Petersburgu. To miejsca zamieszkiwane przez demoniczne istoty, groźne dla ludzi i wrogo do nich nastawione. Jednocześnie ich obecność wpływa na całe otoczenie – mapy okazują się tam zupełnie nieprzydatne, z kamienic wyrastają dodatkowe piętra, ulice prowadzą w zupełnie nowe rejony. To, co kiedyś było raptem kilometrowym odcinkiem, teraz może okazać się ciężką trasą, której pokonanie zabierze wiele godzin. Aby niebezpieczne istoty nie opanowały całego miasta, enklawy otoczone są murami najeżonymi srebrnymi prętami – bowiem tylko srebro potrafi powstrzymać demony. Jednocześnie enklawy kuszą – pozyskane z nich środki sprawiają, że alchemiczne specyfiki okazują się skuteczne jak nigdy wcześniej. No i kto wie, może demoniczne istoty dałoby się wykorzystać jako broń...? W każdym razie na terenie enklawy alchemik spotyka się z oficerem elitarnej carskiej gwardii, Aleksandra Borysowicza Samarina. Wzajemnie ratują sobie życie i to staje się początkiem nietypowego sojuszu oraz interesującej przyjaźni.

    Tak rozpoczyna się powieść będąca pierwszym tomem nowego cyklu Adama Przechrzty zatytułowanego "Materia Prima". To nazwa substancji pozyskiwanej w enklawach, niezwykle cennej i potężnej, o uzyskaniu której każdy tamtejszy alchemik marzy bardziej niż o kamieniu filozoficznym. Do czego można ją wykorzystać? Tego nie zdradzę, podpowiem tylko, że zastosowań jest naprawdę wiele.

    Pisarz w ciekawy sposób kreuje alternatywną historię Warszawy, podlewając ją sporą dawką fantasy. Nieco w tym steampunku, sporo alchemii i magii doprawionych demonologią. Historia nie odgrywa tu najważniejszej roli, ale nie jest też tylko elementem tła. Napięcia polsko-rosyjskie odgrywają ważną rolę w relacjach między bohaterami, gdzieniegdzie pisarz przemyca zmodyfikowane wątki z naszej historii, jak np. dywersyjną organizację polskiego państwa podziemnego, czyli sztyletników. Wspólnie z Rudnickim i Samarinem odwiedzimy nawet carski dwór.

    Najmocniejszym punktem powieści jest właśnie wykreowany świat. Z zapartym tchem śledziłam, skąd wzięły się enklawy, czym tak naprawdę zagrażają ludziom i to, jak wyglądają w środku. Ciekawe były też wszelkie oddziaływania demonicznych istot na ludzi, często negatywne, choć czasem też dość zaskakujące. Interesująco Przechrzta przedstawił, jak w tym uniwersum można stworzyć homunkulusy. Na drugim miejscu postawiłabym kreację głównego bohatera. Olaf Rudnicki jest alchemikiem, podejmuje ryzyko wyprawy do enklawy w celach czysto zarobkowych, ale przypadek sprawia, że staje się specjalistą od żyjących tam stworów, w dodatku dokonuje niezwykłych odkryć i nagle z osoby praktycznie anonimowej, staje się kimś naprawdę ważnym – włącznie ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Ponadto mimo iż całe życie trzymał się z dala od polityki, okazuje się, że obie strony sceny politycznej żywo się nim interesują, a on coraz częściej musi balansować między nimi, wchodząc w ryzykowne sojusze.

    Moją uwagę przykuli też bohaterowie drugiego i trzeciego planu, a raczej… bohaterki. Jedną z nich jest księżna Maria Pawłowna Wołkońska, babcia Samarina, intrygująca i niezwykle bystra kobieta. Z jednej strony to szczyt arystokratycznej rosyjskiej śmietanki, z drugiej utrzymuje niezwykle zażyłe stosunki ze swoim lokajem i szoferem, w dodatku Polakiem. Choć nigdy deklaracja ta nie pada wprost, możemy podejrzewać ją o romans. Nawet jednak ta zażyłość nie wyjaśnia, czemu księżna Wołkońska tak wiele sympatii okazuje polskiemu alchemikowi, ale z czasem poznamy tę tajemnicę. Z drugiej strony barykady mamy Annę Ostrowską – Polkę i nauczycielkę w elitarnej szkole dla panien. Ta, choć pilnuje dyscypliny i nie popiera przemycania na teren szkoły słodyczy, rozprowadza wśród uczennic zakazane przez cara książki ukazujące prawdziwą historię Polski. I wpada w oko pewnemu Moskalowi… Wreszcie gospodyni Okoniowa – prosta kobieta, na co dzień sprzątająca u Rudnickiego, w wolnym czasie oddająca się lekturze rozmaitych książek oraz lewicujących ulotek. Z jednej strony jest to postać będąca nośnikiem efektu komicznego, z drugiej – nie sposób jej nie polubić.

    "Adept" przyciąga wartką fabułą, licznymi zwrotami akcji i interesującymi pomysłami autora. Wciąga i zapewnia sporo rozrywki. Choć powieść liczy niemal 500 stron, można ją połknąć w jeden wieczór i nie oderwać się aż do ostatniej strony, od razu mając ochotę na więcej. Jedyny problem mogą stanowić częste rosyjskie wtrącenia, ale zamiast posłowia pisarz zamieścił podręczny słowniczek, dzięki któremu te przestają sprawiać problemy. Adam Przechrzta kupił mnie tą powieścią z przyjemnością zapoznam się z dalszymi tomami cyklu "Materia Prima".

    Anna Tess Gołębiowska
    Korekta: Adam Gotan Kmieciak

    Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów

    Tytuł: "Adept"
    Autor: Adam Przechrzta
    Gatunek: Fantasy
    Wydawnictwo: Fabryka Słów
    Premiera: 2016
    ISBN: 978-83-7964-151-2
    Oprawa: broszurowa
    Liczba stron: 472
     

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Polski