Ametysta (Viktoria Armstrong) - recenzja

Znany chyba każdemu slogan głosi, że w życiu we wszystkim należy zachować umiar. Co za tym idzie, trzeba utrzymywać równowagę. Dozować zarówno te właściwe rzeczy, czyli dla przykładu samorozwój, jak i te niekoniecznie pochwalane przez resztę społeczeństwa. Na takiej zasadzie zbudowany jest cały świat. Jak wyglądałoby życie człowieka i świat, gdyby nagle ta reguła została zachwiana? Z pewnością wybuchłaby panika. Pojawiłyby się niepewność, strach, a część ludzi skorzystałaby z rozstrojonej rzeczywistości, by realizować swoje niecne cele.

Podobny scenariusz kreuje w swojej powieści Viktoria Armstrong. W „Ametyście” przedstawia historię Kotaliny, jednego ze światów, w którym noce ciągle się wydłużają. Budzi to niepokój wśród wszystkich mieszkańców, a ci nie są znowu tacy typowi. W powieści znaleźć można driady, magów, wampiry, inkubów czy demony. „Ametysta” to pierwszy tom serii „7 wymiar” i, jak można się domyślać, tytuł stanowi jednocześnie imię głównej bohaterki.

Viktoria Armstrong zasypuje czytelnika całym mnóstwem postaci. Można zauważyć, że autorka bardzo się starała, by różniły się one charakterami czy upodobaniami. Dobrze widać to na przykładzie Ametysty i Brendy. Pierwsza z nich to świeżo upieczona magini obdarzona ogromną mocą, co symbolizować ma przyznany jej przez gildię kamień – turmalin. Jest raczej chłodna, stateczna i zdystansowana. Takie wrażenie robi od samego początku i, mimo że autorka próbowała w jakiś sposób to złagodzić, w mojej świadomości ta postać pozostała taka do samego końca. Dodatkowo odnosiłam wrażenie, że ma zbyt wygórowane mniemanie o sobie. Nie było to może nic konkretnego, jednak sposób, w jaki zwracała się czasem choćby do swojego przyjaciela, Miatela, budził we mnie zastrzeżenia. Z kolej Brenda w ogóle nie należała do gildii. Wywodziła się z rodu wampirów i służyła Arymanowi – władcy podziemia. Stanowi ona przykład postaci żywiołowej, pewnej siebie i zdecydowanej. Dlaczego zestawiłam właśnie te dwie bohaterki? Po pierwsze, miały one stanowić przykład ekstremalnych różnic, a przynajmniej tak odczytywałam zamysł autorki. Po drugie, były w pewien sposób rywalkami, choć do samego końca o tym nie wiedziały. Czytelnik jednak dość szybko dowiaduje się na czym polegała ta „tajemnicza” rywalizacja.

Jak pisałam wyżej, w trakcie czytania sama dochodziłam do wniosku, którzy z bohaterów należą do pierwszoplanowych. Jak wielkie było więc moje zdziwienie, gdy na ostatniej stronie odnalazłam spis… głównych postaci właśnie. Co więcej, całkiem sporą ich listę. Zawsze myślałam, że protagonistów jest zwykle, albo powinno być, niewielu, żeby nie zmylić czytelnika. Tymczasem w owym spisie widnieje dumnie aż dwanaście imion. Szczerze mówiąc, nie potrafiłam tego zrozumieć, ponieważ niektóre z tych postaci pojawiły się dopiero w drugiej połowie powieści i nawet nie odegrały żadnej kluczowej roli. Przykładem może być Cleo, matka Ametysty. Ujawniła kilka istotnych faktów, w porządku. Czy jednak brała aż taki udział w toczącej się akcji, by określić ją mianem głównej bohaterki? Nie. A przynajmniej nie dla mnie. Swoją drogą zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle takowy spis umieszczać w książce? Właściwie poczułam się tym nawet lekko dotknięta. Wychodzi na to, że autorka wątpi w inteligencję czytelnika i jego zdolność do samodzielnego oddzielenia postaci istotnych od tych mniej ważnych. Chociaż, jak widać na moim przykładzie, mój sposób pojmowania różni się od tego, który przyjęła Viktoria Armstrong. Ośmielę się więc wysnuć teorię, że główne postaci zostały zbyt mało podkreślone.

Rzeczą, która irytowała mnie podczas czytania „Ametysty”, było to, że w Kotalinie wszystko miało w sobie magię. Co którąś stronę natykałam się na słowo na „m”, które w końcu zaczęłam jakoś instynktownie omijać. Znalazły się magiczne ścieżki, energetyczno-magiczny ładunek w deszczu czy magiczny pałac. Naprawdę nie istnieją inne określenia? Nie chce mi się wierzyć, że autorka nie mogłaby opisać tych magicznych-cosi przy użyciu odmiennych przymiotników. Lepiej byłoby już według mnie po prostu opisać działanie tej magii. Stworzyłoby to ciekawy obraz i pomogło uniknąć nudy i irytacji w jaką wpada czytelnik.

Styl Viktorii Armstrong określiłabym jako ciekawy. Niektóre momenty powieści bardzo mi się podobały i wtedy czytałam „Ametystę” bez przerwy, zapominając o ciągłym sprawdzaniu godziny czy ilości stron, jakie pozostały do skończenia rozdziału. Niestety zdarzały się też fragmenty, przez które nie mogłam przebrnąć, gdyż albo zdania zostały zbyt pokrętnie napisane i musiałam wracać do nich po kilka razy, by zrozumieć sens, albo natrafiałam na wywyższanie Ametysty i podkreślanie jej atutów oraz zdolności magicznych. Bardzo nie lubię idealizowania bohaterów, a autorka nie potrafiła się czasem przed tym uchronić.

Sama nie wiem jak ocenić tę powieść. Oczywiście podtrzymuję moją wcześniejszą krytykę, ale nie mogę zaprzeczyć temu, że gdy w końcu wpadłam w odpowiedni rytm, przeczytałam prawie całą książkę podczas jednego popołudnia. Nie należy ona co prawda do jakichś grubych tomiszczy, ale zdarzało mi się już męczyć z dwudziestostronicowymi pozycjami. „Ametystę” można przeczytać z powodu nudy. Lojalnie jednak ostrzegam, że zakończenie może rozczarować. Zdecydowanie nie polecam osobom łatwo irytującym się podczas lektury, a także tym, którzy szukają powieści w stylu chociażby „Siewcy Wiatru”. Z ostateczną oceną chyba wstrzymam się do momentu, gdy skończę drugi tom.

Joanna „Sachmet” Posorska

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu PWN

Tytuł: Ametysta
Autor: Viktoria Armstrong
Wydawca: PWN
Cykl: 7 Wymiar
Tom: 1
Miejsce wydania: Łódź
Data wydania: 2014
Liczba stron: 228
ISBN: 978-83-938126-0-8

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany

Nazwa użytkownika

Facebook

Discus