Bramy Światłości (Maja Lidia Kossakowska) – recenzja

    Pamiętam doskonale chwilę, gdy pierwszy raz zetknąłem się z twórczością Mai Lidii Kossakowskiej, a konkretniej z „Żarnami niebios”. Był to rok 2008, a zbiór dostałem w prezencie od niedawno poznanej dziewczyny. Książkę pochłonąłem praktycznie w dwa wieczory i nie musiałem długo się zastanawiać, by sięgnąć po „Siewcę Wiatru”. To było coś, co od razu do mnie przemówiło. Anielskie intrygi i historia walki z Antykreatorem chodziły za mną jeszcze długo. Gdy dwa lata później Fabryka Słów zapowiedziała „Zbieracza burz” wiedziałem, że powieść muszę nabyć już w dniu premiery, bo po prostu moja ciekawość nie pozwoli mi spać. Także i tym razem dałem się porwać, choć nie ukrywam, że jednak tom drugi „Zbieracza…” nieco mnie zawiódł, a już sam fakt podzielenia historii sprawił, że się nieco zdenerwowałem. Bo jak tutaj czekać w spokoju, gdy fabuła nagle się urywa? Dlatego sięgając po „Bramy Światłości” miałem pewne obawy, gdyż także w tym wypadku dostrzegłem pod tytułem dopisek: „tom I”.

    Powrót po latach do tworzonego przez siebie uniwersum nie jest rzeczą łatwą. Mijający czas sprawia, że wiele pomysłów, które wydawały się dobre, odchodzi w cień. Koncepcje się zmieniają, pewne rzeczy ustępują miejsca innym i zaczyna się tworzyć bałagan. Miałem nadzieję, że Kossakowskiej uda się tego uniknąć, niestety, podczas lektury natrafiałem na sytuacje, które trochę mi zgrzytały ale o nich napiszę później. Chwilowo chciałbym wspomnieć w kilku słowach o historii, a ta wygląda dość intrygująco. Oto bowiem Anielica Sereda powróciła ze swojej ekspedycji badawczej do Stref Poza Czasem z dość dziwną wiadomością. Prawdopodobnie odnalazła ślad Stwórcy. Wywołało to spore poruszenie w szeregach Gabriela i innych, wtajemniczonych w spisek Skrzydlatych. Wszak tylko nieliczna grupa wybranych wie, że Pan dawno temu opuścił swoje królestwo. Czyżby zatem udało się odnaleźć jego ślad? Czy zorganizowana wyprawa, której dowódcą zostaje Daimon Frey, zdoła zbadać to tajemnicze zjawisko i odpowiedzieć na pytanie, dlatego Bóg postąpił w taki właśnie sposób? A może kryje się za tym wszystkim jakiś nikczemny podstęp?

    Lektura „Bram Światłości” okazała się bardzo przyjemną przygodą, której koniec pozostawił wiele pytań i uczucie pustki związane z koniecznością oczekiwania na kolejny tom. Niestety akcja urwała się w takim momencie, że teraz będę siedział jak na szpilkach i wyczekiwał informacji o części drugiej. Kossakowska nie ograniczyła się jedynie do tego, co znamy z kart poprzednich powieści. Bardzo rozbudowała swój anielski świat. Dodała elementy, które nadały mu nowych barw, lecz niestety przy okazji nieco zachwiały posadami tego, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Większość wydarzeń rozgrywa się w Strefach Poza Czasem, których konstrukcja została oparta w dużym stopniu na kulturze indyjskiej. Z początku trochę trudno było mi się przyzwyczaić do tych scenerii. Kłóciły się z moją wizją Królestwa i terenów przyległych, jednak zagłębiając się w lekturze, odkrywałem pozytywne strony tego zabiegu i w ostatecznym rozrachunku uważam, że ich obecność wyszła powieści na dobre.

    Zdecydowanie miło było poznawać sekrety krainy Meru, obcować z tamtejszymi obyczajami i jednocześnie snuć domysły co do tego, w jakim kierunku podąży dalej fabuła. Przewinęło się także kilka nowych, interesujących postaci, które w mniejszym bądź większym stopniu wpływały na działania naszych bohaterów. Czasami jednak miałem wrażenie, że historie niektórych z nich zostały w pewnym momencie mocno skrócone. Zupełnie tak, jakby autorka chciała dać coś więcej, ale czas na to nie pozwolił. Mam nadzieję, że to „więcej” pojawi się w drugim tomie.

    Spodobała mi się też fabuła. Momentami dynamiczna, dość intrygująca, angażująca czytelnika w anielskie przygody. Nie jest co prawda aż tak porywająca jak ta z „Siewcy Wiatru”, lecz z całą pewnością trzyma wysoki poziom. Zdarzają się w niej jednak chwile, w których akcja wymagałaby dopracowania. Czasami wydarzenia rozgrywają się za szybko, innym z kolei razem rozwlekają dość mocno. Na szczęście nie są to jakoś szczególnie częste przypadki.

    Największym plusem jest jednak możliwość ponownego spotkania się z bohaterami, którzy zapadli mi najbardziej w pamięci. W powieści powraca wiele znanych nam postaci. Jest Daimon Frey, Razjel, Gabriel, a także kilku reprezentantów głębi czyli Lampka, Zgniły Chłopiec i Nefer, widmokotka, która otrzymała od swojego pana ważne zadanie. Jakie? Tego już musicie się sami dowiedzieć.

    Okładkę powieści przygotował tradycyjnie Piotr Cieśliński. Bardzo dobrze komponuje się z pozostałymi woluminami, chociaż szczerze mówiąc bardziej przypadły mi do gustu projekty poprzednich – póki co „Siewca…” pozostaje niepokonany.

    Maja Kossakowska powróciła, a jej nowa powieść rokuje naprawdę dobrze jeśli chodzi o rozwój anielskiego uniwersum. Piszę o rokowaniach, gdyż ciężko ocenić historię na podstawie połowy materiału. Myślę jednak, że tom II także utrzyma poziom, a całość okaże się godnym rozwinięciem tego do czego zdążyły przyzwyczaić nas poprzednie tomy. Jak więc widzicie, anielska twórczość Mai towarzyszy mi od 2008 roku i nie planuję rozstania… podobnie jak z dziewczyną, która podarowała mi „Żarna niebios” i z którą żenię się w tym roku.

    Adam Gotan Kmieciak
    Korekta: Anna Tess Gołębiowska

    Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów

    Tytuł: Bramy Światłości
    Autor: Lidia Kossakowska
    Tom: 1
    Wydawnictwo: Fabryka Słów
    Data wydania: 11 stycznia 2017 r.
    Liczba stron: 512
    ISBN: 9788379642076
    Okładka: miękka

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Polski