Co ma szkoła do czarownic?

Na kolejny film, jaki postanowiła
zaserwować widzom jedna z komercyjnych telewizji, czekałam z
mieszanymi uczuciami. W zasadzie nie ośmieliłam się oczekiwać po
„Szkole Czarownic” czegoś więcej, niż tylko następnego
pseudofantastycznej, naiwnej opowiastki o władających magią
licealistach. Zastanawiałam się tylko, czy będzie on przynajmniej
choć trochę zabawny.

Pierwsze wrażenie, po rozpoczęciu
oglądania, nie zmieniło bynajmniej mojego nastawienia. Już samo
tłumaczenie tytułu wypisało na mojej twarzy wielki znak zapytania.
W programie telewizyjnym stało bowiem wyraźnie „Szkoła
Czarownic”, natomiast ogromny napis w czołówce filmu
brzmiał: „ The Craft” (ang. Sztuka). Z czasem okazało się, że
oryginalny tytuł był rzeczywiście o wiele bardziej trafny, gdyż
fabuła miała ze „szkołą czarownic” wspólnego jedynie
tyle, że bohaterki były jednocześnie czarownicami i uczęszczały
do jakiejś szkoły. W dodatku do szkoły, nad której wejściem
wisiał smętnie umęczony drewniany Jezus na ogromnym krzyżu,
rysunku nauczała surowa siostra zakonna, a w przerwie między
zajęciami wiedźmy chadzały z resztą uczniów na mszę do
kaplicy. Dlaczego cztery adeptki czarnej magii nie mogły po prostu
uczęszczać do zwyczajnego ogólniaka? Czemu musiało to być
od razu ostro katolickie high school? Po obejrzeniu całości
szczerze przyznam, że nie mam zielonego pojęcia. Nigdzie bowiem nie
jest, w żaden czytelny sposób, ukazana celowość takiego
zabiegu. Kontrast? Jeśli z założenia fakt ten miał szokować
właśnie kontrastem, śmiem twierdzić, że można było się
bardziej postarać, zaakcentować to jakoś czytelniej. Te kilka
epizodów nie było w stanie zrobić na mnie wrażenia, jakiego
prawdopodobnie oczekiwali twórcy.

Kolejne minuty spędzone przed
telewizorem wciąż nie nastrajały mnie pozytywniej. To co z
pierwszej pół godziny najbardziej wryło mi się w pamięć,
to wypowiedzi głównych bohaterek, bynajmniej nie ze względu
na ich wybitną błyskotliwość. „Według Almanachu zdarzy się
coś niezwykłego. Dostanę okres?” - takim oto, na przykład,
genialnym zdaniem uraczono mnie od wstępu. Po chwili, rozległa się
piosenka, którą już znałam, również z telewizji
zresztą. Słyszałam ją mianowicie w czołówce pewnego
popularnego serialu, traktującego zresztą nie o czym innym, jak o
współczesnych czarownicach.

Bohaterki wyglądały dokładnie tak,
jak się spodziewałam (pomijając wstrętne blizny na ciele jednej z
nich, będące ważnym elementem fabuły). W ich garderobie
przeważają czarne, skąpe, obcisłe stroje, pod którymi
malowniczo odznaczają się sutki. Ciemny, zdecydowanie zbyt mocny,
turbomroczny makijaż, który nie wiadomo jakim cudem ma rację
bytu w owej katolickiej placówce edukacyjnej, stanowi jakby
nieodłączny element twarzy młodych dam. Z pozoru najbardziej zła,
ze wszystkich czterech, odznacza się powierzchownością nawet na
tle swoich, niemal równie złych przecież koleżanek. Nancy
mianowicie wygląda jak nie przymierzając, wyjątkowo nieurodziwa,
ortodoksyjna gotka, a wyraz jej oczu sugeruje przeciętnemu widzowi,
zaprzedanie duszy albo diabłu, albo okolicznemu dilerowi.

„W porządku. Wygląd wyglądem, ale
książki nie ocenia się po okładce. Nie szata zdobi człowieka i
te sprawy...” - pomyślałam w przypływie nagłego optymizmu i
postanowiłam przyjrzeć się bliżej zachowaniu naszych czarownic.
Niestety, i tutaj zawiodły one moje oczekiwania. Za wyznacznik ich
„wiedźmowatości” twórcy filmu obrali sobie chyba
wszystkie, lub prawie wszystkie, możliwe cechy, występujące u
standardowej trudnej młodzieży. Ich nagromadzenie, do tej pory
natrętnie przywodzi mi na myśl internetowe wskazówki dla
rodziców z cyklu „Czy wiesz kim jest twoje dziecko?”.
Nachodzi mnie nieodparta ochota napisania właśnie takiego poradnika
dla opiekunów nieletnich czarownic. Wedle koncepcji „Szkoły
Czarownic” musiałby się zaczynać mniej więcej tak: „Jeśli
twoja córka pali papierosy, nie śpiewa na mszy, ma problemy w
komunikacji z równieśnikami, buntuje się, nie potrafi
porozumieć się z rodzicami, dziwnie się ubiera i wolałaby uwonić
się od biedy oraz ojczyma pijaka, a szkolni koledzy uważają ją za
puszczalską – z pewnością jest wiedźmą”. Co najciekawsze,
jedną z częstych rozrywek zdemoralizowanych nastolatek jest
oglądanie kreskówek, oczywiście o czarownicach. Nic widzowi
natomiast nie wiadomo o tym, by złe dziewczynki pijały alkohol bądź
brały jakiekolwiek narkotyki. Przynajmniej ani jedna scena tego nie
pokazuje. Czasami zdawało mi się jednak, nie wiem czy trafnie, że
próbowano ukazać skutki takiego postępowania w postaci
bohaterek wyglądających i zachowujących się praktycznie
bezustannie, jakby były na haju. Zresztą... czego się spodziewać,
skoro nawet martwe przedmioty buntowały się tu przeciwko swojemu
normalnemu funkcjonowaniu – np. działające z opóźnieniem
lustro.

Wrażenia stały się zdecydowanie
pozytywniejsze, kiedy fabuła przestała wreszcie kluczyć wokół
problemów dzisiejszych nastolatków, a zaczęła dotykać
kwestii samych tajników magicznej sztuki. Ku mojemu zdiwieniu
zagadnienia owe zdawały się mieć o wiele więcej sensu. Istniały
jakieś konkretne reguły nimi rządzące, zalążek swoistej
mitologii, coś w rodzaju rytualnego porządku i wiedza spisana w
księgach. W tym momencie twórcy zaczęli mi nawet imponować.
Niestety, nie na długo. Okazało się bowiem, że i tutaj
postanowili nie stronić od płycizny. Sara była idealną kandydatką
na czwartą wiedźmę, ponieważ potrafiła wkręcić ołówek
w ławkę siłą woli, inna adeptka wiedzy tajemnej na widok
wymalowanego pentagramu wydaje z siebie zdumiony okrzyk: „Co to
jest ?”, a rzucanie uroku polega na zmianie koloru włosów,
najlepiej na lśniący blond.

Wszystko zmieniło się w czasie
ostatnich czterdziestu minut. Wtedy to fabuła odbiła nareszcie od
klimatów mroczno-licealnych, a skupiła się na problemie
zdrady i kary, walki „sprawiedliwej magii” z tą „mniej
sprawiedliwą”. Od tego momentu zaczyna się część filmu, dzięki
której ochota na wyrzucenie telewizora przez okno, zaczyna
słabnąć. Klimat, jaki zbudowano w ostatnich scenach, rzeczywiście
można odczuć jako niepokojący. Pomimo, iż jedyne, czym popisują
się bohaterki, to jedna wielka iluzja, poganiająca drugą wielką
iluzję, dzieje się przynajmniej coś konkretniejszego, niż do tej
pory.

Końcowa część, jak się okazuje,
choć trochę ratuje marny całokształt. Owszem, film, okazuje się
naiwny, przygłupi, pseudomroczny, a przy okazji wcale nie nadto
zabawny. Mimo wszystko, pozostawia lepsze wrażenia, niż większość
producji z tego rodzaju, jakie w ubiegłym dziesięcioleciu upodobała
sobie telewizja.

tytuł oryginału:The Craft

reżyseria: Andrew Fleming
scenariusz: Andrew Fleming,Peter Filardi
zdjęcia: Alexander Gruszynski
muzyka: Graeme Revell
premiera: 1996
produkcja: USA
producenci: Ginny Nugent, Douglas Wick
scenografia: Gae S. Buckley, Nancy Nye, Marek Dobrowolski
kostiumy: Deborah Everton

obsada:
Sarah Bailey - Robin Tunney
Nancy Downs - Fairuza Balk
Bonnie - Neve Campbell
Rochelle - Rachel True
Chris Hooker - Skeet Ulrich
Laura Lizzie - Christine Taylor
Mitt - Breckin Meyer

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany