Deja Vu

    W odniesieniu do Tony’ego Scotta z pewnością można mówić o pechu. Mimo kilkudziesięciu nakręconych filmów, w tym takich hitów jak Top Gun i Karmazynowy przypływ, dla większości nadal pozostanie tylko młodszym i mniej utalentowanym bratem Ridleya Scotta. Oczywiście Tony nie może się pochwalić epickimi produkcjami w rodzaju Gladiatora, a rola rzemieślnika wydaje się całkowicie mu odpowiadać. Przyznać jednak trzeba, iż w swojej kategorii nie ma sobie równych – tak w kontekście budowania napięcia, jak i konstrukcji filmu. Myślę, że pod tym względem przebija nawet swojego brata, który od pewnego czasu zdaje się przedkładać siłę obrazu nad intrygę i dramaturgię. Chociaż, jak pokazuje Deja Vu, Tony także czasem potrafi pójść nie tą drogą, co trzeba…

    Zgodnie ze znaną zasadą budowania napięcia, najpierw powinno nastąpić trzęsienie ziemi. W filmie Scotta co prawda go nie ma, jest natomiast pokaźna eksplozja promu, w której ginie bez mała kilka setek ludzi. Jedną z osób oddelegowanych do rozwiązania zagadki jest agent federalny Doug Carlin. Szybko orientuje się, że przyczyną eksplozji była bomba ukryta na pokładzie. Odkrywa też, iż z zamachem mogło być powiązane morderstwo młodej kobiety, której zwłoki znaleziono niedługo przedtem. Z uwagi na bystrość umysłu i jego zdolności, w ekspresowym tempie zostaje zwerbowany do specjalnej jednostki, mającej za zadanie odnaleźć zamachowca. Zespół zaopatrzony jest w supernowoczesny sprzęt, pozwalający na totalną obserwację pewnego wycinka rzeczywistości. Przynajmniej teoretycznie, gdyż prawda jest nieco bardziej fantastyczna…

    Scott przy Deja Vu nie próbuje wymyślać koła, korzystając ze sprawdzonych schematów kina akcji. Mamy sytuację wyjściową – wielką katastrofę, psychopatę do odnalezienia i obowiązkowego bohatera, który jest niesamowicie inteligentny, ma niezwykłe zdolności analityczne i dedukcyjne, a na dodatek jest świetnie wyszkolony w używaniu broni.
    I – do pewnego momentu – te klisze zdają egzamin. Konstrukcyjnie bowiem można podzielić film na dwie części; pierwsza opiera się na procesie śledczym, poszukiwaniu poszlak i analizowaniu dowodów, kiedy Carlin jest członkiem zespołu dochodzeniowego. Krok po kroku zdobywa informacje konieczne do odkrycia tożsamości zamachowca, przy okazji wpadając w różnorakie paradoksy czasowe. Reżyser podrzuca kolejne tropy sugerujące pewne wydarzenia, jednak nie przedstawia niczego wprost, pozostawiając możliwość własnej interpretacji zaprezentowanych śladów. Miło jest patrzeć, jak kolejne „paciorki”, wcześniej rozrzucone, po kolei są nanizywane na nitkę, a z chaosu przesłanek wyłania się nagle misternie skonstruowana całość. Scott nie zapomina też o dramaturgii: sekwencja ścigania obrazu z przeszłości i podążania tropem podejrzanego w dwóch płaszczyznach czasowych jest ciekawie skomponowana i trzyma w napięciu.
    Reżyser jednak dość szybko wprowadza do filmu wątek miłosny, (choć nie powiem, jego punkt wyjścia jest interesujący) znamionujący pogłębienie klisz. I niestety, następuje to w finałowych sekwencjach: Scott zaczyna bawić się w motywy żywcem wyjęte z Terminatora, a następnie zmienia Carlina w superherosa, który mógłby uratować wszystkich i jeszcze starczyłoby mu czasu na kilka piw i zabawę w lunaparku, gdyby tylko scenariusz nie stanowił inaczej. Rozumiem, że taka konstrukcja bohatera może się podobać, ale mimo wszystko to nie jest Człowiek w ogniu i tutaj taki zabieg wywołuje tylko irytację, pomieszaną z rozgoryczeniem. Intensyfikacja akcji paradoksalnie działa destrukcyjnie na napięcie – bo jak tu się emocjonować działaniami Douga, skoro wiadomo, że nawet podziurawiony przez kule nie da sobie w kaszę dmuchać? Na dodatek czarny charakter okazuje się być zupełnie pozbawiony charyzmy i wszelkiego wyrazu, nawet jego ideologia wydaje się jakby sklecona naprędce. W rezultacie, gdy tożsamość zostanie już odkryta, walka z nim nie daje żadnej satysfakcji – bo jak tu się emocjonować, skoro zamiast porządnego łotra mamy konstrukt płaski jak tektura?

    Aktorsko film ma jedną podstawową wadę: Denzela Washingtona. I nie, nie mam na myśli jego słabej gry, gdyż radzi sobie bardzo dobrze. Doug w jego kreacji jest z jednej strony niezwykle skutecznym i inteligentnym agentem, z drugiej jednak aktor nadaje mu rys człowieczeństwa, ratując go przed kategorią „cyborga śledczego bez serca”. Czasem tylko jego uśmiech wygląda nieco sztucznie i człowiek zastanawia się, czy przypadkiem Carlin nie robi z otaczających go ludzi idiotów. W czym więc problem? Otóż reszta postaci i grających je aktorów jest tylko tłem dla głównego bohatera. Ani Val Kilmer w roli agenta Pryzwarra, ani Adam Goldberg jako Danny nie dostali wystarczająco miejsca, by pokazać na co ich stać. Owszem, ich epizody – sprawnego agenta i dość ekspresywnego naukowca – są ciekawe i dobrze wyglądają na ekranie, ale niewiele ponad to. Reszta kreacji aktorskich jest jeszcze mniej widoczna – może z wyjątkiem głównej postaci żeńskiej. Nie przypadła mi do gustu rola Pauli Patron jako Claire. Mam wrażenie, że całe jej zadanie polegało na stworzeniu bohaterki znajdującej się w stanie ciągłej histerii lub chociażby niepokoju. Cóż, w pewnym sensie udało się, ale nie powiem, żeby dobrze się to oglądało. W zasadzie jedyny moment, gdy Paula wypada nieźle to ten, gdy gra trupa…

    Deja Vu to film nierówny: z jednej strony ma ciekawą konstrukcję, a poszczególne elementy – na poziomie dochodzenia – doskonale do siebie pasują. Duże wrażenie robi również gra Denzela Washingtona, niemal stworzonego do tego typu ról. Z drugiej, film oparty jest na dość absurdalnym pomyśle, który w końcówce zamyka się na potwornie ogranym schemacie, dodatkowo żyłowanym do cna, co powoduje, iż początkowe napięcie zostaje zastąpione przez znudzenie, a misternie budowane śledztwo zamienia się w heroiczną bonanzę.
    Deja Vu jest typowym średniak: nieźle się go ogląda, ale na tym koniec – do najlepszych filmów Scotta mu daleko, ale jeśli ktoś szuka tylko niezobowiązującej rozrywki na wieczór, powinien być zadowolony. Nie ma bowiem co ukrywać, że filmy Scotta, nawet te słabsze, nadal wyrastają ponad poziom typowego kina klasy B i mogą dostarczyć sporo radości.

    Specyfikacja płyty: 16:9 widescreen, możliwość wyboru polskiego lektora i napisów. Dodatki specjalne: rozszerzona scena eksplozji na promie z komentarzem reżysera i „Okno podglądu” – film wzbogacony o komentarze ekipy i przerywany materiałami z planu (bardzo ciekawa rzecz – film jest dosłownie rozbierany na części pierwsze i można usłyszeć opinie niemal całej ekipy, począwszy od reżysera, poprzez producenta, aż do aktorów).

    Piotr "Vivaldi" Sarota

    Tytuł oryginalny: Déjà Vu
    Kraj produkcji: Stany Zjednoczone
    Data premiery: 2006
    Czas trwania: 128 min

    Obsada

    Denzel Washington - Doug Carlin
    Paula Patton - Claire Kuchever
    James Caviezel - Carroll Oerstadt
    Val Kilmer - Agent Andrew Pryzwarra
    Adam Goldberg - dr Alexander Denny
    Elden Henson - Gunnars
    Erika Alexander - Shanti
    Bruce Greenwood - Jack McCready

    Reżyseria: Tony Scott
    Scenariusz: Terry Rossio, Bill Marsilii
    Muzyka: Harry Gregson-Williams
    Zdjęcia: Paul Cameron
    Scenografia: Chris Seagers, Rosemary Brandenburg
    Montaż: Jason Hellmann, Chris Lebenzon
    Produkcja: Jerry Bruckheimer

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany