Mad Max: Na drodze gniewu (2015) - recenzja

Szalony Max powrócił. Mimo trzydziestu lat nieobecności na dużym ekranie wciąż jest szybki, twardy i brutalny, zaś otaczający go świat bardziej smutny, zepsuty i groteskowy niż kiedykolwiek. Niejako przy okazji jego kolejna przygoda okazuje się być, wzorem poprzednich, całkiem niegłupia. Coś, co we współczesnym kinie rozrywkowym stanowi odświeżającą i wartą docenienia rzadkość.

Może się wydawać, że produkcja wypełniona strzelaninami i dzikimi bijatykami, z puszczającą płomienie gitarą elektryczną i pustynnymi pościgami z udziałem dziesiątek pojazdów będzie głupia. Nawet musi, bo kto mądry będzie próbował wcisnąć ciekawą fabułę do orgii miażdżonej stali, nagich mięśni i widowiskowych, napędzanych wysokooktanowym paliwem eksplozji? Michael Bay tego nie robi, Snyder, wbrew pozorom, też nie, więc dlaczego George Miller miałby? A jednak nie tylko spróbował, ale i osiągnął znaczny sukces, bowiem Na drodze gniewu jest nie dość, że filmem o czymś, to jeszcze bardzo sensownym, wręcz uniwersalnym czymś. O walce z niekorzystnym losem, przetrwaniu mimo trudnych warunków i zachowaniu nadziei w zniszczonym wojną atomową świecie, gdzie paliwo, woda i zdrowe dzieci warte są więcej niż ludzkie życie. Chyba że jest się uniwersalnym dawcą krwi albo kobietą zdolną dać mleko i wydać na świat nowe życie, w którym to wypadku zostanie się potraktowanym jak żyła dowolnego surowca. Miller opowiada o świecie wypaczonym przez brak prawa i porządku, jak również piękna, zastąpionego przez chorobliwą bladość, okaleczenia i deformacje, poskładane byle jak samochody oraz ubrania, pozszywane z kości, skór, fragmentów metalu oraz pocisków. Świecie pełnym pustych rytuałów, nowych religii oraz pod każdym względem ohydnych tyranów, a jednak tylko na pozór złym i zepsutym, gdzie wciąż można znaleźć trochę dobra.

Kontrast między oczekiwaniami, zbudowanymi na pełnych akcji i wybuchów trailerach, a faktyczną treścią filmu stanowi jedną z jego najmocniejszych zalet. Te wszystkie pościgi w burzach piaskowych i pomysłowo zaplanowane walki wręcz na łańcuchy, drzwi od samochodów i obcęgi, to tylko wierzchnia warstwa. Miła dla oka i ucha, jednak ukrywająca znacznie ciekawszą i mądrą treść. W czym zresztą Na drodze gniewu – ponownie – nawiązuje do poprzednich części, patrz poszukujący nowego domu osadnicy z Wojownika szos oraz oczekująca na powrót zbawcy dziecięca kolonia z Pod kopułą gromu. Podobnie jak w tamtych filmach dialogów jest tyle, co kot napłakał. Nawet mniej, bo w wielu scenach słowa zastąpiono bardzo sugestywną grą spojrzeń oraz pomrukami i warknięciami zezwierzęconego Maxa (obejrzycie, to zrozumiecie). Odpowiedzi na część rodzących się w trakcie seansu pytań trzeba wyciągnąć z kontekstu, lecz całość, chociaż skromna, jest jednocześnie spójna – zalety małej skali i zamkniętej opowieści – i na tyle interesująca, by nie tylko nie nudzić, ale nawet zmusić widza do zastanowienia. Plus uważne oczy wypatrzą kilka bezpośrednich nawiązań do wcześniejszych produkcji, jak chociażby pewne niepozorne urządzenie wygrywające cicho melodyjkę czy trapiące Maxa flashbacki z jego martwą córką.

Film sam w sobie to niemal nieskończony pościg zmotoryzowanej armii za jedną cysterną z bardzo cenną zawartością (nie do końca tą, o której właśnie pomyśleliście). Tutaj nikt nie chodzi, o ile nie musi uciec z więzienia, dolać paliwa do baku albo usunąć przeszkody z drogi. Nawet naprawy silnika można dokonać w czasie jazdy, najlepiej pod ostrzałem przeciwników i eksplozjami granatów koło głowy. W większości przypadków kontakt z ziemią następuje dzięki eksplozji samochodu albo celnie wystrzelonej kuli, bo w pojazdach da się również spać albo odbierać porody. Co mogłoby stanowić wadę filmu, ale wyratował się on na dwa sposoby. Po pierwsze, tutaj akcja nie przerywa fabuły. Akcja jest fabułą. Dialogi, rozwój bohaterów (w tym jednego pomniejszego, który według praw tworzenia opowieści powinien był zginąć w pierwszym akcie, ale z czasem wyrasta na pełnoprawnego bohatera), walka Maxa z demonami przeszłości, to wszystko pojawia się w czasie pościgu, czy to w formie kilku rzuconych naprędce słów, czy działań postaci. Ba, wiele można wyciągnąć ze szczegółów - strojów, nazw, wyglądu pojazdów czy stosowanej przez nich taktyki. Jeśli zaś zdarzy się spokojniejszy, wypełniony ekspozycją moment, to trwa on w sam raz długo, by nie zmęczyć widza.

Po drugie, tutejszy świat to nie tylko standardowa, postnuklearna piaszczysta pustynia, ale również ciągnące się kilometrami burze, ukryte pod grubą warstwą chmur mokradła, wypełnione jedynie solą równiny oraz niebezpieczne, poskręcane kaniony. Multum miejsc, gdzie samochód może utknąć, przewrócić się, wyskoczyć na kamieniu albo zaczaić w zasadzce. Ba, same pojazdy z ich zróżnicowanym wyglądem, wnętrzami i załogami mogą być traktowane jako osobne lokacje, jak kolejne pomieszczenia w olbrzymim budynku. Dzięki temu ciągnący się przez cały film pościg nie tylko nie nudzi, ale regularnie zaskakuje coraz to nowymi kłodami rzucanymi pod nogi bohaterom. Nawet podczas drugiego seansu, gdy zna się już wszystkie zwroty akcji, ale za to można docenić brak trzęsącej się kamery, jak również olbrzymią różnorodność miejsc oraz sposobów wzajemnego mordowania się.

Skoro mowa o bohaterach - stary Max był milczącym, twardym gościem o złotym sercu, który myślał tylko o sobie, ale w razie potrzeby potrafił wyciągnąć pomocną dłoń do potrzebujących. Jego nowsza wersja z szacunkiem podąża śladami przodka, podobnie jak on służąc jako spajająca całą opowieść klamra. Istotna, lecz pozostawiająca sporo miejsca innym postaciom, z których żadna nie stanowi jedynie ładnego dodatku, nawet jeśli scenariusz przewidział dla niej tylko jedną linijkę dialogową. Rockatansky (w tej roli świetny Tom Hardy) jest dzieckiem pustyni, sprowadzonym do poziomu zwierzęcia i stopniowo odzyskującym tak ludzkie odruchy, jak i nadzieję na lepszą przyszłość, nawet jeśli robi to z pomocą pojedynczych mruknięć oraz skromnych gestów. Drugą najważniejszą postać stanowi cesarzowa Furiosa, grana przez Charlize Theron, i o wielka bombo atomowa, jak świetnie obsadzono tę bohaterkę. Nie wpadającą w stereotypy, nie ociekającą testosteronem, zdolną do popełniania błędów, a zarazem bardzo ludzką w swych reakcjach na otaczającą ją, trudną rzeczywistość. Do spółki z Nuxem (wcześniej wspomniana pomniejsza postać), granym przez Nicholasa Houlta, kradną cały film. A właściwie kradliby, gdyby pozostali aktorzy również nie stanęli na wysokości zadania, odgrywając cudnie przerysowanych, napędzanych emocjami, zarazem jednak bardzo prawdziwych w swej groteskowości mieszkańców postatomowego świata, lakierujących zęby chromem i pragnących w glorii i chwale odejść do Valhalli, najlepiej w towarzystwie jak największej eksplozji. Nawet obecny przez całe pięć minut operator gitary skrzyżowanej z miotaczem ognia, wygrywający w czasie pościgu bojowe melodie do spółki z czterema kotlistami, w każdym innym filmie będący bezsensownym dodatkiem, idealnie pasował do tego oryginalnego, wybuchowego zestawu.

Pod względem wizualnym Na drodze gniewu to jeden z lepiej prezentujących się filmów tego roku, spokojnie mogący konkurować z Czasem Ultrona. CGI ponoć użyto tu sporo, patrz olbrzymia burza piaskowa czy masywna Cytadela Nieśmiertelnego Joe (wspaniały szwarccharakter, nawet jeśli mało go widać na ekranie), jednak pustynia, samochody i aktorzy byli bez wątpienia prawdziwi. Dzięki temu sceny akcji nabrały jakże potrzebnej namacalności i autentyczności, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły krew bądź gwałtownie wyrywane fragmenty samochodów. Może dlatego tak przyjemnie się je ogląda, a brutalność ma swoją wagę? Bo tak, Mad Max to film bardzo brutalny, pełen przejeżdżanych ludzi, eksplodujących pojazdów i krwi wypływającej z miejsca, gdzie kiedyś znajdowała się twarz. I bardzo dobrze, bo tylko wyszło mu to na zdrowie, podbudowując wizję mało przyjemnego i niehumanitarnego świata. Na dodatkowe pochwały zasługuje warstwa muzyczna. Ostatni raz tak wpadające w ucho melodie słyszałem podczas oglądania Strażników Galaktyki, przy czym tam większość soundtracka stanowiły klasyki sprzed lat, co można uznać za oszukiwanie. Tutaj zaś skomponowano całkiem nową, bardzo nastrojową, rytmiczną i wpadającą w ucho ścieżkę z udziałem orkiestry, odrobiny elektroniki, okazjonalnego chórku, a przede wszystkim kotłów oraz gitar. Bardzo hollywoodzką, jednak mocno odstającą od tego, co oferuje współczesne kino. Dość powiedzieć, że słuchałem jej w czasie pisania tej recenzji i będę słuchał później, co możecie potraktować jako tłustą fokę aprobaty.

Jestem w stanie pisać jeszcze długo o konstrukcji świata, idealnej równowadze dramatu i komedii, interesujących zwrotach akcji, wzajemnie uzupełniających się postaciach, efektach specjalnych i wielu innych, perfekcyjnie przygotowanych i połączonych z sobą elementach, składających się na Na drodze gniewu. Ale tego nie zrobię, gdyż tylko zmarnowałbym wasz czas, który lepiej poświęcić na zapoznanie się z tym cudnym filmem. Czas Ultrona miał swoje zalety, ale w kategorii wysokobudżetowego kina rozrywkowego nowy Mad Max zjada go bez popitki. W chwili pisania tej recenzji oceny filmu wahają się od 8.1 na Filmwebie, przez 8.8 na IMDB, aż po 98% na Rotten Tomatoes i zapewniam, że są w pełni zasłużone.

Tekst: Łukasz “Salantor” Pilarski
Redakcja i korekta: Monika “Katriona” Doerre

Film obejrzeliśmy dzięki
uprzejmości Cinema City.

Tytuł: Mad Max: Na drodze gniewu
Tytuł oryginalny: Mad Max: Fury Road
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Czas trwania: 120 minut
Kraj produkcji: Australia, USA
Premiera światowa: 7 V 2015
Premiera polska: 22 V 2015

Obsada:
Max Rockatansky: Tom Hardy
Furiosa: Charlize Theron
Nux: Nicholas Hoult
Immortan Joe: Hugh Keays-Byrne

Produkcja:
Reżyseria: George Miller
Scenariusz: Nick Lathouris, Brendan McCarthy, George Miller
Studio: Kennedy Miller Productions, Village Roadshow Pictures, Village Roadshow Pictures

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany