Marsjanin (Andy Weir) - recenzja

    Pamiętacie Robinsona Crusoe, rozbitka, który utknął na bezludnej wyspie? Mogę się założyć, że podczas czytania książki Daniela Defoe’a zastanawialiście się, co byście zrobili w sytuacji bohatera. Tak samo w przypadku Toma Hanksa w „Cast away – Poza światem”. No to podnieśmy poprzeczkę i wyślijmy nieszczęśnika nieco dalej. Jak mógłby czuć się człowiek sam jeden na całej planecie?

    W dodatku na Marsie, gdzie nie ma warunków do życia. Przyznacie, że ta „wyspa” nie wygląda już tak gościnnie, jak ta, o którą rozbijają się morskie fale. Wypadałoby więc dać fory rozbitkowi – niech będzie wykształcenie biologa i kilka ziemniaków… Jak poradził sobie jeden człowiek na obcej planecie dowiecie się z książki Andy’ego Weira „Marsjanin”.

    Co robi twój tato? Jest astronomem, lata na Marsa. A twój? Brzmi dumnie, prawda? Taki ojciec zapewnia „szacun” na podwórku. Ale są i minusy, gdy jest się na Czerwonej Planecie, trudno odebrać dziecko z przedszkola…

    Lot na Marsa trwa plus minus cztery lata. To niemało, biorąc pod uwagę fakt, że podczas podróży brak szans na spacer na świeżym powietrzu. Do międzyplanetarnych misji nie każdy się nadaje. Mark Watney, biolog-inżynier, bierze udział w trzeciej ekspedycji badawczej, która pod szyldem programu Ares chce sięgnąć Marsa. Po upływie wyznaczonego czasu załoga dociera do celu. Mają spędzić miesiąc na Czerwonej Planecie. Okoliczności skracają misję do sześciu dni, Ares 3 odlatuje, a Watney zostaje na Marsie sam, uznany za zmarłego…

    Relację z beznadziejnej sytuacji, w jakiej znalazł się Mark, czytelnik poznaje z jego osobistych notatek. Watney skrupulatnie spisuje obraz dni spędzonych lata świetlne od domu. Notatki pełne są anegdot, dygresji i żartów, z których można wyczytać, jaki jest sam bohater, a trzeba przyznać, że kreacja robi wrażenie. Watney wykazuje się niespotykaną chęcią, by przetrwać. Pomimo tego, że prognozy są fatalne – on ma zapas żywności, który wystarczy na kilka tygodni, a najbliższa ekspedycja ma pojawić się na Marsie za cztery lata – postanawia podjąć wyzwanie i przetrwać. Jego heroiczna walka, z niesłabnącą motywacją, by przeżyć, jest jak komediodramat – wciągnie Was, zapewniam, na kilka dobrych godzin.

    Nic dziwnego, że „Marsjanina” obejrzymy na dużym ekranie. Fabuła jest bardzo filmowa, motyw nieustannej walki, w którą co i rusz wtrąca się los, rzucając liczne kłody – klasyka. Im powieść wędruje dalej, tym bardziej Mark rośnie w oczach czytelnika do rozmiarów superhero, a więc spełnia standardy ikony amerykańskiego bohatera kina akcji. Z każdej opresji wychodzi cało, a w dodatku jest jak McGywer – tworzy coś z niczego. Już widzę oczami wyobraźni Matta Damona, wcielającego się w postać Marka, jak buduje image nieśmiertelnego, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. I tylko ciekawi mnie, jak aktor poradzi sobie z odzwierciedleniem pogodnej strony charakteru Watneya, jaka ma kolosalne znaczenie w powieści, bo to głównie jego optymistyczne podejście do całej tej niewesołej sytuacji (przyznacie sami) rozładowuje napięcie.

    Czerwona Planeta to nie jedyne miejsce akcji jakie będziecie obserwować. Ewakuowany przedwcześnie statek, który ma przed sobą kilka lat kosmicznego lotu, to drugi wątek. Załoga po stracie towarzysza musi wrócić na rodzimą planetę, co nie jest takie oczywiste. Przecież zawsze może pójść coś nie tak. Gorąco jest również na samej Ziemi, gdzie rzesze naukowców i speców od spraw wszelakich stają na głowie (robią naprawdę niezwykłe rzeczy), by bezpiecznie „odholować” Aresa 3 do domu. Trzeba przyznać, że autor potrafi grać na emocjach czytelnika, do mnie szczególnie trafiły momenty, gdzie członkowie załogi kontaktują się z bliskimi, wyczekującymi tam, na Ziemi. Lata rozłąki, niewyobrażalna odległość i tylko kilka minut, by wymienić się ciepłym słowem – te sceny robią wrażenie.

    Zostawiając w tyle fabułę, a skupiając się na „technikaliach”, muszę przyznać, że byłam zaskoczona niewielką ilością opisów samego Marsa. Pustynia tak stara, że aż rdzewieje – to jedno z niewielu określeń, jakie padają pod adresem Czerwonej Planety. Nie znajdziecie tu metafor dotyczących Planety, za to najecie się lepiej niż w Wigilię opisem nowinek technicznych. Powieść jest zdecydowanie science, autor niejednokrotnie udowadnia, że mocno interesuje się tematyką. Co ciekawe, mimo otoczenia Marka nowoczesną technologią, pokazuje, że w sytuacji kryzysowej, często wraca się do tych najprymitywniejszych rozwiązań, co wymaga wiedzy podstawowej, niekiedy survivalowej, a nie teorii prosto z sali wykładowej.

    „Marsjanin” jest powieścią, w której autor mierzy się z problemem samotności i przetrwania w warunkach, jakie nie mieszczą się w głowie. Historia wypada wiarygodnie, skala emocji podczas czytania sięga powyżej przeciętnej, a przy okazji można się czegoś ciekawego dowiedzieć. Zdecydowanie godna przeczytania, a jeśli Ridley Scott wykaże się takim samym wyczuciem co Andy Weir, będziemy mieli kino akcji na dobrym poziomie.

    Marta „Prokris” Sobiecka
    Korekta: Monika "Katriona" Doerre

    Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Akurat


    Tytuł: Marsjanin
    Tytuł oryginału: The Martian
    Autor: Andy Weir
    Wydawca: Akurat
    Tłumaczenie: Marcin Ring
    Projekt okładki:Eric White
    Miejsce wydania: Warszawa
    Data wydania: 2014
    Liczba stron: 382
    ISBN: 978-83-7758-817-8

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany