Mrówańcza (Rusłan Mielnikow) - recenzja


Najazd owadów w Rostowie nad Donem

Prędkość, z jaką pojawiają się kolejne pozycje z cyklu Metro 2033, potrafi przyprawić o zawrót głowy. Dopiero co można było zapoznać się z postapokaliptyczną wizją Krakowa autorstwa Pawła Majki (skądinąd wyszła z tego naprawdę dobra książka), a już wydawnictwo Insignis oddaje w ręce czytelników następny tom: Mrówańczę. Czy nowa powieść to tylko sposób na zwiększenie i tak już dojmującego uczucia przesytu, czy też o świecie po nuklearnej wojnie zostało jeszcze do powiedzenia coś świeżego i poruszającego?

Zacząć należy od tego, od czego zaczął sam Mielnikow: od uprzedzenia, że w Rostowie póki co żadnego metra nie ma. Owszem, istnieją plany budowy, pierwszą nitkę zamierza się oddać do użytku w okolicach 2020 roku. Toteż pisarz pozwolił sobie założyć, że metro powstało jednak o wiele szybciej, niż mówiły o tym oficjalne wiadomości: Jest to być może najbardziej fantastyczna historia z całej powieści. Rostowskiego metra na razie nie ma. Ale z pewnością będzie. Będzie schronem.

A „demograficznie” sytuacja przedstawia się następująco: istnieją właściwie dwie nitki rostowskiego metra, „czerwona” (ukończona) i „niebieska” (nieukończona). W pierwszej żyje się, jak na warunki postapo, całkiem dostatnio. Ludzie mają do dyspozycji sporo zapasów. Druga stanowi swoiste slumsy: jest tam tłoczniej, biedniej, mieszkańcy często nie posiadają nawet namiotów, a ciasne kartony. Aby wyżywić tę gromadkę, hoduje się owady, stąd „niebieskich” zwie się także „żukojadami”.

Oprócz tego po okolicy krąży główny bohater powieści, stalker-pustelnik imieniem Ilja. Kiedy na stację, w której mieszkał, napadł żywioł żabiogłowych, naczelnik osiedla wolał zabezpieczyć własny odwrót niż ratować swych podwładnych. Skutkiem tego była rzeź mieszkańców dokonana przez mutanty – a przeżył ją tylko właśnie Ilja, odtąd stawiając sobie za cel zemstę.

Postać Ilji nie wzbudza sympatii, a już na pewno nie wywołuje empatii. Samotnik na zmianę marzy o duchach z przeszłości (a konkretnie o nieżyjących żonie i synu) oraz o ukaraniu winowajców – przede wszystkim mutantów. Mimo tego czytelnik odnosi wrażenie, że brakuje mu konkretnego celu, dążenia, które napędzałoby fabułę. Stalker daje się wciągnąć w wydarzenia, ale tak naprawdę dopiero pod koniec książki bierze sprawy we własne ręce.

Przez rostowskie metro przetacza się fala tytułowej mrówańczy – potężny rój mutantów pożerających wszystko i wszystkich na swej drodze, zamierzający założyć gniazdo właśnie w podziemnych tunelach. I to akurat całkiem ciekawy pomysł – kiedy „owadom” udaje się wreszcie dostać do metra, kolejne stacje zmuszone są do ewakuacji i ucieczki. Niepowstrzymany pochód przeciwnika próbuje się zatrzymywać na różne sposoby: zasypując przejścia, pozostawiając za sobą płonące bariery. Nic jednak, oczywiście, nie skutkuje, a miejsce, w którym można by się ukryć, szybko się kurczy. Zwłaszcza że mieszkańcy kolejnych stacji niekoniecznie witają uchodźców z otwartymi ramionami.

Mimo ciekawego pomysłu fabularnego powieść w ogólnym rozrachunku wypada tak sobie. Dlaczego? Wydaje mi się, że przyczyn jest kilka. Po pierwsze: kiepski styl autora, przez większość czasu dość banalny, o czym mogą świadczyć pojawiające się często sformułowania typu kiwnął głową z nieskrywanym, źle maskowanym i dobrze widocznym wysiłkiem. Po drugie: główny bohater to postać mdła, a nie ma żadnego charakteru drugoplanowego, który mógłby uratować sytuację. Po trzecie: pisarz dość łatwo wpada w pułapkę taniego moralizatorstwa. Po czwarte: z jakiegoś powodu opisywane przezeń mutanty robią smutno-śmieszne wrażenie rodem z amerykańskich filmów z lat 80. Tytułowa mrówańcza jeszcze może przerażać (chociaż moim zdaniem dyskwalifikuje ją to, że jeden osobnik jest wielkości człowieka, czuć, że ktoś tu przedobrzył – żądlą, gryzą, są prawie nie do zabicia i niemalże kruszą mury, pełen serwis), ale na przykład wspomniani wcześniej żabiogłowi (tak, ludzie z żabimi głowami) prędzej przywołują uśmieszek na twarzy, choć dokonali przecież niezłej masakry.

Dlatego Mrówańcza to dla mnie powieść zaledwie przeciętna. Owszem, czyta się lekko, łatwo i nawet przyjemnie, ale jako kolejny „odcinek z serii” powinna zaoferować coś więcej, aby móc się wyróżnić. Może to już efekt przesytu: skoro powstało tyle książek opowiadających o mieszkaniu pod ziemią i bronieniu się przed mutantami, trzeba niezłej gimnastyki, aby wciąż wycisnąć z tematu coś interesującego. W każdym razie powieść Mielnikowa z pewnością nie dorównuje oryginałowi Głuchowskiego czy trylogii Andrieja Diakowa.

Anna „Kresyda” Jakubowska
korekta: Matylda Zatorska

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy
wydawnictwu Insignis

Tytuł: Metro 2033. Mrówańcza
Tytuł oryginału: Метро 2033. Муранча
Autor: Rusłan Mielnikow
Wydawca: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Projekt okładki: Ilja Jackiewicz
Miejsce wydania: Kraków
Data wydania: 2014
Liczba stron: 368
ISBN: 978-83-63944-62-9

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany