Pieśń krwi (Anthony Ryan) – recenzja

    Zdarza się tak, że czasem na rynku wydawniczym pojawiają się powieści bardzo dobre, lecz jest o nich cicho. Przechodzą bez echa, nigdzie nie widać ich recenzji i tylko nieliczni orientują się, że dany tytuł w ogóle ujrzał światło dzienne. Odnoszę wrażenie, że tak właśnie było w przypadku książki „Pieśń krwi” Anthony’ego Ryana. A szkoda, bo to naprawdę świetna powieść fantasy.

    Vaelin Al Sorna. To imię zapisało się w historii Zjednoczonego Królestwa i Cesarstwa Alpirańskiego krwawymi zgłoskami. Lecz zanim zaczęto go pospołu podziwiać i nienawidzić, przeszedł twardą szkołę życia od momentu gdy ojciec porzucił go pod bramą Szóstego Zakonu. To stowarzyszenie wojowników, a zebrani w nim bracia stali się jego nową i jedyną rodziną. Służąc mieczem w obronie Wiary, Vaelin nie raz zada sobie pytanie komu naprawdę służy: królowi czy Wierze?

    „Pieśń krwi” to debiutancka powieść brytyjskiego pisarza Anthony’ego Ryana, rozpoczynająca trylogię „Kruczy cień”. Uniwersum, w którym rozgrywa się historia, jest rozległe, co podkreślają nie tylko rozliczne nazwy własne, raz po raz pojawiające się w książce, ale również bogaty folklor. Świat przedstawiony w powieści przypomina nieco średniowieczną Europę (co w sumie nie powinno dziwić, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że autor jest z wykształcenia historykiem specjalizującym się w historii średniowiecznej). „Pieśń krwi” to wielowątkowa opowieść, w której przeplatają się polityczne intrygi, walki na tle religijnym, czarna magia, miłość oraz tajemnica – wszystko to zaserwowane w idealnych proporcjach, dzięki czemu odbiorca praktycznie z miejsca zostaje wciągnięty w wir fantastycznej przygody.

    Czytelnik poznaje głównego bohatera, Vaelina Al Sornę, w momencie, gdy ma on blisko trzydzieści lat i jako cesarski więzień zostaje wsadzony na statek płynący do stolicy Cesarstwa Alpirańskiego. Okrzyknięty mianem Zabójcy Nadziei, ma zostać osądzony za popełnione przez siebie zbrodnie, przede wszystkim za zabójstwo następcy tronu Cesarstwa. W trakcie podróży opowiada płynącemu z nim cesarskiemu kronikarzowi swoje dzieje. Dzięki temu monologowi odbiorca poznaje wydarzenia z dzieciństwa i młodzieńczych lat głównego bohatera, od momentu, gdy jego ojciec, Lord Bitew, zostawia go pod bramą Szóstego Zakonu. Vaelin szkolił się tam w walce oraz sztuce przetrwania w dziczy, wszystko po to, by pewnego dnia zasilić szeregi braci i walczyć w obronie Wiary. Retrospekcje pojawiające się na początku każdej z pięciu części książki dodają smaczku lekturze, gdyż pokazują, jak protagonista zmieniał się pod wpływem poszczególnych wydarzeń.

    Tworząc postać Vaelina, autor sięgnął po znany schemat chłopca, o którego upomina się przeznaczenie. Jednakże skonstruował głównego bohatera i opisał jego losy w taki sposób, że nie odczuwa się wrażenia wtórności. Tym bardziej że protagonista nie jest postacią kryształowo czystą. Wiele w nim zła, żalu i udręki, które bardzo często kierują jego czynami i słowami. Nie jest doskonały – bywa, że jego zakonni bracia są od niego lepsi, sprytniejsi, posiadają większą wiedzę. Z wiekiem i kolejnymi przeżyciami staje się coraz bardziej zgorzkniały, a zarazem świadomy roli, którą musi odegrać, mimo iż nie jest mu ona do końca znana. W niektórych sytuacjach kieruje się sercem, nie rozumem, dzięki czemu czytelnik, mimo wszystko, szybko zaczyna darzyć go sympatią.

    Obok Vaelina na stronach „Pieśni krwi” pojawia się barwna paleta drugoplanowych bohaterów. Są wśród nich mistrzowie Szóstego Zakonu i adepci, którzy z różnych powodów dołączyli do zgromadzenia lub zostali odesłani przez swoje rodziny. Każda z postaci ma niepowtarzalny charakter i historię. Nie są tylko papierowym tłem dla opisania dziejów Al Sorny, lecz stanowią ich integralną część. Budzą różnorodne emocje: od szczerej sympatii przez litość po nienawiść. Przyznam szczerze, że bardzo rzadko spotykam w debiutanckich powieściach taką dbałość o szczegóły w stosunku do mniej wyeksponowanych sylwetek bohaterów. Dla autora – bardzo duży plus za to.

    Pieśń krwi, o której mówi tytuł pierwszej części trylogii, stanowi główny motyw fantastyczny powieści. O tym, czym ona jest i w jaki sposób wpływa na głównego bohatera, czytelnik dowiaduje się stopniowo. Strzępy informacji, które uzyskuje się w trakcie lektury, intrygują tym bardziej, że nie mówią niczego wprost. Ma coś wspólnego z zakazaną czarną magią, lecz zarazem stanowi jej zupełne przeciwieństwo. Nawet będąc po lekturze pierwszego tomu cyklu „Kruczy cień”, nie jestem w stanie jednoznacznie powiedzieć, czym jest mroczna moc, którą został obdarzony Vaelin. Może zabrzmi to dziwnie, ale to świetna sprawa, bowiem dzięki temu wiem, że temat będzie kontynuowany w kolejnych częściach trylogii. Mam nadzieję, że szybko zostaną przetłumaczone na język polski i wydane w naszym kraju.

    Debiutancka powieść Anthony’ego Ryana wciąga czytelnika już od pierwszych rozdziałów. Intrygująca fabuła i mnóstwo niespodziewanych zwrotów akcji oraz świetni bohaterowie sprawiają, że trudno oderwać się od lektury. Ma na to też wpływ język i styl autora, który jest naprawdę dobry. Nie przeraża nawet jej grubość – ponad osiemset stron – bowiem kolejne rozdziały kończą się nawet nie wiadomo kiedy. A finał? Istna rewelacja! Nic, tylko czytać i czekać na daty zapowiedzi dalszych tomów cyklu.

    Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękujemy
    Wydawnictwu Papierowy Księżyc

    Anka „Wiedźma” Chramęga
    Redakcja: Matylda Zatorska


    Tytuł: Pieśń krwi
    Autor: Anthony Ryan
    Tytuł oryginalny: Blood Song
    Cykl: Trylogia Kruczy Cień
    Tom: 1
    Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
    Data wydania: 15 października 2014 r.
    Ilość stron: 804
    ISBN: 978-83-61386-49-0
    Okładka: broszurowa ze skrzydłami

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany