Pieśń Kwarkostwora (Jasper Fforde) – recenzja

Dzisiejszy tekst przeznaczony jest dla osób mających za sobą lekturę Ostatniego Smokobójcy. Reszta proszona jest o opuszczenie sali. Co prawda pan z tyłu ma rację, bo Pieśń Kwarkostwora napisana została w sposób przystępny dla nowych osób, ale to drugi tom serii, więc i tak większość z zainteresowanych wpierw sięgnie po pierwszy. Już? Dobrze. Pieśń to więcej Smokobójcy o lekko zmienionych proporcjach. Dziękuję, do widzenia. Co, chcą państwo poznać szczegóły? No dobrze, już wyjaśniam.

Większość z was zapewne pamięta, że Smokobójca był w pierwszej kolejności komedią, która z rozdziału na rozdział przechylała się coraz mocniej w kierunku dramatu, czego kulminację stanowiło spotkanie Jennifer z ostatnim żyjącym na świecie przerośniętym gadem o ognistym oddechu. Dla odmiany Pieśń to niemal w całości komedia z dobrze zakamuflowanymi wątkami dramatycznymi. Na tyle dobrze, że można przeczytać ją od początku do końca i nie zorientować się, że świat niemal całkowicie pozbawiony magii, gdzie jedna z największych firm zajmuje się produkcją bubli, a zaklęcia zapisywane są w RUNIXIE (starsi czytelnicy zrozumieją), jest zarazem miejscem, gdzie ta sama magia napędzała urządzenia medyczne albo telefonię komórkową. Autor pisze o tym wprost, ale niewiele, stąd łatwo o przegapienie. Osłabienie magii spowodowało więc cofnięcie się ludzkości w rozwoju. Miękka postapokalipsa, bez radioaktywnych pustyń i hord mutantów za każdą wydmą. Choć teoretycznie nie powinna, tego typu mieszanka działa – i to właśnie dzięki zestawieniu elementów skrajnie (i nierzadko głupio) zabawnych i śmiertelnie poważnych, podkreślających i uzupełniających się nawzajem.

Skoro mowa o RUNIXIE – Smokobójca starał się ubrać magię w szaty naukowości, czyniąc z niej kolejną naturalną siłę świata z charakterystycznymi dla niej jednostkami miar oraz sposobami użycia. Pieśń idzie o krok dalej, stawiając magię na równi z fizyką albo matematyką. Gdyby we wszystkich opisach praw, reguł i ograniczeń magii podstawić jednostki układu SI, prawdopodobnie mało kto dostrzegłby różnicę. Z jednej strony to dobrze, gdyż ułatwia zrozumienie rządzących nią praw oraz stanowi okazję do opowiedzenia paru zmyślnych dowcipów, z drugiej zaś może zniechęcić miłośników „klasycznego” fantasy, gdzie magia działa, bo działa. Typowym fantasy Smokobójca nigdy nie był (bo co to za klasyka z lądowymi pancernikami strzelającymi do trolli?), ale przez skromne opisy sugerował, że może jednak, do pewnego stopnia, nim jest. Tak skonstruowany świat posiada jedną niezaprzeczalną zaletę – indywidualność. Niezjednoczone Królestwo to efekt wymieszania brytyjskich stereotypów i solidnej dawki wyspiarskiego humoru, jednak podanych w zapadający w pamięć sposób. Szkoda tylko, że sporo istotnych informacji na temat świata znalazło się w przypisach miast bezpośrednio w tekście. Teoretycznie to żaden problem, w praktyce odrywa od narracji i sprawia wrażenie pójścia na łatwiznę.

Co zaś najlepsze, w przeciwieństwie do wielu innych światów fantasy ten zdaje się gdzieś dążyć i nie traktować postępu jak antycznego mitu. Ostatni Smokobójca był zamkniętą, mającą jasno określony początek i koniec historią. Pozostawiła kilka furtek dla potencjalnej kontynuacji, ale każdą należało traktować jako opcję. Tymczasem w Pieśni widać jak na dłoni, że cały ten interes z ostatnim smokiem stanowił jedynie wstęp do czegoś znacznie większego, w ogólnym rozrachunku obejmującego nie tylko Niezjednoczone Królestwa, ale również resztę świata. To interesująca i dająca sporo możliwości zmiana perspektywy. W końcu poprzedni tom koncentrował się na wartościowym skrawku ziemi z jaszczurkowatym lokatorem oraz ostrzących sobie zęby na jego mienie sąsiadach, nawet jeśli drugim istotnym wątkiem była dogorywająca magia i firma czarodziejów zarabiających na chleb naprawą instalacji elektrycznych albo poszukiwaniem rzeczy zaginionych. Pieśń kontynuuje ten ostatni wątek, ale w zmienionych warunkach, gdzie mistyczne moce przestają być użyteczną, ale jednak tylko ciekawostką.

Adepci rzeczonej magii wraz z ich menadżerem, Jennifer Strange, wciąż pełnią rolę głównych bohaterów, jednak zmianie uległy proporcje. Swoje pięć minut dostali wszyscy najważniejsi pracownicy Kazam, jak Perkins czy Moobin, a i dla epizodycznych znalazło się coś do zrobienia. Stąd chociaż narrator przez cały czas znajduje się przy Jennifer, to nie ona jest w tej historii najważniejsza. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jej główną rolą jest wymyślanie sposobów na rozwiązywanie problemów i obserwowanie, jak więksi od niej specjaliści wprowadzają jej pomysły w życie. Liczę to powieści na duży plus, gdyż pracownicy Kazam oraz ich oponenci z iMagii (uroczy dowcip) stanowią wybuchową mieszankę charakterów. Są to postacie o nierzadko absurdalnych, ale mających niepokojąco dużo sensu zwyczajach i zainteresowaniach. Tak samo absurdalny jest zresztą cały świat powieści, gdzie użycie nawet prostego zaklęcia wymaga godzin papierkowej roboty, a magowie muszą teleportować instalację elektryczną w celu opłacenia rachunków.

Tym, co zmianie nie uległo ani na jotę w porównaniu do poprzedniego tomu, jest fabuła, która tak w Smokobójcy, jak i tutaj pędzi przed siebie na złamanie karku. Praktycznie co rozdział ma miejsce poważny zwrot akcji i pojawiają się nowe informacje albo trudności. W zasadzie nie wiadomo, czy Jennifer za rozdział nie poleci na drugi koniec świata w jakiejś ważnej sprawie, przy okazji pozwalając czytelnikowi poznać kilka interesujących, do tej pory wspomnianych tylko mimochodem miejsc. Jednocześnie opowieść tkana jest w sposób, który pozwala zrozumieć cele bohaterów, ale trzyma kilka największych zwrotów akcji w rękawie aż do samego końca, czyniąc fabułę przez długi czas odrobinę niezrozumiałą. Nie pomaga również olbrzymia, nieproporcjonalnie wręcz duża liczba wyjaśnień w stosunku do opisów: każdy będzie wiedział, jak działa magia albo jakie są motywacje postaci, lecz nie pozna koloru włosów Jennifer. Albo pozna i szybko zapomni, bo stosowna informacja wciśnięta została między znacznie ważniejsze. Nie jest to ogromna wada, ale przy dłuższej lekturze potrafi zmęczyć, zwłaszcza kiedy bohaterowie zaczynają tłumaczyć zawiłości tutejszego systemu magicznego. Na szczęście ci sami bohaterowie są na tyle interesujący i dobrze poprowadzeni, że nawet najdłuższe monologi ich autorstwa czyta się z autentycznym zainteresowaniem.

Podobnie jak poprzednio język powieści jest prosty, a zarazem skomplikowany. Prosty, bo przy lekturze nie trzeba sięgać po słownik, a skomplikowany, bo Fforde kocha długie, rozbudowane zdania, które po angielsku mogą brzmieć bardzo dobrze, ale w języku polskim przekształcają się w piętrowe, odrobinę męczące potworki. Szczęściem tłumaczenie trzyma poziom, a dowcipy słowne i sytuacyjne wciąż bawią, chyba że ktoś jest uczulony na typowo brytyjski, nierzadko absurdalny humor.

Czy kupić? Tak, o ile przeczytaliście Smokobójcę. Co prawda na samym początku Pieśni Fforde umieścił streszczenie poprzedniego tomu, jednak lepiej sprawdza się ono jako powtórka niż wprowadzenie do świata. Tak czy siak jeśli komuś Smokobójca się spodobał, Pieśń również się spodoba, gdyż w praktyce to więcej tego samego, tylko podanego w trochę inny sposób.

Tekst: Łukasz „Salantor” Pilarski
Redakcja: Monika „Katriona” Doerre, Kira Leśków

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Sine Qua Non.

Autor: Jasper Fforde
Tytuł: Pieśń Kwarkostwora
Tytuł oryginalny: The Song of the Quarkbeast
Cykl: Kroniki Jennifer Strange
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2015 r.
Miejsce wydania: Kraków
Oprawa: Miękka
Projekt okładki: Paweł Szczepanik
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Ilustracje: Robert Sienicki
ISBN: 978-83-7924-312-9
Liczba stron: 320
Format: 140x205 mm

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany

Konkursy

Nazwa użytkownika

Facebook

Discus