Sto dni bez słońca (Wit Szostak) – recenzja


    ...sto dni bez słowa

    Z okazji wyróżnienia nominacją do Paszportów Polityki, chciałabym wam przypomnieć o jednym z nominowanych tytułów, który jest jednocześnie fantastyczną satyrą na polską (i nie tylko) społeczność akademicką. Sto dni bez słońca Wita Szostaka, nie należy do fantastyki per se, ale opowiada o doktorze nauk humanistycznych Lesławie Srebroniu, który fascynuje się prozą nieznanego (według bohatera niesłusznie) polskiego fantasty, Filipa Włócznika.

    Autorka niniejszej recenzji przeszła własne „sto (plus) dni bez słońca”, chociaż w nieco innym znaczeniu niż bohater powieści, ale nic, dosłownie nic, nie może nawet konkurować z przeżyciami protagonisty. Srebroń znalazł się na Finneganach, malutkich irlandzkich wyspach, w malutkim irlandzkim miasteczku Newport. Ma wykładać na malutkim irlandzkim uniwersytecie, który w jego głowie urasta, niestety, do rozmiarów najważniejszego miejsca dla oświeconych i uczonych ludzi. To tu ma nastąpić rewolucja poglądowa, prowadzona przez skromnego Lesława. A za nim pójdą tłumy. On zmieni świat.

    Jeśli do tej pory nie wyczuliście sarkazmu, to nie ma dla was ratunku. Tak jak dla głównego bohatera, zaślepionego i zadufanego w sobie wykładowcy, zajmującego się nieważnymi tematami i obracającego się pośród innych „naukowców”, którzy na Finneganach znaleźli się, bo nie mają nic nowego do powiedzenia, albo po prostu chcą spędzić bezczynnie czas – przy piwie w barze czy na przelotnych romansach.

    Postać Srebronia boli. Tak zwyczajnie nie da się go lubić. Czytając o jego przejściach, zastanawiałam się skąd w nim i jemu podobnych ludziach takie bezbrzeżne poczucie własnej wartości i niezachwiana wiara w słuszność swojej, niemal nadanej od bogów, sprawy. Bo nie miejcie złudzeń, Lesław to karykatura społeczeństwa uniwersyteckiego, ale osobiście znam takie osobowości „w realu”. I dlatego z pewną złośliwą satysfakcją przyglądałam się jego upadkowi.

    Jak wspomniałam wyżej, Sto dni bez słońca nie należy do fantastyki, ale pewne elementy, szczególnie sposób, w jaki Wit Szostak operuje językiem, nadają całej powieści atmosferę nierealności. Jako iż w książce występuje narracja pierwszoosobowa (w postaci dziennika-niedziennika), czytelnik ma okazję poznać Lesława od podszewki (co wcale nie jest przyjemne) – a narratorem jest niegodnym zaufania. Niby prowadzi dziennik, ale nie wypełnia go codziennie, niby w ciągu jego pobytu na Finneganach było sto dni bez słońca, ale jednak liczbę zaokrąglił, bo tak lepiej wygląda; protagonista naciąga prawdę i rzeczywistość tak, by służyła jego celom i odzwierciedlała jego wyobrażenie o świecie. Tak naprawdę czytelnik do końca nie wie, co się wydarzyło, a co jest tylko pięknym kłamstwem. Często da się przez tę zasłonę zerknąć, można zobaczyć szare, smutne fakty z istnienia Lesława, ale ja jednak byłam zafascynowana obłudą bohatera. Nie wszystkim udaje się skonstruować tak idealną wersję siebie i wierzyć w nią całym sercem.

    Czy polecam? Pewnie! Jeśli macie ochotę pośmiać się z uczelnianych intryg, trochę pomarszczyć czoło nad wszystkimi napuszonymi, pyszałkowatymi działaniami Srebronia i nacieszyć oko językiem Szostaka, to jak najbardziej powinniście sięgnąć po Sto dni bez słońca – szczególnie teraz, gdy autor został nominowany do Paszportów Polityki i troszkę więcej będzie o nim słychać. Ale także, a właściwie głównie, dlatego, że to po prostu wyśmienita lektura na ciemne wieczory.

    Diana „Mongfind” Cereniewicz
    Korekta: Matylda Zatorska

    Za e-booka recenzenckiego dziękujemy
    Wydawnictwu Powergraph


    Autor: Wit Szostak
    Tytuł: Sto dni bez słońca
    Seria: kontrapunkty
    ISBN: 9788364384110

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany