X-Men: Apocalypse (2016) – recenzja


...Apokalipsa według Singera

Czujecie się trochę jak po maratonie? Filmy o superbohaterach wydają się atakować nas co kilka tygodni, nie dając wytchnienia i czasu na konkretne przetrawienie i przeanalizowanie treści. Po średnim BvS i perfekcyjnej Wojnie bohaterów przyszedł czas na mutantów Bryana Singera. I nie jest łatwo jednoznacznie stwierdzić, jak mu poszło...

Z jednej strony podczas seansu bawiłam się świetnie, w końcu strasznie tęskniłam za Charlesem i Erikiem (OTP forever), a do tego nie mogłam się doczekać pojawienia się Ororo, Kurta i Scotta; ale z drugiej po wyjściu z kina czułam niedosyt. Zabrakło jakiejś cząstki duszy – tego elementu, który zawsze sprawia, że filmy o mutantach głęboko przemawiają do tak wielu osób.

Od razu chcę zaznaczyć, że przed seansem naczytałam się i naoglądałam zagranicznych recenzji, które sprawiły, że zamiast entuzjazmu czułam obawę. Moje oczekiwania były więc odpowiednio niskie. I może dlatego film, według mnie, nie jest tak ogromną porażką, jaką malują go krytycy, a po prostu cierpi na chorobę: „brak skupienia na jednej rzeczy”. Na ekranie sporo się dzieje, akcja toczy się w wielu miejscach na raz i niekoniecznie zwalnia, by dać widzowi czas na wchłonięcie wszystkich szczegółów. Do tego przybywa mutantów – i nawet jeśli z Cyklopem, Storm i Jean Grey znamy się jak łyse konie, to i tak X-Men: Apocalypse jest rozdymany. Starych bohaterów już jest cała masa, ale do tego ciągle dochodzą nowi i niestety scenariusz nie do końca radzi sobie z żonglowaniem aż tyloma postaciami.

Ach, dzieci

I przez te fabularne nadmuchanie sam Apocalypse wydaje się mniej przerażający, niż powinien. Daje swoim Jeźdźcom moce (i bardzo eleganckie ubranka), mówi ze świetnym efektem dźwiękowym i ma niewyobrażalną moc, ale nie zapamiętamy go jako wroga godnego X-Menów (nawet jeśli trzeba było ich wszystkich, by go pokonać – to nie spoiler, chyba nie spodziewaliście się, że Apocalypse dożyje kolejnego filmu, co?). Trudno było też rozpoznać Oscara Isaaca, AKA Internet's Boyfriend, pod tą masą protetyki i efektów. Widz nie martwił się, że któryś z jego ulubieńców jest czymkolwiek zagrożony. Jedynymi ofiarami są tak naprawę tysiące bezimiennych ludzi (Człowiek ze stali to przy tym pestka) oraz wspaniałe włosy Xaviera.

Ale nie tylko Isaac stracił na przeładowaniu filmu bohaterami. W sumie nikomu twórcy nie pozwolili zalśnić, nawet Magneto (pomimo kilku prześwietnych, napakowanych emocjami scen) nie wykazał ogromnej motywacji, by przyłączyć się do Apocalypse. Storm, Psylocke i Angel niestety nie pokazali ani krztyny osobowości – gdyby nie to, że znam ich z kreskówek i komiksów, poplątaliby mi się zupełnie już na samym początku. Scott i Jean mieli kilka przyjemnych scen, ale niewiele, oj niewiele. Prawie można przeoczyć zajawkę kolejnej części! Najbardziej przykre w tej całej sytuacji jest to, że przecież ci wszyscy aktorzy są świetni! Taka szkoda! Zwalę winę na scenariusz; potrzebował on kilku poprawek, bo naprawdę miał potencjał na coś lepszego. A reżyseria była naprawdę niezła.

Mind palace?

Ale, ale. Jeśli wydaje się Wam, moi drodzy, że do końca pojadę po X-Menach, to się mylicie. Film wygląda przepięknie, sceny walk mają świetną choreografię, a humor, który momentami wychyla głowę, jest naprawdę porządny! Michael Fassbender i James McAvoy znów grają, jakby to był ich ostatni film – te emocje, te łzy, ta mimika twarzy! They are acting their hearts out. Co prawda w tej części nie dzielili ekranu często, ale gdy byli razem iskrzyło. Takiej chemii pomiędzy postaciami ze świecą szukać pośród innych filmów o superbohaterach.

I od razu zahaczę o sceny z Magneto w Polsce – żeby mieć je z głowy. Erik wrócił do swoich korzeni, założył rodzinę, znalazł nawet pracę. Tak, jego polski pozostawia wiele do życzenia. Tak, dialogi brzmią, jakby zostały przetłumaczone na nasz język przez Google Translate. Ale to rzuci się w oczy tylko nam. Reszta świata zgodnie stwierdzi, że tak przecież brzmi polski i tyle. Możemy z tego wynieść chyba tylko to, że filmy amerykańskie są robione pod amerykańską widownię, więc na pocieszenie powiem, że wszystkie obce dialekty dla ich native speakerów w produkcjach zza oceanu rażą uszy. Wszystkich (jeśli uważacie, że rosyjski Czarnej Wdowy jest perfekcyjny, to spytajcie o zdanie jakiekolwiek Rosjanina).

I mam nadzieję, że nasi widzowie skupią się na przesłaniu tych scen, a nie na masakrowaniu języka (Fassbender śpiewa polską kołysankę, to urocze!). Są one bowiem napakowane ważnymi dla Erika wydarzeniami. Jedna scena z jego udziałem może wielu widzów zrazić (gdy poznaje Apocalypse), zniszczenie, którego dokonuje niektórym osobom wyda się wręcz świętokradcze. Mnie się ta scena podobała, Magneto przeszedł w niej katharsis i wyłonił się z jasnym celem.

So many feels

Podsumowując, X-Men: Apocalypse nie jest do końca udany. Trochę brakowało tego uniwersalnego przesłania o tolerancji i akceptacji wszystkich, pomimo różnic. Aktorzy nie pokazali w pełni swoich możliwości, a dialogi były momentami słabiutkie. Ale i tak polecam pójście na ten film do kina, bo tylko tam można docenić to, co twórcom jednak wyszło. Dla świetnej sceny z Quicksilverem z doskonałym podkładem muzycznym. Dla Magneto i Xaviera. Nawet dla młodszej kadry mutantów, którzy mają ogromny potencjał, by w kolejnych filmach stać się pełnowartościowymi członkami zespołu.

Mimo wszystkich (licznych) wad, polecam!

Diana „Mongfind” Cereniewicz
Korekta: Matylda Zatorska


Tytuł: X-Men: Apocalypse
Reżyeria: Bryan Singer
Scenariusz: Simon Kinberg
Muzyka: John Ottman
Zdjęcia: Newton Thomas Sigel
Scenografia: Grant Major
Montaż: Michael Louis Hill, John Ottman
Obsada:
James McAvoy – Profesor Charles Xavier
Michael Fassbender – Erik Lenscherr/Magneto
Jennifer Lawrence – Raven/Mystique
Nicolas Hoult – Hank McCoy/Bestia
Oscar Isaac – En Sabah Nur/Apocalypse
Rose Byrne – Moira MacTaggart
Evan Peters – Peter Maximoff/Quicksilver
Sophie Turner – Jean Grey
Ty Sheridan – Scott Summers/Cyklop
Lucas Till – Alex Summers/Havoc
Kodi Smit-McPhee – Kurt Wagner/Nightcrawler
Olivia Munn – Psylocke
Alexandra Shipp – Ororo/Storm
Ben Hardy – Angel

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany