Zło we mnie (2015) - recenzja

    Niekrzykliwa groza

    Żeńska szkoła z internatem, prawdopodobnie katolicka, niemalże opustoszała w okresie ferii zimowych. Dwie uczennice, których rodzice z różnych przyczyn nie zabrali do domu na wypoczynek. Jedna młodsza, grzeczna szara myszka. Druga atrakcyjna, kokieteryjna, wręcz puszczalska. Dwie opiekunki, ponoć czczące po kryjomu diabła. Jest i ksiądz (ale akurat wyjechał), jest i fałszywie dobroduszny dyrektor (też wyjechał). Wyobraźcie sobie listę, na której razem ze mną odhaczacie banalne horrorowe motywy. Mimo to powiadam wam: Zło we mnie to nie jest tania, hollywoodzka pulpa.

    Owe „nietaniość” i „niepulpowość” biorą się stąd, że twórcy filmu nie wykorzystują wymienionych przeze mnie motywów po to, aby łatwo przypodobać się masowemu odbiorcy. Prowadzą grę tak z konwencją, jak i z widzem; świadomie budują pewne oczekiwania, lecz nie szukają łatwych, oczywistych rozwiązań. Jednak prawdziwy kunszt ujawnia się nie tyle w samej treści filmu, co w jego formie.

    Zło we mnie buduje i podtrzymuje atmosferę w mistrzowski sposób. I znów – nikt nie ucieka się tu do prostych, tanich chwytów. Na próżno szukać w trwającym dziewięćdziesiąt trzy minuty materiale filmowym choćby jednego pospolitego jump scare’a czy bitów widowiskowej akcji. Sceny rozwijają się powoli; ujęcia zdają się klaustrofobiczne; kontrastowe oświetlenie pogłębia cienie; dialogi brzmią jakoś nienaturalnie – nie dlatego, że zostały źle napisane, lecz po to, aby podkreślić dziwną atmosferę. Wszystko to prowadzi do narastania uczucia freudowskiej niesamowitości – niepokoju wywoływanego zderzeniem obcości z czymś dobrze znanym.

    I tak wśród iście lynchowskich ujęć rozwija się historia trzech bohaterek: Kat, Rose i Joan. Jak wspomniałam, pierwsze dwie to uczennice szkoły w Bramford. Co jednak łączy z nimi tę trzecią? Jest w końcu od nich wyraźnie starsza, właśnie wyszła (bądź uciekła) ze szpitala (niewykluczone, że psychiatrycznego) i dopiero wyrusza w stronę Bramford. Przez długi czas wydaje się, że film opowiada dwie równoległe, niepowiązane ze sobą historie. Do zazębienia dochodzi, owszem – ale jest to zazębienie fascynująco subtelnie stopniowane.

    Obraz Perkinsa ma też swoje wady, choć raczej nieliczne i niepsujące odbioru całości. Największe niedociągnięcie – przynajmniej z mojej perspektywy – stanowi słabe umotywowanie działań jednej z bohaterek. Można sobie próbować coś na ten temat dopowiedzieć, jednak wydaje się, że niektóre rzeczy rozegrały się zbyt łatwo i szybko, aby uznać je za wiarygodne. Lecz może to tylko pokłosie faktu, że film pozostawia widzowi pewną swobodę interpretacyjną, czyli coś, co osobiście uwielbiam, o ile nie zaburza to wrażenia spójnej całości. Tak czy inaczej, Zło we mnie to przykład kina z ambicjami, gęstej, lecz niekrzykliwej grozy. Jeśli tak wygląda reżyserski debiut Oza Perkinsa, chętnie zapoznam się z jego kolejnymi produkcjami.

    Anna „Kresyda” Jakubowska
    korekta: Monika „Katriona” Doerre

    Seans obejrzeliśmy dzięki uprzejmości
    Cinema City

    Tytuł: Zło we mnie
    Tytuł oryginału: February
    Gatunek: Horror
    Czas trwania: 93 minuty
    Kraj produkcji: Stany Zjednoczone, Kanada
    Premiera polska: 10 III 2017 r.

    Obsada:
    Joan: Emma Roberts
    Rose: Lucy Boynton
    Kat: Kiernan Shipka

    Produkcja:
    Reżyseria: Oz Perkins
    Scenariusz: Oz Perkins

    Oceń: 
    0
    Brak głosów
    Niezdefiniowany

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus