Avatar

Nieco ponad trzy miesiące wystarczyły, by Avatar Jamesa Camerona stał się najbardziej kasowym filmem w historii kinematografii. Już przed premierą media uznały dzieło za przełomowe dla kina, wydaje się jednak, że w przypadku Avatara przełomem nazwać można raczej ogromną kampanię marketingową, jaką wokół niego prowadzono…

Camerona można nie lubić, ale nie sposób mu odmówić warsztatu i zdolności do tworzenia niezwykłych widowisk. Nieco złośliwie można by napisać, że jego recepta na sukces to film, w którym dzieje się dużo, szybko i ładnie. Takie było jego napakowane akcją Aliens. Terminator zachwycał efektami specjalnymi mimo żałośnie niskiego budżetu, a Terminator II jeszcze to podbił, dodając przy okazji ostrą rozwałkę. W końcu był Titanic, z efektownym, cyfrowo zrekonstruowanym, zatopionym transatlantykiem. Kolejnym stadium ewolucji jest Avatar. Mając do dyspozycji trzysta milionów dolarów i najnowocześniejszą technikę, Cameron stworzył widowisko zapierające dech w piersiach. Planeta Pandora, na której dzieje się akcja, pokryta jest niemal w całości tropikalną roślinnością, urzekającą swoją odmiennością i egzotyką. Sceny nocne, pełne świecących kwiatów, mieniących się tysiącami kolorów, pełnych detali roślin zachwycają swoim wysmakowaniem i pięknem. Z kolei latające wzgórza przygniatają widza monumentalnością, podobnie jak wgniatające w fotel sceny podniebnych podróży i pojedynków. Także Na’vi, rdzenna ludność Pandory, zniewala dbałością o szczegóły i pietyzmem, z jakim wykonano ich sylwetki, ubiór czy ruchy. Ulepszony system Motion Picture, jakiego użył Cameron, pozwolił na nieznane dotąd odwzorowanie ruchów i gestów, a także mimiki (wystarczy porównać twarz Sigourney Weaver w rzeczywistości i postaci avatarowej). Trudno nie docenić wysiłku, jaki kosztował twórców proces tworzenia całkowicie cyfrowego świata, który wyzbywa się w dużej części komputerowej sztuczności i ograniczeń, a jednocześnie korzysta z szansy, jaką dają możliwości zastosowanej technologii. Pandora, Na’vi – widz ma świadomość, że są to wytwory cyfrowe, lecz jednocześnie ich egzystencja jest na tyle realistyczna i wiarygodna, a świat na tyle piękny, że z łatwością daje się oszukać. I jeszcze mocniej wchodzi w obszar akcji, wyzbywając się poczucia sztuczności przedstawienia.

Mimo to, osobiście nie potrafię nazwać Avatara filmem przełomowym. Niezły, wciągający – owszem. Ale przełom to za dużo. Być może za trzy, cztery lata będzie można go tak nazwać, pod warunkiem, że technologia 3D przejmie przemysł filmowy i wypchnie z obiegu tradycyjne filmy, tak jak to było w przypadku wprowadzenia dźwięku. Zmiany widać już teraz, jednak odnoszą się one głównie do superprodukcji i filmów fantastycznych. Wydaje się, że spece od reklamy i marketingu pospieszyli się z ogłoszeniem nadejścia nowego mesjasza kina… Tym bardziej, że Avatar ma jedną, podstawową wadę, typową zresztą dla filmów Camerona: słaby scenariusz. O ile jeszcze Terminator czy Aliens tuszowały ten fakt wysokoprocentową, zawrotną akcją, o tyle w kolejnych filmach po Terminatorze II Cameron powoli spuszczał z tonu, robiąc coraz naiwniejsze historyjki, by szczyt (a właściwie dno) osiągnąć przy Titanicu, który okazał się potwornie kiczowaty, melodramatyczny, ckliwy i nudny. I przy okazji zarobił miliardy dolarów.
Jeśli chodzi o Avatara, reżyser chwalił się, że scenariusz przeleżał kilka(naście) lat w szufladzie, z powodu niedostatków technologii. I to się niestety czuje. Historia Jacka Sully’ego, weterana – kaleki, który przybywa na Pandorę przypadkiem, zamiast brata, by tam wplątać się w konflikt między Na’vi i grupą kolonizacyjną, znaleźć miłość, stać się bohaterem i uratować świat stoi jedną nogą w starych, lecz niekoniecznie dobrych czasach. Pełnymi garściami czerpie z Tańczącego z wilkami i Pocahontas, nie siląc się nawet na jakieś głębsze zmiany fabularne. Ba – gdyby dokonać kilka retuszy w scenariuszu, otrzymalibyśmy niemal dokładne powtórzenie opowieści o Indiance i angielskim kolonizatorze – tyle, że w kosmosie. Scenariusz jest prosty i idzie jak po sznurku, wypełniając kolejne punkty opowieści o podłych kolonizatorach i szlachetnych autochtonach. Całkiem brakuje zaskoczenia i zwrotów akcji, a widz - jeśli tylko ma podstawowe rozeznanie w konwencjach filmowych – bez problemu dopowie sobie ciąg akcji i zakończenie.

Także postacie nie zachwycają. Wydaje się, że Cameron zrezygnował z wyrazistych, pogłębionych psychologicznie postaci na rzecz ich typów. Mamy więc bezwzględnego dowódcę, zawziętą, choć wredną pani naukowiec, szlachetną pilotkę, dzielną autochtonkę, rywala naszego bohatera do miłości kobiety, i samego herosa, który w przypadku Avatara wydaje się być przez większą cześć filmu mocno rozmemłany (i to ma być marine?). Najgorsze jest to, że w tak sztywnych formach niczego wielkiego nie mogli pokazać aktorzy: Sam Worthington - typowany na gwiazdę – tutaj zagrał tylko poprawnie, podobnie jak Sigourney Weaver, doświadczona i utalentowana aktorka, która nie miała nawet szansy rozwinąć skrzydeł. Wydaje się, że jedynymi, którzy z wdziękiem poradzili sobie ze swoim zadaniem są Zoe Saldana w roli Neytiri, a także specjalizujący się w rolach czarnych charakterów Stephen Lang jako Quaritch. Mimo wszystko, to trochę mało…

Avatar mógł być filmem zdecydowanie lepszym, pełniejszym, gdyby tylko poprawić scenariusz, unowocześnić go. Miast tego, zaserwowano ludziom kosmiczną bajkę. Sądząc po wpływach, większość to kupiła. I słusznie, bo Avatar to całkiem niezły film. Ale tylko niezły. A w całej batalii między przeciwnikami i zwolennikami filmu, największymi zwycięzcami okazują się producenci i spece od reklamy.

Piotr „Vivaldi” Sarota

Tytuł oryginalny: Avatar
Gatunek: science-fiction, akcja, dramat
Kraj produkcji: Stany Zjednoczone

Główne role:
Sam Worthington - Jack
Zoe Saldana - Neytiri
Sigourney Weaver - dr Grace
Michelle Rodríguez - Trudy
Stephen Lang - Quaritch

Rok produkcji: 2009
Data premiery: 18 grudnia 2009
Czas trwania: 161 min

Reżyseria: James Cameron
Scenariusz: James Cameron
Muzyka: James Horner
Zdjęcia: Mauro Fiore

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany
Lorelay
Obrazek użytkownika Lorelay
Moją opinię znasz, Viv i

Moją opinię znasz, Viv i daruję sobie przeprowadzaną już kilkakrotnie na ef polemikę. Mnie nie przeszkadzał fakt, że Avatar to "kosmiczna bajka". Oczekiwałam prostej fabuły i archetypowych postaci - otrzymałam to. Mnie się podobało.
Zwróciłam też uwagę na nieco inne aspekty filmu, odebrałam go bardziej jako przedstawiciela fantastyki niż kinematografii. Takie moje prawo - filmoznawcą nie jestem. Ty jesteś, więc zauważać inne sprawy - też twoje prawo. Jaki odbiorca - taka opinia. Ja obok filmoznawcy nawet nie siedziałam (pomijając fakt dosłownego siedzenia ostatnio obok filmowca :P), tak więc o wielu rzeczach, o których piszesz nie mam pojęcia. W wielu kwestiach jednak wierzę ci na słowo - znasz się o wiele lepiej, tak więc pewnie masz rację. Nie zmienia to faktu, że nie przeszkadzało to mi jako zupełnie przeciętnemu, nie obeznanemu w temacie odbiorcy.

Sama recenzja natomiast wydaje mi się świetna. Na mnie - typowo "zielonej" - wywiera wrażenie bardzo fachowej, jest też dobrze, poprawnie napisana.

Veris
Dla mnie Avater był piękny,

Dla mnie Avater był piękny, takie Pocachontas w kosmosie, czyli coś, czego najwyraźniej mi brakowało :D Chętnie obejrzę kolejne części pod warunkiem, że Cameron przyłoży się do nich przynajmniej tak mocno, jak do jedynki.

YoAnna
Obrazek użytkownika YoAnna
Ja nigdy nie obejrzałam

Ja nigdy nie obejrzałam Avatara. Tak jakoś dziwnie ma, że im więcej wokół jakiejś produkcji zamieszania, tym bardzie mnie od niej odpycha.

Veris
Powiem szczerze, jeśli lubisz

Powiem szczerze, jeśli lubisz filmy przewidywalne, które mają w sobie jednak sporo emocji, to polecam, obejrzyj i nie pożałujesz. Jeśli jednak oczekujesz od produkcji powiewu świeżości innego, niż świetne efekty specjalne, to raczej nie jest to doskonałe dzieło dla Ciebie.

YoAnna
Obrazek użytkownika YoAnna
Chyba nigdy nie oglądałam

Chyba nigdy nie oglądałam filmu tylko dla efektów specjalnych. No, ale żeby oglądnąć trzeba by wyposażyć się w porządny telewizor, a mnie się od paru lat całkiem dobrze żyje bez tego sprzętu :P

Veris
Ja telewizor mam, ale

Ja telewizor mam, ale korzystam sporadycznie, właśnie przy okazji jakiś konkretnych tytułów, które mnie interesują. Nie lubię oglądać ich na laptopie, wtedy robimy sobie z ukochanym popcorn, siadamy wygodnie i oglądamy :)