Warcraft: Wojna Starożytnych (Richard A. Knaak)
„Warcraft: Wojna Starożytnych”, Richard A. Knaak
Zachęcona miłymi wrażeniami z lektury „Ostatniego Strażnika”, które opisałam już w innej recenzji, pokusiłam się podążyć dalej tą drogą. Sięgnęłam mianowicie po kolejne pozycje z warcraftowej serii. Tym razem postawiłam sobie ambitniejsze zadanie. Chwyciłam za obszerną trylogię „Wojna Starożytnych” autorstwa Richarda A. Knaaka. Nie ukrywam, że i w tym wyborze swoje wiedzmińsko- magiczne paluszki mieszał niejaki Illeaden, jak i przyznaję znów, że był to kolejny trafny wybór.
Mój sceptycyzm związany z „rodowodem” serii, czyli grą komputerową, jako że fanem tego typu rozrywek zdecydowanie nie jestem, jeszcze raz legł w gruzach i głośno wrzasnął o litość. Trylogia bowiem okazała się jak najbardziej literacką wizją, nie budzącą wrażenia, że czyta się instrukcją, podręcznik do gry czy równie liryczny, temu podobny twór.
Zmuszona jestem powiedzieć więcej. „Wojna Starożytnych” awansowała w poczet książek, z gatunku typowego, klasycznego fantasy, które czytało mi się najprzyjemniej. Chwile spędzone z wszystkimi trzema tomami zasługują na miano czasu spędzonego jak najbardziej sympatycznie.
Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. Z pewnością nie skupię się na nich wszystkich dogłębnie, z prostej przyczyny – nikt z was z pewnością nie miałby cierpliwości do czytania kilmkunastostronicowych recenzji trzech, nie tak znowu opasłych tomów. Jest jednak kilka elementów, dzięki którym karty książek z łatwością przeniosły mnie w sam środek tytułowej wojny i pozwoliły przeżywać ją z zapartym tchem.
Powiedzieć o akcji tej powieści, że jest ona wartka, czy nawet szybka, to spore niedomówienie. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że chwilami, zwłaszcza w tomie trzecim zatytułowanym „Rozbicie”, toczy się ona w zawrotnym tempie, nie pozwalając przerwać czytania, nie pozostawiając czasem nawet miejsca na wzięcie głębszego oddechu czy łyknięcie kawy lub herbaty.
Ponad to nieustannie trzyma ona czytelnika w napięciu, objawiając się wypiekami na twarzy, powiększonymi źrenicami, a u obdarzonych co bujniejszą wyobraźnią – głośnymi okrzykami zaskoczenia. Z całą szczerością muszę oznajmić, że w ciągu tych wieczorów, nie nudziłam się ani przez chwilę.
Drugim elementem, który przykuł moją uwagę i zachował ją aż do ostatniej strony, ostatniego tomu, byli sami bohaterowie, i to nie tylko pierwszoplanowi. Postaci odgrywających znaczące role w wątku głównym i posiadających przy tym własne, interesujące wątki poboczne jest w trylogii cała masa. Z pewnością ta wiadomość nie nastawia was do nich pozytywnie, gdyż myślicie sobie „ autor poszedł na ilość zamiast na jakość”. Miałam z początku podobne obawy. Teraz mogę jednak powiedzieć wszystkim, których takie myśli nawiedziły, że są w błędzie. Okazuje się, że ilość i jakość mogą iść w parze. Bohaterowie pierwszo, drugo a nawet trzecioplanowi „Wojny Starożytnych” są w znacznej większości dopracowani i ciekawi. Przede wszystkim zaś każdy z nich jest inny i wszyscy są „jacyś”, trzeba mocno się wysilić, by znaleźć wśród nich postać mdłą i mało interesującą, pozbawioną osobowości i wyrazistego charakteru. Przez same te cechy, niezależne czy dana istota stoi po tej „dobrej” czy „złej” stronie, prawie każda z nich daje się lubić, a już napewno intryguje, wzbudza ciekawość.
Kolejnym plusem jest tu wielowątkowość. Przyciąga ona uwagę do rozgrywających się wydarzeń o tyle bardziej, że czytelnik raz po raz, płynnie przenosi się, a czasem przeskakuje z miejsca na miejsce, od jednego wydarzenia, do innego. Zabieg taki sprawia, że ilekroć jedno wydarzenie nas zaintryguje, pojawia się kolejne, nie mniej interesujące, a my pozostajemy z niedosytem nie jednej niewyjaśnionej okoliczności, ale wielu coraz to nowych. Przez to oderwanie się od następnych stronic jest o wiele trudniejsze.
Mi osobiście przypadł także do gustu fakt, że mimo iż jest to typowa opowieść o Wielkiej wojnie z Wielkim złem, Wielkich bohaterach i ich Wielkich czynach, nie razi w oczy patosem. Nie ma tu miejsca dla nabzdyczonego nadęcia. Zachowany jest pewien przyzwoity i bardzo potrzebny w tego typu historiach dystans. Świat nie jest czarno-biały, jednoznaczny, a istoty go zamieszkujące krystalicznie dobre lub skrajnie złe. Wszystko to jest po prostu „normalne”, w takim stopniu w jakim może być świat fantastyczny. Każda z postaci ma swoje wady i zalety, skłonności i słabości, takie czy inne, rozwinięte w miejszym lub większym stopniu. Dzięki temu właśnie wzbudzają moją sympatię.
Warto wspomnieć też o takich detalach, jak bardzo poprawny, zgrabny styl, dzięki któremu czytanie przebiega łatwo i płynnie, czy też spójny obraz świata i jego historii. Napomknę także o tym, co zafascynowało mnie w „Ostatnim Strażniku”. Był tomianowicie sposób pojmowania czasu. Tutaj znalazłam kolejne jego zachwianie i następne z tym związane teorie.
Aby podtytułowi „okiem sceptyka” stało się zadość na koniec wypadałoby wskazać choć jeden rażący negatyw, choćby mały element, przywodzący na myśl właśnie grę komputerową. W tym przypadku odnalazłam tą wadę w armii demonów. Przez cały czas gdy o nich czytałam, o tym jak wyglądają, jaką mają naturę, w jaki sposób się „zachowują” i walczą, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to nie istoty z „krwi i kości”, rozumna rasa złożona z odrębnych jednostek, ale dosłownie wyjęte z ekranu komputera stworki z gry strategicznej.
To uchybienie jednak zostało zreflektowane przez ogrom pozytywów, o których traktuje większa część tego wywodu. Wśród nich te „komputerowe” demony nikną gdzieś i nie rzucają się w oczy, niemal przestając irytować.

















































