Sztanga i cash (2013) - recenzja


    Ponoć pierwszy milion trzeba ukraść. Można też „ukraść” kogoś, kto takowy milion posiada i wymusić na nim, aby wszystko nam oddał. Nie wydaje mi się to jakkolwiek możliwe do wykonania dla zwykłego człowieka, ale Michael Bay stworzył film „Sztanga i cash” na podstawie artykułu z „Miami New Times”, który opisywał mniej więcej taką historię. Jestem jednak pewna, że nawet jeśli były prawdą, daleko tym wydarzeniom do nieudanej stylistyki Tarantino i swoistej beztroskiej brutalności Rodrigueza. Przeniesienie porwania pełnego bólu, przemocy oraz cierpienia na ekran w formie frywolnej, przesyconej humorem i żartem fabuły nie wyszło Bayowi najlepiej, a do porażki dołożyła się również kompletnie wyrwana z kontekstu muzyka oraz słabiutkie zakończenie.

    Bohaterowie tego obrazu są trójką kulturystów, dla których praca nad swoim ciałem to droga do sukcesu. Daniel Lugo, odgrywający rolę szefa grupy, wpada na pomysł, aby porwać bogatego biznesmena i torturami zmusić go, by oddał im cały swój majątek. Do swojego planu wkręca Paula Doyle’a i Adriana Doorbala. Wszystko komplikuje się, gdy ofiara rozpoznaje oprawców. Mężczyźni postanawiają pozbyć się porwanego, jednak próba zabójstwa kończy się fiaskiem, a Victor Kershaw zostaje tylko okaleczony. Po wyjściu ze szpitala wynajmuje detektywa, chcąc odzyskać swoje pieniądze.

    Dawno nie widziałam tak wydumanego filmu. Fabuła okazała się tak bardzo niewiarygodna, że aż śmieszna, a niektóre sytuacje przypominały sceny z którejś z pełnometrażowych produkcji Monty Pythona. Ilość prób, jakie podejmowali bohaterowie, aby zabić porwanego, była wręcz żenująca, ponieważ wylatujące w powietrze auto jest śmiercionośne nawet dla znajdujących się w jego pobliżu, a co dopiero wewnątrz. Natomiast Victor Kershaw jest po prostu nieśmiertelny. Po trzecim podejściu do usunięcia go ze świata żywych oczekiwałam, aż zregeneruje się w stylu Doctora Who i naprawdę nie wiem, czy nie okazałoby się to lepszym posunięciem aniżeli uczynienie z niego szczęściarza, którego śmierć omija.

    Wszelkie sceny brutalności według myśli Michaela Baya miały być możliwe do obejrzenia bez cofnięcia się zawartości żołądka. Ten punkt został spełniony, gdyż daleko filmowi „Sztanga i cash” do „Hostelu” czy „Piły”, chociaż jest rąbanie ciała na kawałki za pomocą siekiery. Nie odpowiadało mi jednak umieszczenie takowych wydarzeń w konwencji komedii. Porwanie, torturowanie i wielokrotne próby morderstwa to poważny temat, niemożliwy do przedstawienia w wesoły, beztroski sposób. Oczywiście, znam podobne historie ze srebrnego ekranu, gdzie tryska krew, niewinna śmierć jest czymś normalnym, a obrócenie tego w żart dodaje tylko smaczku produkcji, ale potrzebna jest ręka kogoś pokroju Tarantino lub Rodrigueza, aby nie wyszło to karykaturalnie. „Sztanga i cash” przedstawia zbyt prawdziwą historię, by wplatanie średniej jakości czarnego humoru w fabułę było udane, przez co nie tylko bohaterowie-porywacze, ale także podejście reżysera sprawia wrażenie niedojrzałego.

    Sytuacji nie ratuje nawet obsada aktorska, która w wielu takich przypadkach dodaje produkcji odrobiny blasku. Mark Wahlberg odgrywający Daniela Lugo, chociaż fizycznie pasuje do roli kulturysty, kompletnie nie sprawdził się jako przywódca. Za każdym razem gdy kazał komuś coś zrobić albo przedstawiał plan dalszego działania, chociaż krzyczał, groził, zmuszał, sprawiał wrażenie niezdecydowanego i niepewnego tego, co robi. Okazał się postacią niedopracowaną, ukazującą sztuczną ekspresję, bez siły przebicia. Razem z Paulem i Adrianem przypominali trochę znane kreskówkowe trio – Eda, Edda i Eddy’ego, nie zaś dorosłych mężczyzn dopuszczających się czynów godnych szaleńca.

    Pierwszy raz doświadczyłam, aby w filmie muzyka raziła uszy. Tak naprawdę to nie soundtrack nie pasował do obrazu, ale obraz do soundtracku. Ścieżka dźwiękowa dobrana została pod poważny film opowiadający o bezwzględności człowieka względem bliźniego. Tymczasem komiczny charakter produkcji rozminął się z muzyką i miałam okazję słuchać powolnych, melancholijnych melodii podczas sceny napakowanej akcją i szybkością. Dopasowanie soundtracku to trudna kwestia, ale wystarczy pójście odpowiednim tropem klimatycznym, aby wprawić widza w odpowiedni nastrój. W produkcji Michaela Baya okazał się wyłącznie bezpłciowymi melodiami mającymi zapełnić ciszę.

    Nie mam pojęcia dla kogo „Sztanga i cash” mógłby okazać się odpowiedni. Na seansie nie skorzystają ani fani humoru, ponieważ jest on w tej produkcji na wyjątkowo niskim poziomie, ani miłośnicy dobrej akcji, gdyż raz jest, raz jej nie ma. Zakończenie nic nie wnosi do całości filmu, ledwie podsumowując wydarzenia, a głowni bohaterowie przypominają trochę dzieci. Może damska część widowni, lubiąca popatrzeć na pięknie wyrzeźbiona ciała, będzie zadowolona, ale czy jest sens kręcić film, gdzie jedynym plusem okazuje się klata głównego bohatera?

    Sylwia „PersilGold” Zazulak
    Redakcja i korekta: Matylda Zatorska

    Film obejrzeliśmy dzięki uprzejmości Monolith Video.


    Oryginalny tytuł: Pain & Gain
    Gatunek: akcja, komedia kryminalna
    Długość: 129 minut
    Język: angielski
    Reżyseria: Michael Bay
    Produkcja: Michael Bay
    Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
    Muzyka: Steve Jablonsky
    Zdjęcia: Ben Seresin
    Montaż: Tom Muldoon
    Scenografia: Jeffrey Beecroft
    Produkcja / Rok: USA, 2013
    Data premiery: 30 sierpnia 2013 (Polska) 11 kwietnia 2013 (świat)

    Obsada:
    Mark Wahlberg - Daniel Lugo
    Dwayne Johnson - Paul Doyle
    Anthony Mackie - Adrian Doorbal

    Polski