Blood: the Last Vampire

Każdy ma takie wampiry, jakie chce mieć. Amerykanie mają swojego Draculę pod postacią zniewalającego Gary’ego Oldmana, ściganego po bezdrożach przez Keanu „Drewno Jestem” Reevsa, lub Beli Lugosiego, z tym jego wschodnim akcentem i punktowym światłem walącym po gałach.
Anglicy mają swojego Draculę w postaci Christophera Lee, który niczym w telenoweli umierał i odradzał się, by w kolejnych filmach wysysać krew dziewic i ginąć z rąk Petera Cushinga, grającego Abrahama van Helsinga.
Japończycy zaś mają Alucarda, walącego do zombiakow z dwóch armat. No i licealistki z katanami.

Nie zamierzam analizować genezy tego fetyszu, który w kolejnych produkcjach powraca niczym bumerang, faktem jest jednak, że chyba nie można wyobrazić sobie anime bez urodziwych licealistek w szkolnych mundurkach, które ni stąd ni zowąd wyciągają miecze i szlachtują Bogu ducha winne demony i demonki. Zazwyczaj ich poziom jest dość… różny, czasem jednak zdarzy się mała perełka, taka jak „Blood: the Last Vampire”.

Bohaterka – Saya – jest ostatnią z (nie)żyjących wampirów. Cóż, mówi się trudno – dzieciństwa i rodziców raczej się nie wybiera. Na dodatek wampirzyca – jak przystało na prawdziwą bohaterkę i potwora jednocześnie – jest członkiem tajnego oddziału walczącego z demonami. Z tego też powodu przybywa do Japonii, w przeddzień wojny w Wietnamie. W amerykańskiej bazie lotniczej, do której się dostaje, nie wszystko jest tak ładne, jak się wydaje…

Podobnie jak opis fabuły, prawda? Cóż, przyznać trzeba twórcom, że pod względem konceptu specjalnie się nie popisali – tego typu klisze fabularne przerabialiśmy w przypadku anime już wielokrotnie. O ile jednak można psioczyć na ogólny zarys fabuły, o tyle na jej rozwiniecie już niekoniecznie. Co prawda wzorem innych japońskich produkcji, Saya jest pozbawiona większości wampirycznych zdolności (przemiana, hipnoza, siła), w przeciwieństwie jednak do wielu innych obrazów, twórcy „Blood” postanowili maksymalnie skupić się na klimacie. W efekcie otrzymujemy dość posępny, krwawy thriller, w którym szlachtowanie demonów schodzi na drugi plan, ustępując miejsca atmosferze. Nie będę pisał, że anime to jest straszniejsze od „Ringu”, bo nie jest. Nie jest nawet w połowie tak straszne. Niektórym wyda się wręcz pozbawione czegoś, co mogłoby wzbudzić strach, nie zmienia to jednak faktu, że film jest posępny, pozbawiony wszelkiego rodzaju groteskowych czy komicznych sytuacji (tak charakterystycznych dla anime). Wielka zresztą w tym zasługa głównej bohaterki. Saya nie jest ani tak urodziwa i miła jak bohaterki choćby „Rosario Vampire”, ani nie jest równie cyniczna jak Alucard. Jest po prostu małomówną, ponurą i wredną dziewuchą, traktującą wszystkich ludzi niczym zło konieczne, myślącą tylko o swoim zadaniu, z czułością gładzącą tylko własny miecz. Jednocześnie czuć bijącą od niej nieludzką aurę, wampiryczną siłę i ukrytą we wnętrzu złość – czyli to, czego brakuje większości animowanych wampirów.

Niczego złego nie da się powiedzieć o animacji – sprawia wrażenie nieco topornej, uproszczonej i oldschoolowej, ale jednocześnie jest niesamowicie dynamiczna, dopracowana i po prostu ładna. Nie spodoba się każdemu, ale cóż – tak już bywa.

Jedną z nielicznych wad – prócz nieco leniwego początku, i wyraźnie przyspieszonej końcówki – jest długości oavki. Film trwa zaledwie 47 minut, co z jednej strony wystarcza, by opowiedzieć historię, z drugiej – pozostawia uczucie niedosytu, epizodu wyrwanego z większej całości. Gdyby twórcy dołożyli kolejną godzinę, rozwinęli historię, myślę, że film by tylko na tym zyskał. Osobiście uważam, że warto obejrzeć, choć trochę razi niewykorzystany potencjał.