Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

"In the name of King: Dungeon Siege" - Nazywali go Farmerem...

Uwe Boll to człowiek zagadka. Ochrzczony, jako najgorszy reżyser w historii (a przynajmniej w XXI w.) taśmowo brał na warsztat gry komputerowe, przerabiając je na filmowe odpady, a mimo to nigdy nie miał większych trudności ze zdobyciem funduszy na kolejne przedsięwzięcia. In the name of King: Dungeon Siege określono jako kolejną kiłę autorstwa Bolla. Czy słusznie? Z pewnością w tym stwierdzeniu jest sporo prawdy, ale nie do końca.
Scenariusz, oparty na grze Dungeon Siege nie porywa rozmachem, głębią ani zaskakującymi zwrotami akcji (zresztą, czego oczekiwać po adaptacji gry, w której chodzi tylko o wyżynanie wrogów, kierując bezimiennym chłopkiem?). Bohaterem jest Farmer (sic!), który razem ze swoja rodziną pędzi spokojne życie na wsi, nie przejmując się niczym, prócz plonów i tym, żeby małżonka była zadowolona. W tym samym czasie zły czarnoksiężnik Gillian wysyła oddział dziwacznych stworów, Krugów, aby plądrowali, niszczyli i gwałcili – słowem, robili to, co robić powinny stwory w filmach fantasy. I właśnie owym pokrakom zdarzyło się zaatakować miasto, w którym przebywała rodzinka Farmera. Jego żonę porwano, syna ukatrupiono a on sam poprzysiągł srogą zemstę. Zbiera dwójkę druhów i wyrusza w podróż, niewiele przejmując się dobrym i sprawiedliwym władcą kraju, omotanym przez intrygi swego bratanka, który w przeciwieństwie do władcy wcale nie jest taki prawy i szlachetny…

Nie ma co ukrywać, że Boll w kwestii fabuły fantasy poprzestaje na wyświechtanych schematach i nie wymyśla niczego nowego. Ba – wydaje się, że nawet nie próbował tego zrobić. Mamy zatem bezimiennego bohatera z mroczną przeszłością i wielką tajemnicą, jego towarzyszy, złego i dobrego czarnoksiężnika, szlachetnego króla i jego bratanka – krętacza, paskudnych najeźdźców, główny quest bohatera, tragiczne zwroty akcji, zdradę, ostateczną bitwę i tak dalej, i tak dalej... w tym kontekście można się cieszyć, że zrezygnowano z elfów, krasnoludów i motywu potężnego artefaktu, ale to chyba marne pocieszenie. Ale to nie sztampowość historii jest głównym grzechem filmu (w końcu widzowie lubią oglądać to, co znają), nie są nimi też zapożyczenia (niekiedy potwornie wręcz ordynarne) z innych filmów, z Władcą Pierścieni na czele; także aktorstwo stoi na w miarę przyzwoitym poziomie, choć biorąc pod uwagę obsadę, jaką zebrał reżyser (m.in. Statham, Perlman, Loken, Rhys – Davies, Liotta, Raynolds) można się było spodziewać czegoś więcej, a zdjęcia – w poprzednich obrazach stojące niekiedy na bardzo niskim poziomie – tutaj były całkiem niezłe, momentami wręcz klimatyczne, choć często wyziera spod nich brak pomysłu na ciekawą aranżacje przestrzeni..

Główny problem tego filmu leży w scenariuszu. Uwe zdecydowanie nie radzi sobie z pisaniem skryptów dla swoich produkcji: dialogi są bardziej drewniane niż nasi piłkarze na Mistrzostwach Świata, pod względem psychologicznym postacie przypominają szmaciane lalki, albo gipsowe bryły pozbawione osobowości (Farmer przez cały film jest konkretnym macho, który nie zmienia wyrazu twarzy nawet na moment) a liczba nielogiczności i idiotyzmów zawartych w filmie przekracza stężenie śmiertelne (łucznicy i szarża kawalerii w lesie, mag próbujący uwięzić bohatera pod stosem książek, bezbolesny upadek z kilkunastometrowej przepaści do rzeki, masakrowanie opancerzonych krugów przy pomocy motyki itd.). Ale i to dałoby się przeżyć – w końcu Hollywood znane jest z dość elastycznego podejścia do kwestii realizmu i logiki. Nie da się natomiast przeżyć tego, co Boll wyprawia z wątkami pobocznymi – jeden po drugim nagle się rozpoczynają, po drodze dołączają kolejne, poprzednie się gdzieś gubią, inne zostają ucięte niemal w połowie a reszta pląta się pod nogami nie wiadomo właściwie dlaczego i po co. Szczytem tego jest ucięcie wątku głównego tuż przed końcem! Wyobrażacie sobie na przykład Władcę Pierścieni w którym wszystko kończy się na koronacji Aragorna? Nie? To zerknijcie na Dungeon Siege. będziecie wiedzieć jak to smakuje. Jest to o tyle smutniejsze, że tym idiotycznym zabiegiem reżyser niweczy ten wątły dramatyzm i napięcie, jakie udało mu się wytworzyć pod koniec filmu. Mogło być pięknie, a tak pozostaje zgrzytanie zębów.

Gdybym miał porównać do czegoś film Uwe Bolla, byłyby to groszowe powiastki amerykańskiej fantasy – czyta się w miarę miło, nie zwraca się większej uwagi na nielogiczności, napuszony styl i schematyczność, z zadowoleniem kończy się lekturę, by po kilku godzinach zapomnieć o jej istnieniu. Dungeon Siegie miał potencjał (co prawda wątły, ale jednak), który nie został wykorzystany; mógł być filmem zdecydowanie lepszym niż to, co otrzymaliśmy. Mimo to uważam, że można go obejrzeć. Oczywiście, po warunkiem, że lubicie się śmiać, macie wolny czas, obejrzeliście wszystko, co mieliście pod ręką i potwornie wam się nudzi..

Tytuł oryginalny: In the name of the King: Dungeon Siege Tale
Tytuł polski: Dungeon Siege: W imię króla

Produkcja

Data premiery: 2008
Kraj produkcji: Kanada, Niemcy, USA
Czas trwania: 127 min.
Reżyseria: Uwe Boll
Scenariusz: Glenn M. Benest, David Freeman
Muzyka: Henning Lohner, Jessica de Rooij
Zdjęcia: Mathias Neumann

Obsada

Jason Statham - Farmer
Ray Liotta - Gallian
Kristanna Loken - Elora
Claire Forlani - Solana
Leelee Sobieski - Muriella
Burt Reynolds - Król Konreid
John Rhys Davies Merrick
Ron Perlman - Norick
Matthew Lillard - Książę Fallow

Odpowiedzi

portret użytkownika Lorelay

Jako, że oglądając film

Jako, że oglądając film jestem czuła w 90% na wątek fabularny, logikę i jakikolwiek realizm choćby i fantastyczny, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że po przeczytaniu owej recenzji określam go jednoznacznie: Jeśli Vivu nie koloryzuje jest to gniot nad gniotami. Takie jest moje wrażenie. I bynajmniej sztampowość historii wcale mnie nie przeraża, daleka jestem od grzmienia "wtórność!", ale cała reszta argumentów mnie po prostu przygniotła. Zniechęciłeś mnie do tego obrazu wzorowo :P
W zasadzie, już kiedy przeczytałam, że jest on "opartym na grze, w której chodzi tylko o wyżynanie wrogów" spodziewałam się najgorszego.

"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"

portret użytkownika Vivaldi

No cóż... ja widziałem

No cóż... ja widziałem już takie gnioty, że ten oglądałem bez bólu zębów (no, może poza końcówką), za to z usmiechem na twarzy ;]

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi