Lobster Man from Mars
Zazwyczaj reżyserzy starają się, aby ich film był jak najlepszy. Angażują świetnych aktorów, biorą świetny scenariusz, zatrudniają profesjonalnych operatorów, scenografów i dźwiękowców, wydają miliony na efekty specjalne – wszystko po to, żeby stworzyć hit. Czasem się to udaje, a czasem – gdy kasy brak, aktorzy są amatorami, a operator po raz pierwszy widzi kamerę – wychodzi z tego krowi placek. Bywają jednak chwile, kiedy twórca z pełną premedytacją tworzy dzieło stojące poniżej jakiegokolwiek poziomu, i bardzo się z tego cieszy, czego dowodzi „Człowiek homar z Marsa”.
Fabuła (o ile to oczywiście można nazwać fabułą) opowiada o młodocianym reżyserze, który przychodzi do przeżywającego kłopoty finansowe producenta, by zaprezentować swój film pod tytułem „Człowiek homar z Marsa”. Film rusza a wraz z nim lawina potwornej durnoty i kiczu, pod postacią historii o rzeczonym homarze, który przybywa na Ziemię, by skraść nasze powietrze, mając do pomocy goryla w hełmie i kosmiczne nietoperze…
Film jest parodią i pewnego rodzaju hołdem złożonym wszelkim filmowym dziwadłom z lat 50 i 60. Mamy więc latający talerz na sznurku, niczym w „Planie 9 z kosmosu”; goryla w hełmie, którego tylko jaskiniowiec mógłby nie skojarzyć z filmem „Robot Monster”; mamy kosmiczne nietoperze, wyjęte niemal z „Devil Bat”; mamy odniesienia do cormanowskich adaptacji Edgara A. Poe, „Poltergeista” Spielberga, „Rodziny Adamsów”, „Draculi” z Belą Lugosim, groszowych filmów noir, z wszędobylskim, gogusiowatym dziennikarzem, filmów o inwazji marsjan, wraz z gotowym do działania, bohaterskim wojskiem i jeszcze wielu, wielu innych, których nie ma większej potrzeby wymieniać.
Podobnie zresztą, jak nie ma sensu wymieniać wszystkich wad tego filmu, dzielącego je razem z innego tego typu produkcjami. Aktorzy mają w sobie na tyle życia, żeby nie pomylić ich z drzewami i nic ponad to; dialogi są koszmarnie sztuczne i tak kwadratowe, że sobie łeb można o kanty pociąć; logika wydarzeń zawyła i uciekła gdzie pieprz rośnie, sens wywiesił karteczkę „wyszłem i nie wrócem” a efekty specjalne są takimi tylko z nazwy, bo wzbudzają histeryczny niemal śmiech. A jeśli doliczyć do tego jeszcze typowe „naukowe” wywody bohaterów, zatrważająca ilość postaci drugoplanowych i statystów, poziom udźwiękowienia… Taaa… chyba wystarczy.
Przyznam szczerze – to najdurniejszy, najbardziej bezsensowny, bezpretensjonalny i zabawny „Zły” film, jaki miałem okazję oglądać. Ubawiłem się setnie, słuchając dialogów i obserwując chodzące klocki drewna, udające aktorów. Z czystym sumieniem mogę wystawić filmowi ocenę 1/10 i z całego serca polecić innym ;]

















































Odpowiedzi
Już pierwsze słowa tej
Już pierwsze słowa tej recenzji zachęciły mnie do obejrzenia filmu, a z czasem było tylko lepiej. Rzeczywiście, może być zabawny :D Przy okazji też miałam przyjemność dowiedzieć się, że jestem jaskiniowcem :P
A sama recenzja? Najlepsza twojego autorstwa jaką czytałam. Cudnie przewrotna.
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Recenzja bardzo
Recenzja bardzo zachęcająca, zarówno jeśli chodzi o jej poziom, jak i treść filmu. Dałam sobie chwilę na oderwanie się od kucia, przeczytałam, i niestety do kucia wracam. Tylko ta emotka na końcu! To nie gadu-gadu ani komentarz... ;p
PS. Ja też jestem jaskiniowcem, ja też ^^
PS2. To może od razu recenzję "Planu 9 z kosmosu" popełnisz...? :D
Emotę na końcu dałem z
Emotę na końcu dałem z premedytacją, choć długo rozważałem, czy warto ;p
A co do recki "Planu 9" to niekus, siło nieczysta ;p Bo jak wam tu zaczne trzaskac recki wszelkiego rodzaju zabójczych krabów, ryjówek i pijawek, a na dodatek wszystkich 28 częsci Godzilli, to mnie błagac bedziecie, żebym przestał ;p
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Tak, tak, TAK!!! :]
Tak, tak, TAK!!! :]
A zdanie co do emoty podtrzymuję, nie stawia się ich w tekstach i tyle, i przypalana żywym ogniem zdania nie zmienię ;p