Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Bo Bóg jest kobietą, a Szatan sie zakochał cz. V

Spojrzałam na mojego synalka z taką miną, że i pomarańcza by pokwaśniała.
- Może mi jeszcze powiesz, że zamierzasz jej to wręczyć?
- E… tak?
Szczerze mówiąc, w tym momencie całkiem uszło ze mnie powietrze. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, gdzie podział się mój syn? Przecież na tą cholerną zagranicę wysłałam zdrowego, normalnego, młodego faceta, z owłosieniem w granicach rozsądku, nieco pustą łepetyną i w ludzkich ciuchach! Tymczasem teraz mam w domu trzydrzwiową szafę w czarnym kolorze, z cegłami w butach i kozą z piekła rodem! Czy ja gdzieś rzeczywiście popełniłam błąd wychowawczy? Może to wina tych jego gier komputerowych? Albo heavy metalu? A może to ta jego panna tak go zmieniła?
- Mogę już iść do siebie?
- Nie! Nigdzie nie pójdziesz, dopóki mi nie opowiesz o tej swojej Emesie! – krzyknęłam i zatarasowałam drzwi, żeby nigdzie mi Michaś ni uciekł. Co prawda, gdyby chciał mógłby mnie przesunąć tak jak się stojak na płaszcze przesuwa, ale przecież nie będzie przemocy bezpośredniej na matce używał. Prawda?
- Ale mamo…
- Żadne ale! Skoro mi tu już swoje sam… e, dziewczyny przyprowadzasz, chce choć w zarysie wiedzieć, z kim się mój syn prowadza!
Michał westchnął ciężko, położył mroczne koźle na ziemi i siadłszy na kanapie, podrapał się po głowie.
- No więc Emesa jest… ładna, nawet bardzo. Inteligentna, ma dobry gust, umie nieźle gotować, świetnie śpiewa no i ten… wysportowana jest. Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz?
Cóż… minę musiałam mieć naprawdę wspaniałą. No ale co poradzić, że obraz Zygfrydowej dziewczyny w zupełności nie przystawał mi do obrazu Zygfryda samego. A w to, że miłość jest ślepa i wszelkie niedogodności zamaskuje uczuciem nie wierzę od dawna. W każdym razie uspokoiłam się trochę. Miała przynajmniej jako taką pewność, że syn mi tutaj żadnego sukkuba nie przyniesie…
Nagle ze swojego pokoju wychynęła Marta, ubrana dość po ludzku (czytaj: czarne jeansy i koszulka w typie Michałowach bohomazów), ciągnąca wielgachną walizę, niemal tak wielką jak ona.
- A gdzie to ty się niby z tym wybierasz?
- No jak to gdzie? Na festiwal.
- A czy on przypadkiem nie zaczyna się za dwa dni?
- Mamo, on jest na drugim końcu Polski. Przy stanie polskich kolei, dotrę tam akurat na czas.
Słuszna uwaga. W sumie zapomniałam już, jak to jest podróżować za pomocą konwencjonalnych środków transportu. Ot, blaski bycia czarownicą.
- Dobrze, dobrze, ale zostaw tę walizę, bo prędzej ona cię poniesie, niż ty ją. A ty zamiast siedzieć, byś pomógł siostrze. Niech się te twoje buły na coś przydadzą!
Michaś co prawda na początku krzywił się nieco, ale braterska miłość wreszcie zwyciężyła. W końcu, co to jest te dwa kilometry i czterdzieści kilo dla takiego osiłka?

***
Ranek dnia następnego był dość… bolesny. Tak dla mojego ciała, jak i dla mojej pamięci. Nie wiem, czy to Michał wpadł na pomysł popijawy, czy ja. A może po prostu zaczęlismy sprzątać i jakoś wyszło? Cholera wie... Ogólnie to pamiętałam dość dobrze to, co się działo mniej więcej do szóstej butelki whisky. Potem było już tylko ćwierkanie ptaków, głośniejsze niż start jubmo jeta… Jakimś cudem zwlekłam się z łóżka i ruszyłam na chwiejny obchód. Już u wejścia do salonu potknęłam się o gitarę Michała. Pamiętam, że rzucałam się po pokoju w rytm tych jego diabelskich porykiwań, a potem sama chwyciłam za wiosło i katowałam sąsiadów dźwiękami gorszymi, niż harowanie paznokciami po tablicy. Pytanie tylko, czy policja naprawdę przyjechała, czy tylko mi się śniło…
W każdym razie, dalej było jeszcze ciekawiej. Moja kolekcja płyt z muzyką klasyczną leżała rozwalona na ziemi, obok muzyki mojego wikinga. Nie ma to jak zabawy w „Jaka to melodia”. No to teraz 2B, po trzech nutkach! Ha, nie trafiłeś! Trzy kolejki chlejesz, ino roz! Poskładałam je na kupkę, żebym przypadkiem ich nie połamała, wracając. Wystarczy mi, że rozbiłam jeden ze swoich ulubionych wazonów. Ale z drugiej strony, sama jestem sobie winna, skoro umyśliło mi się używać go do picia. O, i jeszcze moje stringi, całe siedem par. Cholera… co ja właściwie z nimi robiłam?
Potarłam lekko głowę i weszłam do kuchni, czego zaraz pożałowałam, bo widok bałaganu mocno wzmógł kaca. W każdym razie w lodówce nie było nic, nawet spleśniałego sera czy starej szynki. Wszystko zostało wymiecione. Nie wiem, czy to był mój pomysł, czy Zygfryda, żeby zrobić mega – giga sałatkę ze wszystkiego, począwszy od szynki i łososia, kończąc na twarogu. Biorąc pod uwagę stertę brudnych naczyń, wczorajsza kolacja nie wydawała się tak obrzydliwym pomysłem. Na dodatek, nie było kawy – ani rozpuszczalnej, ani co gorsza parzonej. Cholera...
Oczywiście mogłabym użyć zaklęcia na wytrzeźwienie, ale po pierwsze – jak na złość – było dość skomplikowane, a po drugie byłam w na tyle złej kondycji umysłowej, że mogłabym przy okazji zamienić piekarnik w bazyliszka.
- Cześć matula. Coś mama niewyraźna dzisiaj. – usłyszałam nagle za plecami. Jak na złość, Michaś zdawał się być w znakomitej formie: uśmiechnięty, wykąpany, co prawda w samych bokserkach, ale po wczorajszej pijatyce nie było ani śladu.
- Nie za wcześnie dzisiaj wstałeś? – zapytałam w zasadzie z czystej zazdrości, bo niestety ja miałam wrażenie, że wstałam przynajmniej o dwa dni za wcześnie.
- Nie… starałem się wczoraj ograniczać z piciem.
- Dziesięć butelek – ładne ograniczenie…
- Poza tym, musze mieć siły do pracy! – Zygfryd uśmiechnął się perliście – W końcu za dwa dni ma przyjechać Emesa.
- A właśnie, dobrze że sobie przypomniałam… ten durny… e, listonosz, mówił że twoja luba ma przyjechać za dwa dni.
- A kiedy był ten… listonosz?
- O ile się nie mylę… to przedwczoraj.
Doprawdy, wstydzę się tego, ale po prostu nie mogłam powstrzymać śmiechu na widok twarzy Michała, która w jednej chwili stała się kredowo biała. Spojrzał na mnie jak na jakiegoś upiora, po czym skoczył jak rącza łania do salonu i zaczął w amoku sprzątać pomieszczenie, co w gruncie rzeczy ograniczało się do wrzucenia wszystkiego, co niepotrzebne do pokoju Marty, tudzież upchaniu w kanapie czy pod fotelem.
- Mama, ja tu trochę posprzątam, a ty weź kuchnię załatw! – usłyszałam nagle i o mało co łeb mi nie spuchł od hałasu. Spojrzałam na górę śmieci, po czym wypowiedziałam krótką formułkę czyszczącą. Tyle że coś chyba pomyliłam, bo naczynia zamiast się umyć i powędrować do szafek, zaczęły nagle się łączyć w wielkiego, zastawowego potwora, z zębami z widelców i nożami zamiast pazurów. Wypowiedziałam formułkę raz jeszcze, tym razem jednak wszystkie talerze zamieniły się w puszyste króliczki. Zaklęłam szpetnie. Trzykrotnie jeszcze wymawiałam durne zaklęcie, zanim naczynia w końcu łaskawie się umyły.
Ktoś zadzwonił do drzwi.
- Nie przerywaj, otworzę. – powiedziałam do Michała, mocującego się z dywanem, idąc korytarzem. Bo i któż mógł – poza sąsiadami, policją i nadzorcą budynku – przychodzić w tak piękny i pijany poranek?
Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast grubego pana Czesława, zobaczyłam za drzwiami wyjątkowej urody dziewczę. Jasna skóra, długie, czarne włosy, dobra figura, pełny biust, dodatkowo opakowany we wcale ładny gorsecik (aż sama nabrałam ochoty na taki łaszek) i długie, zgrabne nogi. Serio, gdybym była facetem, prawdopodobnie padłabym na kolana. Ale że byłam babą i pijaną czarownicą, z ust wyrwało mi się po prostu:
- Słucham?
- Ja do Michała.
Zygfryd momentalnie pojawił się za moimi plecami, z twarzą jeszcze zabawniejszą, niż przed momentem, choć przyznam z dumą, tym razem się nie śmiałam. Do śmiechu nie było też owej pannie, bo na widok Michasia lekko się skrzywiła.
- Urządzasz sobie małe łowy beze mnie?
Michał zaczął coś tam bąkać, a ja dłuższą chwilę zastanawiałam się, co też ona może mieć na myśli i dopiero po pewnym czasie skontaktowałam, jak my właściwie wyglądamy: Michał, zarośnięty gorzej niż amazońska puszcza i w samych gaciach, a ja rozespana, bez stanika, w krótkiej koszulce i koronkowych majtkach. W sumie skojarzenia jak najbardziej na miejscu.
- Witam, Veronika Biesowska, jestem matką tego tam wikinga. – wyciągnęłam rękę przed siebie, aby ratować nieco sytuację, bo na Zygfryda raczej nie można było liczyć. – Z kim przyjemność?
- Emesa Serafin, narzeczona tego tam wikinga. – odpowiedziała uśmiechnięta i rzuciła się w ramiona Michała, zwinnie wymijając mnie w przejściu. W sumie… nie wygląda źle. Może coś z tego będzie. Tylko jak to ona powiedziała… narzeczona?

Odpowiedzi

portret użytkownika Vivaldi

No, kolejny kawałek gotowy.

No, kolejny kawałek gotowy. Teraz decydować, kto ciągnie to dalej...

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi