Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Der Lustmorder

Serii "Płaszcz nieboszczyka" część VIII

Ciało skrzypiało cicho na szubienicy. Zawieszone niemal pięć metrów nad ziemią, huśtało się lekko przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru. Lustmord przypatrywał się trupowi, który musiał wisieć tu przynajmniej od kilku dni. Worek, jaki zarzucono mu na głowę uniemożliwiał rozpoznanie osoby, ale dało się zauważyć, że wisielec był kobietą. Gdzieniegdzie zresztą spod zniszczonego ubrania prześwitywały kobiece kształty. W końcu, po dłuższej chwili, Victor odsunął się od szubienicy i skierował się do saloonu.
Gdy tylko otworzył drzwi, wszyscy goście zwrócili wzrok w jego stronę. Jego uwadze nie uszedł niepokój, jaki zapanował w lokalu. Co prawda pianista katował swój instrument, śpiewaczka próbowała wyglądać ponętnie a barman co i rusz nalewał komuś whisky, ale wszystko to było tylko pozorem. Tak naprawdę każdy obserwował dziwnego człowieka, z twarzą owinięta czarnym materiałem, który nagle pojawił się nie wiadomo skąd i w jakim celu.
Podszedł do baru i oparł dłonie o ladę. Właściciel saloonu – podstarzały, niski człowieczek w drucianych okularach i skrzekliwym głosie – spojrzał z przestrachem na wysokiego mężczyznę.
- Witam, witam! – Uśmiechem próbował zatuszować fakt, że kolana uginały mu się ze strachu. – Co podać szanownemu panu? Nieczęsto widujemy tutaj gości! Pan zapewne ze wschodu?
- Jak długo wisi? – zapytał Lustmord, nie zważając na usłużny ton staruszka.
Okularnik w jednej chwili zbladł; większość przebywających w barze wstała z miejsc, nie spuszczając oka z przybysza, jednak nikt nie zdecydował się podejść bliżej. Wszyscy czekali.
- S-słucham?
- Pytam, jak długo wisi. – Victor chwycił mężczyznę za koszulę i podniósł do góry. – Kto ją powiesił?
W saloonie zapanowała kompletna cisza, którą przerywało tylko sapanie niskiego barmana, które w pewnej chwili przeszło w rozpaczliwe kwiczenie. Człowieczek wił się niczym węgorz, starając się wyswobodzić z uchwytu, ten jednak nie zelżał nawet na moment. Gdyby nie fakt, że staruszek wyglądał, jakby miał zaraz umrzeć ze strachu, można by powiedzieć, że wszystko to wyglądało wręcz komicznie. Jednak nikt się nie śmiał.
- Starczy już tego. – Powiedział nagle jakiś mężczyzna; wysoki i wątłej postury, z ciałem osłabionym przez wiek, wzrok miał jednak hardy. Na piersi lśniła nieśmiało srebrna gwiazda. – Nazywam się Nick Rogers i jestem tu szeryfem. Zostaw Geeksa, a w zamian… odpowiem na twoje pytania.
Lustmord przez chwilę trwał bez ruchu, po czym puścił staruszka. Ten zaś, trzęsąc się ze przerażenia, upadł za ladę i przez dłuższy czas się nie podnosił.
- A teraz mów. – Victor zwrócił się w stronę szeryfa. – Kto ją powiesił?
Roger spojrzał na ludzi zgromadzonych w barze. Większość z nich zrozumiała ten wzrok: mężczyźni kiwnęli głowami i wyszli. W środku został tylko Lustmord, Nick i jeszcze barczystych młodziaków.
- Jakieś trzy lata temu pojawił się tu człowiek. – Zaczął szeryf, łyknąwszy whisky. – Nikt go nie znał. Szukał farmy do kupienia, najlepiej na obrzeżach miasta. Oczywiście nie było nikogo, kto by mu ją sprzedał, więc się wyniósł. Przez następne dwa lata ginęły nam krowy, psy i konie, ale nikt nie widział w tym nic szczególnego – złodziei ci u nas dostatek. Wyszliśmy z przekonania, że po prostu stali się bardziej uciążliwi. Nawet właściciele nie przywiązywali do tego dużej wagi. Kiedy jednak zginęły córki Jonsonów, zaczęliśmy poszukiwania. Kilku naszych pojechało na wschód, do doliny, ale powrócił tylko jeden, Hooper. Miał niemal odrąbaną rękę i bredził coś o ludzkich monstrach w dolinie. Nikt więcej nawet nie odważył się pojechać w jej pobliże…
- Do rzeczy…
- Trzy tygodnie temu pojawiła się ta kobieta. Twierdziła, że jest łowcą nagród i przyjechała w poszukiwaniu tego człowieka sprzed trzech lat. Posiedziała tutaj tydzień, zrobiła zapasy i pojechała w dolinę…
- Co się stało?
- Przyszli tutaj. Na Boga, to nie mogli być ludzie… mieli oczy jak trupy, ruchy też nienaturalne. I byli piekielnie silni. Przynieśli ją tutaj z workiem na głowie i powiesili. Większości mężczyzn nie było akurat w miasteczku, bo zajmowali się bydłem. Ale nasz duchowny, Abraham, był wstrząśnięty. Podobno traktowali ciało jak worek z kamieniami…
Zakazali jej odcinać. Ostrzegali, że jeśli ktoś to zrobi, zginie.
- I nie odcięliście jej?
- Pastor próbował. Wziął nawet nożyce by przeciąć sznur. I wtedy przyjechali, nie wiadomo nawet kiedy. Po prostu nagle wyrośli w samym centrum miasteczka. Wpakowali w Abrahama dziesięć kul, a gdy moi zastępcy próbowali ich powstrzymać, oni również zginęli. Potem powtórzyli ostrzeżenie i odjechali. Dzisiaj będzie dziesiąty dzień, odkąd ją powiesili…
Lustmord wpatrywał się w szeryfa, lecz nie mówił nic. Kiedy wreszcie pewnym było, że Rogers nie ma nic więcej do powiedzenia, ruszył w kierunku wyjścia. Nikt nie próbował go zatrzymywać ani mu pomagać – dla wszystkich jasnym było, co zamierza zrobić. I co go spotka…
Czuł na sobie wzrok mieszkańców, gdy podchodził do szubienicy. Widział sylwetki kobiet, stojących w oknach. Całe miasto zamarło w bezruchu, obserwując przybysza, który na własne życzenie pcha się śmierci w objęcia. Lustmord zaś wyciągnął zza pasa krótki nóż i przeciął sznur i powoli opuścił trupa na ziemię. Obejrzał ciało. Kobieta była potwornie katowana, trudno nawet stwierdzić, czy umarła wcześniej, czy dopiero na szubienicy. Zwrócił się w stronę wschodniego wjazdu do miasta. Trzeba tylko poczekać...

Tak jak mówił Rogers – pojawili się nagle; trzy ciemne sylwetki wyłoniły się zza kościoła i kierowały w stronę Victora. Wysocy, ubrani na czarno, nienaturalnie wyprostowani szli sztywnym krokiem, prawą dłoń trzymając na rewolwerach. Nie próbowali go okrążyć, wciągnąć w pułapkę czy sprowokować do strzelaniny; po prostu szli, nie przejmując się niczym, napawając się strachem, jaki wzbudzają u mieszkańców.
Stanęli kilkanaście metrów przed Victorem. Wpatrywali się niego nieobecnym, trupim wzrokiem.
- Ty ją odciąłeś? – Zapytał jeden z bandytów, brodacz; miał dziwny, charczący głos. – Zabroniliśmy komukolwiek tego robić…
Lustmord w odpowiedzi sięgnął po broń. Trzech mężczyzn nie zdążyło zareagować, kiedy lufa colta wypluła z siebie sześć kul. Pierwszy z bandytów padł, kiedy pociski dosięgły jego klatki piersiowej, niemal rozrywając go na dwie część. Kolejny miał jeszcze mniej szczęścia – wystrzał dosłownie zmiótł jego głowę z szyi, a drugi pocisk, wycelowany w serce, dopełnił sprawy. Ostatni jednak, ów brodacz, który przemawiał, nie zamierzał wcale ginąć. Jego ramię leżało odstrzelone na ziemi, barwiąc piach na czerwono, flaki wylewały się powoli z poszarpanego brzucha, a mimo to nie upadł. Zamiast tego, w komiczny niemal sposób próbował sięgnąć lewą ręką po broń, co w żaden sposób mu się nie udawało. Lustmord spokojnie przeładował colta, podszedł do mężczyzny, przystawił lufę do piersi i wystrzelił. Tym razem już nie trzeba było poprawiać…
Po chwili plac zapełnił się ludźmi. Wszyscy – starzy, młodzi, mężczyźni i kobiety – wyszli na ulice, żeby zobaczyć śmierć przerażających oprawców. Niektórzy ostrożnie przyglądali się ciałom, inni zaś rzucali w nie kamieniami. Kilka kobiet, zwłaszcza starszych, modliło się cicho, podczas gdy inne ze strachem spoglądały na Victora. Ktoś zaśmiał się głośno, by za chwilę zostać uciszonym. Każdy mieszkaniec reagował na to zwycięstwo na swój sposób.
Lustmord zdawał się nie zauważać całej tej wrzawy. Podszedł do ciała i podniósł je z ziemi. Tuż przed nim wyrósł szeryf i ruszyli w stronę kościoła.
- Wiedziałeś, że nie umrą tak łatwo. – Zapytał Victor, przeciskając się przez tłum. – Czemu nie powiedziałeś?
- A uwierzyłbyś? – Rogers szedł tuż za rewolwerowcem. – W trzech odpornych na kule kowbojów?
- Nie. Nie uwierzyłbym…
Podeszli we dwóch do zakładu pogrzebowego. Grabarza nie było – jak inni, świętował zwycięstwo nad bandytami, więc Victor położył ciało na stole i zakrył je obrusem, zdjąwszy przedtem worek z głowy kobiety.
- Każ grabarzowi ją pochować. W trumnie. Z nabożeństwem.
- A ty? Co zamierzasz zrobić?
- Iść na wschód.

***

Niecałe sześć mil od miasteczka znajdowała się niewielka dolinka, którą zwykło się nazywać Doliną Kaczek. Kiedyś było tam niewielkie jezioro, przy którym zawsze można było spotkać stadko owych ptaków. Dzieci zazwyczaj rzucały w nie kamieniami lub podkradały jaja z gniazd ukrytych w tataraku. Wokół rozciągał się las, pełen niewielkich grot, które służyły niekiedy za spiżarnie. No chyba, że ktoś miał pecha i jego wybraną jaskinię niedźwiedź upatrzył sobie na legowisko…
Teraz po lesie i jeziorze nie było niemal śladu. Ten pierwszy został w większości wykarczowany i służył za pastwisko, to drugie zaś zostało częściowo zasypane i tylko niewielka sadzawka wskazywała, gdzie jeszcze niedawno kaczki lubiły sobie urządzać lęgowiska.
Dom znalazł ukryty w pozostałej jeszcze, nie wyciętej części lasu. Nie był duży, ale dobrze zamaskowany – drzewa nie pozwalały go dojrzeć, dopóki nie weszło się w knieje. Na dodatek był ogrodzony mocnym, żelaznym parkanem. Zagadką pozostawał sposób, w jaki właściciel zdołał zbudować tego typu budynek, bez wzbudzania niczyich podejrzeń…
Lustmord nie zamierzał bawić się w dywagacje czy podchody. Po prostu skierował się ku bramie, nie zważając na strzegących ją strażników. Ci jednak, wbrew oczekiwaniom, nie zrobili nic. Victor bez żadnego problemu wszedł na teren posiadłości i do budynku. Tam także znajdowało się kilku ludzi, jednak i oni nie uczynili nic, by go zatrzymać. Po prostu stali w miejscu z bronią przy ramieniu. Obszedł cały dom – nie było w nim nic szczególnie podejrzanego. Kuchnia, mała biblioteczka, salon – wszystko wyglądało jak w zwyczajnym, wiejskim domku, należącym do jakiegoś średniozamożnego przemysłowca. Kiedy już miał wychodzić, jeden z milczących dotąd kowbojów obrócił się w kierunku Lustmord, skinął na niego i wskazał na dywanik, leżący w salonie.
Tuż pod nim znajdowało się zejście do piwnicy.
Na dole było bardzo jasno. Buczący głośno akumulator pompował energię do lamp, oświetlających sporej wielkości salę. Cała była zastawiona wszelkiego rodzaju sprzętem i maszynami, począwszy od zwykłych urządzeń obliczeniowych, kończąc na czymś, co przypominało ogromne słoje, z zanurzonymi wewnątrz dziećmi, lub czymś, co na dzieci wyglądało. Na środku zaś sali stał ciężki, blaszany stół. Leżał na nim trup mężczyzny, wokół którego uwijał się wysoki i szczupły lekarz w ubraniu poplamionym krwią. Wyglądało na to, że doktor instalował właśnie w klatce piersiowej mężczyzny coś na kształt pompy. Tuż obok, na przesuwanym stoliczku, leżał wycięty mózg, resztki narządów wewnętrznych i kilka metalowych prętów, podłączonych do niewielkich silniczków tłokowych.
- Czekałem na ciebie. – Powiedział nagle lekarz, nie przerywając pracy. – Cieszę się, że przyszedłeś w końcu. Choć szkoda, że zniszczyłeś moich chłopców…
Victor nie odpowiedział. Mężczyzna jeszcze trochę podłubał w trupie, po czym zdjął maskę, przebrał się stanął naprzeciwko rewolwerowca. Był dość młody – z pewnością nie skończył jeszcze trzydziestu lat – miał krótkie, czarne włosy, orli nos, długie ramiona i wąskie oczy. Uśmiech niemal nie schodził mu z ust.
- No, wreszcie skończyłem. – Rzekł uradowany. – Teraz będziemy mogli porozmawiać!
- Porozmawiać?
- Oczywiście! Obserwowałem cię bacznie przez te wszystkie lata. Doskonale sobie radziłeś! Wiedziałem, że pewnego dnia wrócisz do domu, choć nie sądziłem, że akurat w takich okolicznościach…
- Do domu? – Victor spojrzał na lekarza. – Jakiego domu?
- Twojego domu rzecz jasna! Oczywiście nie mam na myśli tego konkretnego domu i piwnicy! Niestety, poprzednią pracownię pochłonęły płomienie… Ale mimo wszystko to laboratorium, to zbiorowisko maszyn i obiektów doświadczalnych jest twoim domem, mój przyjacielu! Twój – rzec by można – ojciec i ja… niech to diabli, nawet się nie przedstawiłem, gdzie moje maniery… Nazywam się Christoper Jaspers, byłem starszym asystentem twojego ojca, Emila Mabuse. Doprawdy, gdyby tylko mógł cię teraz zobaczyć…
- Mojego ojca? O czym ty mówisz?
Lekarz wcale nie wydawał się zdziwiony tym pytaniem. Uśmiechnął się i podszedł do szafy, szukając czegoś zawzięcie.
- No tak, niestety… widzę, że proces wybudzania był zbyt gwałtowny i wszelki zapis pierwszych chwil twojego życia został zniszczony. Wielka szkoda, mogło być to pomocne… W każdym razie doktor Mabuse był czymś na kształt Boga. Przynajmniej dla mnie. Wielki umysł. Prawdziwy wizjoner i wynalazca. Gdyby nie ograniczony rząd, mógłby zostać naprawdę sławnym i bogatym człowiekiem! Niestety, większość ludzi z którymi się zetknął uznała go za szaleńca! Głupcy! Tylko dlatego, że nie potrafili zrozumieć jego dążeń, skazali go na wygnanie i zapomnienie, na duszenie się w niewielkich laboratoriach i pokątne eksperymenty, w czasie gdy nasz rząd korzystał z jego projektów i w tajemnicy przed ludźmi prowadził eksperymenty, choćby z falami radiowymi i maszynami obliczeniowymi… Ale on miał rację! I ty jesteś tego najlepszym dowodem. Jego dzieło, początek nowej ery mechanizacji. Człowiek skonstruował człowieka!
- Skonstruował mnie? – Lustmord niewiele rozumiał z tego, co mówił Jaspers. Nie ulegało jednak wątpliwości, że znał przeszłość Victora i sposób, w jaki stał się tym, czym jest. – Po tym jak umarłem?
- Nie, nie, nie… Ty nie umarłeś. Skonstruowanie mechanicznej lalki jak ci na górze nie było dla Mabuse żadnym wyzwaniem. On chciał stworzyć istotę od podstaw. Szczerze mówiąc, ty właściwie nigdy nie żyłeś. – Lekarz wyciągnął z szafy spory notatnik. – Tutaj jest wszystko: przemyślenia Emila, jego tezy i obserwacje z doświadczeń. Prawdą jest, że bardzo o ciebie dbał. Sprawdzał setki razy każdy element twojego stalowego ciała. Nie chciał żeby zniszczył cię byle wybuch.
- Milcz! – Victor wyciągnął broń z kabury i wycelował w lekarza; w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiało coś na kształt złości. – Ja żyłem. Miałem życie. Rodzinę. Ja pamiętam… pamiętam…
Sięgnął po niewielki łańcuszek wiszący na jego szyi i otworzył go. Spojrzał na znajdujące się tam fotografie. Jaspers na ten widok tylko się uśmiechnął, nie zważając na lufę colta znajdującą się na linii jego oczu.
- Ach tak, ten medalik… pamiętam jak doktor go przyniósł. To był jakby prezent, wiesz? Mabuse był zdania, że człowiek, którego tworzy, nie może być tworem pozbawionym czegoś takiego jak umysł czy myśli. Dlatego też zaimplementował ci wspomnienia kilku osób. Zobaczymy… - Jaspers otworzył notatnik. – Emily Jones, zastrzelona w czasie napadu na bank w jakiejś dziurze na zachodzie; Buster Holm, do którego należy ten medalik, farmer z południa; Walter McCalt, zabity przez wynajętych zbirów, bo nie chciał sprzedać ziemi… no i Victor Collins, weteran wojny, zabity w barowej bójce… Przyznam szczerze, że obaj byliśmy zaskoczeni twoją krucjatą. Doprawdy, nie spodziewaliśmy się, że te wspomnienia wyzwolą taką chęć zemsty, ale z drugiej strony… wszyscy oni chyba zasłużyli na swój los, co? Choć, jak widzę, pamięć zaczyna szwankować…
Medalik wypadł z reki Victora i z brzękiem uderzył o ziemię. Cudze wspomnienia? Czyli że ta vendetta, przez cały ten czas… mścił się za czyjeś życie? Więc wszystkie te lata to była po prostu bezsensowna, krwawa łaźnia bez żadnego celu? Zemsta… więc nie było nikogo, by przelać zań krew? Tylko dla mirażu, zwykłego, blaknącego wspomnienia?
- Jak… co on… ze mnie zrobił?
- Cóż… rudno powiedzieć, czym jesteś. Najprościej rzecz ujmując, jesteś człowiekiem zintegrowanym z zewnętrzną, stalową powłoką, ale to krzywdzące uproszczenie. Nie przejawiasz ludzkich odruchów, nie wykazujesz funkcji życiowych i jesteś w stanie wytrzymać w otoczeniu zabójczym dla każdego człowieka. Jesteś po prostu niemal niezniszczalną maszyną śmierci… Tak… doktor Emil stworzył coś wspaniałego… Gdyby tylko zostawił jakiś ślad w notatkach dotyczących ciebie, opis technologii, plan operacji, cokolwiek! – oczy Jaspera zalśniły obłąkańczym blaskiem; nerwowo zaczął przebierać palcami po notatniku. – Choć małą wskazówkę, poradę, od czego zacząć! Ale nie ma nic! Bez tego mogę tworzyć tylko trutnie, mechaniczne trupy! Ale spójrz, spójrz! Tam, w tych słojach! To są moje nowe dzieci! Rodzą się od początku, od samego początku! Gdy tylko poznam sekret tego starego durnia, twój sekret, je także zakuję w zbroje i uczynię niezniszczalnymi! Ale aby tego dokonać, będziesz niestety musiał zostać rozebrany na części. Zajrzę do twojego wnętrza i poznam tajemnicę twojego ciała!
W tej samej chwili za plecami Lustmord pojawiło się dwóch strażników, którzy bezszelestnie zeszli do piwnicy. Wytrącili mu broń z ręki i wykręcili ramiona w tył. Victor nie czuł bólu. Nic właściwie nie czuł. Jedenaście lat… szmat czasu. Dla niektórych kawał życia. Dla innych niemal całe. Dekada zmarnowana na poszukiwania. Tylko czego? Faktu, że nie jest człowiekiem? Że nigdy nim nie był? Że nie posiada nawet czegoś tak błahego, jak własne wspomnienia? Spróbował przypomnieć sobie cokolwiek z owych jedenastu lat krucjaty. Jakiekolwiek miasto, choćby jedną twarz…
Coś pękło, nagle otworzyły się nowe drzwi…
- A ta dziewczyna? – zapytał, podnosząc głowę na tyle, na ile pozwalali jego oprawcy. – Czemu ją zabiłeś?
- Ona? Węszyła tam, gdzie nie powinna. Nie zdołałaby mnie powstrzymać, o nie! Ale ja nie lubię, jak ktoś mi przeszkadza. A zwłaszcza takie wszędobylskie, ciekawskie dziwki! Wiesz, że głośno wrzeszczała, gdy moje kukiełki uczyły ją zasad kultury? Kazałem ją powiesić, żeby nikt tutaj już nie przychodził… Bo przecież mogła sprowadzić tu innych, prawda? Prawda?
- Prawda.
Nagle Lustmord szarpnął ramieniem. Zainstalowany tam granatnik szczeknął i jeden z krepujących Victora strażników eksplodował. Jego szczątki – niczym pocisk z kartacza – zrosił metalowymi odłamkami pobliskie maszyny, niszcząc kilka z nich. Drugi mechaniczny służalec próbował wyrwać ramię swojemu więźniowi, jednak nie zdążył – stalowa dłoń Lustmord wbiła się w klatkę piersiową i wyrwała urządzenie napędzające trupa. Jaspers, zszokowany nieoczekiwaną zmianą sytuacji, upadł na podłogę i z dołu spoglądał na niedoszły obiekt swoich badań.
- Gratulacje doktorze. – Powiedział Victor, sięgając po broń. – Właśnie dałeś mi nowy cel…

***

Mieszkańcy Kilmarock spoglądali na dym majaczący na horyzoncie. Dla wszystkich było jasnym, że wydobywał się gdzieś z Doliny Kaczek, nikt nie był jednak skory do tego, aby sprawdzić, co się stało. Czarnemu obłokowi przyglądali się także szeryf Rogers i Greg Hill – właściciel miejscowego zakładu pogrzebowego.
- Sądzisz, że to jego sprawka? – zapytał grabarz, ocierając pot z czoła. – Możemy mieć kłopoty…
- Nie sądzę, żeby ten człowiek tak łatwo dał się załatwić. Zresztą, od kiedy odszedł, żaden z tych oprychów się nie pojawił.
- Niby tak…
- Powiedz lepiej, co z tą dziewczyną?
- Oczyściłem ciało, a moja Sally zgodziła się użyczyć jej sukienki… wiesz, w końcu ostatnia posługa, a nie godzi się grzebać… w takim stanie. – mężczyzna podrapał się po łysej głowie - Szkoda… to była bardzo piękna dziewczyna. Ale będę jeszcze potrzebował jej imienia na nagrobek. Znasz je?
Nick bez słowa wyciągnął z kieszeni niewielki woreczek. Przybysz dał mu go, zanim odszedł i kazał przekazać go grabarzowi przed pogrzebem. Szeryf otworzył sakiewkę: w środku znajdowało się kilkanaście złotych samorodków – zapewne zapłata na pochówek. – i niewielka karteczka. Rozwinął ją.
- Victoria Lustmord. – przeczytał powoli i podał świstek Gregowi. – Tak się nazywa.
- Dobrze, zaraz się tym zajmę. – Hill schował karteczkę do kieszeni i ruszył w stronę swojego zakładu. – Eh, taka piękna dziewczyna…

Odpowiedzi

portret użytkownika Vivaldi

Alleluja. Wreszcie, po wielu

Alleluja.

Wreszcie, po wielu próbach, perturbacjach i problemach, ostatnia część opowieści o Lustmordzie (a przynajmniej mam taka nadzieję).
Pierwsza seria, którą udało mi sie skończyć. Ale jestem z siebie dumny.
To wielki cholernie wielki krok dla mnie. Dla ludzkości niekoniecznie.

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika tess

Bra-wo Vi-vu, bra-wo Vi-vu!

Bra-wo Vi-vu, bra-wo Vi-vu! < skanduje ludzkość >

--
bezczelna i ruda

portret użytkownika Lorelay

A mi smutno... Baaardzo

A mi smutno... Baaardzo smutno, bo ja ten cykl strasznie lubiłam. Ale cóż... wszystko co dobre kiedyś się kończy.
A to zakończenie zostało poprowadzone w zdecydowanie bardzo dobrym stylu. Gdyby nie coś innego, co kiedyś czytałam (spoilera nie będzie :P), zaskoczyłoby mnie bardzo. Nawet w tej chwili trochę mną potrząsnęło.

Na uwagi techniczne dzisiaj wyjątkowo nie mam kompletnie siły. Jedyne co mi się rzuciło w oczy tak jawnie to:

"W środku został tylko Lustmord, Nick i jeszcze barczystych młodziaków." - nie rozumiem tego zdania. Coś z nim jest nie tak, tylko nie bardzo wiem, jak miało brzmieć w wersji prawidłowej.

"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika tess

Może: "W środku zostali

Może: "W środku zostali tylko Lustmord, Nick i jeszcze kilku barczystych młodziaków"?

--
bezczelna i ruda

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi