Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Nie ma chwały bez cierpienia cz. IV

Zamierzenia Vincenta wymagały zaciągnięcia języka wśród łachudrów z miasta. Kosztowało go to co prawda kilka sztuk złota, kilkanaście wybitych zębów i jednego trupa, ale cała sprawa warta była zachodu.
Zgodnie z tym co mówił kowal, wpływy w mieście były podzielone między dwa konkurujące ze sobą kartele, przy czym każdy z nich skupiał się na nieco innej działalności. Bonholt, zwany też „Mrówą”, kontrolował większą cześć miasta, głównie dzielnice biedy, slumsy i ośrodek rzemieślniczy. Choć pochodził z Gerontio, tu zaczynał i rósł w siłę, nie cieszył się zbytnim szacunkiem; jego ludzie byli zbieraniną wszelkiej maści szumowin, ścierw, złodziei, gwałcicieli i morderców, rekrutowanych głównie wśród biedoty. Kiepsko uzbrojeni, zupełnie nieprzeszkoleni, pozbawieni wyobraźni i odpowiedniego dowódcy, nadrabiali to liczebnością i bezsensownym okrucieństwem. Gang „Mrówy” zajmował się głównie drobnym przemytem, kradzieżami, morderstwami i porwaniami dla okupu. No i oczywiście zapewniał dostęp do tanich, ulicznych dziwek, czemu zresztą w dużej mierze zawdzięcza małe zainteresowanie straży jego osobą. Ogólnie uważa się go za idiotę, szaleńca i degenerata, ale nikomu nie przyszło jeszcze do głowy powiedzieć tego, mając przed sobą jego siepaczy.
Przywódca drugiego kartelu był Leonardo de la Montegna, zwany przez wszystkich po prostu Leo. Mauretańczyk, arystokrata zamieniony w niewolnika, któremu jednak udało się zrzucić kajdany i z dobrym skutkiem założyć je innym. Całkowite przeciwieństwo Bonholta: wykształcony, sprytny i doświadczony, dobry zarządca i taktyk; w kilka miesięcy po przybyciu do miasta udało mu się zdobyć niemal jedna trzecią terenu i mocno przetrzebić członków bandy „Mrówy”. Mówi się, że Leo jest tylko jednym z poruczników jakiegoś większego przywódcy, ale daj Boże mieć takiego podwładnego! Zajmuje się organizowaniem nielegalnych walk, salonów gry w kości i piwnic, w których produkuje się nieopodatkowane wina; zdarza mu się handlować bronią i prowadzić ekskluzywne domy rozpusty, a z każdego przedsięwzięcia jest w stanie wyciągnąć maksimum zysków, podczas gdy istnienia większości z nich zarządcy miasta nawet się nie domyślają. Mówi się nawet, choć to niepotwierdzone w żaden sposób, że jego wpływy sięgają nawet sąsiednich grodów, że Leo organizuje olbrzymie transporty zakazanych ziół i specyfików z zachodu, i gdyby tylko chciał, mógłby zmieść Bonholta z powierzchni ziemi. Ale to tylko plotki…
W każdym razie, spośród tych dwóch grup, to właśnie Mauretańczyk wydawał się bezpieczniejszy, i to właśnie do niego kroki skierował Vincent.

Siedziba Leo nie sprawiała zbyt pozytywnego wrażenia: wysokie, żelazne ogrodzenie, niewiele zieleni, nagie, kamienne ściany. Można jednak było iść o zakład, że rezydencja ta (gdyż co tu dużo kryć, posiadłość była spora) była prawdziwą twierdzą, co zresztą mogły potwierdzić choćby specjalne stanowiska strzeleckie na piętrze.
Stój! – krasnolud strzegący bramy zatrzymał go, kładąc jednocześnie dłoń na kolbie strzelby. – Kim jesteś i czego tu szukasz?
Vincent spojrzał na strażnika i jego partnera: obaj szerocy w barach, opakowani w grube, skórzane kaftany, uzbrojeni w nieco przestarzałe, choć mocne flinty. Jeden strzał i żegnaj bracie! Witają cię zastępy anielskie!
- Jestem wędrowcem, który niedawno przybył do miasta, więc moje imię zbyt wiele wam nie powie. Natomiast, co do celu, to mam do waszego dowódcy interes, w którym prawdopodobnie tylko on jest w stanie mi pomóc.
Krasnoludy spojrzały na siebie.
- Czekaj tu chwilę. – powiedział po chwili jeden z nich. – Zapytam się, czy szef ma chwilę.
- Oczywiście.
Strażnik otworzył bramę i skierował się ku rezydencji, jednak szybko zniknął za jakimiś krzaczorami. Wrócił dopiero po dłuższej chwili.
- Masz zgodę na wejście, ale broń musisz zostawić tutaj.
Nyden posłusznie odpasał miecz i podał go krasnoludowi, razem z trzema nożami, które nosił przy sobie na wszelki wypadek. Cóż, można powiedzieć, że czuł się dość nieswojo, nie mając przy sobie choćby zardzewiałego kozika…
- Chodź za mną.

Przy drzwiach wejściowych natknęli się na kolejnego strażnika, półolbrzyma. Bawił się sporej wielkości maczetą, która i tak wyglądała w jego ręku jak zabawka.
- A wy tu czego? – zapytał bulgoczącym głosem; jego twarz wykrzywił grymas, który uczynił ją jeszcze brzydszą, niż normalnie. – Roboty nie macie?! Co to za przybłęda?
- Ma interes do szefa. Kazał go wprowadzić.
- Ha! W takim razie wchodźcie! Tylko żadnych numerów, bo się to źle skończy, zrozumiano?
Jasno i wyraźnie – pomyślał w duchu Vincent i wszedł do środka.
Zgodnie z oczekiwaniami, rezydencja okazała się silnie strzeżona: niemalże przy każdych drzwiach stał ochroniarz, z bronią gotową do użycia; umeblowanie – choć eleganckie, wytworne wręcz – było tak dopasowane, aby w razie ataku przez okno można było szybko i łatwo utworzyć ze sprzętów stanowisko obrony. No i ściany miały grubość zdecydowanie większą, niż typowa, arystokratyczna siedziba.
Zresztą, Nydena uderzył niezwykły smak i gust, z jakim urządzono wnętrza; materiały były drogie, ale w żadnym wypadku nie stwarzały wrażenia przesytu czy przytłoczenia; antyki były rozmieszczone z umiarem, podobnie jak obrazy, zazwyczaj tematycznie i pomysłowo. Brak było tego, co zazwyczaj dało się zauważyć w domach bogaczy: epatowania bogactwem, składowania dzieł sztuki i chwalenia się własnym, zazwyczaj miernym, gustem, co kończyło się przerobieniem domu na śmietnik.
Vincent mimowolnie przystanął w miejscu i zaczął oglądać wystrój, nie zauważając pokojówki, która przyszła z sąsiedniego pokoju.
- Witamy w domu Montegna. – powiedziała miło. – Zapewne chce się pan widzieć z Leonardem? Proszę za mną.
Kobieta miała ładne, czarne oczy i tegoż samego koloru krótko przycięte, proste włosy. Twarz jej była sympatyczna a sylwetka wyjątkowo dziewczęca, co zresztą podkreślała schludna, choć skromna suknia. Wchodząc po schodach na piętro, mężczyzna nie mógł powstrzymać się, by nie rzucić okiem na jej jędrne pośladki.
- Proszę tędy. – powiedziała, otwierając drzwi. – Pan Leonard oczekuje w gabinecie.
Vincent skinął głową i wszedł.
Pokój nie był wielki, ale wypełniony antykami najwyższej próby. Światło słoneczne wpadało przez duże, wąskie okno, oświetlając postać siedzącą za biurkiem. Mężczyzna wskazał ręką na krzesło. Nyden ukłonił się i zasiadł naprzeciwko Leo.
Zaskoczył go nieco wygląd tego człowieka. Spodziewał się spotkać kogoś w sile wieku, z mocną budową, starannie pielęgnowanym wyglądem, lekko wymuskanego i zarozumiałego. Tymczasem Leonard de la Montegna był mężczyzną, którego młodość już dano minęła: jego włosy były całkiem siwe, białe niczym śnieg, co dziwnie kontrastowało z ciemnym kolorem skóry. Twarz miał zmęczoną, poprzecinaną licznymi bliznami i głębokimi zmarszczkami, dłonie lekko się trzęsły, a oddech miał świszczący. I tylko w oczach czaił się ten piekielny ogień, po którym można było poznać, że ma się przed sobą potężnego szefa kartelu.
- Znam cię. – powiedział po dłuższej chwili Montegna. – Wałczyłeś na arenie. Całkiem sprawnie zresztą. Jak cię zwą?
- Vincent Lamel. I dziękuje za te miłe słowa.
- Z czym do mnie przychodzisz?
- Cóż, ma prośba może wydać się nieco błaha, ale dla mnie jest sprawą dużej wagi… Mianowicie potrzebuje miecza, najlepiej z amasceńskiej stali, na najbliższy pojedynek na arenie.
- A… więc to wy jesteście tymi, którzy mają walczyć z Ellaroną?
- Owszem, panie.
Leo skinął na stojącą przy drzwiach służącą, tą samą, która przyprowadziła Vincenta. Dziewczyna na chwile zniknęła za drzwiami, by wrócić z dzbanem wina i dwiema szklanicami. Nalał obficie sobie i swemu gościowi.
- Muszę ci powiedzieć Vincencie, że gdy usłyszałem, że zamierzasz mierzyć się z naszym championem, uważałem cię za skończonego głupca. Nie zrozum mnie źle; mam duży szacunek do ludzi, którzy umieją sprawnie posługiwać się żelazem. Uwielbiam też oglądać wyrównane walki, gdzie przeciwnicy mają porównywalne umiejętności. Zresztą, publika jest tego samego zdania. W przypadku Ellarony jednak, Gordy, oberżysta, tak dobiera przeciwników, aby skończyli w jak najbardziej widowiskowy i krwawy sposób.
- Rozumiem. Nie ma nic lepszego niż widok jagnięcia rozrywanego przez wilka.
- Ładnie to ująłeś. Szczerze powiedziawszy, na początku sądziłem, że i ty jesteś typowym durniem, któremu wydaje się, że zabić kobietę to nic trudnego. Widzę jednak, że głowę masz na karku…
- Zdarzyło mi się spotkać różnych ludzi. – Vincent pociągnął łyk wina. – Nauczyli mnie by nie lekceważyć żadnego przeciwnika.
- Prawidłowo. Największym grzechem w czasie walki jest niedocenianie wroga. Za taki grzech można zapłacić najwyższą cenę. Zwłaszcza walcząc z kimś takim, jak Ella.
Leo podszedł do okna. Słońce na powrót schowało się za chmurami, gdzieś w oddali stróż zapalił uliczne latarnie, jak zwykle za wcześnie i całkowicie niepotrzebnie. Krople deszczu zaczęły bębnić po szybie.
- Mógłbym pana o coś zapytać, Montegna?
- Słucham.
- Kim właściwie jest Ellarona?
- Dziwi mnie trochę to pytanie. – Leo ponownie usiadł za biurkiem. – Ale dobrze, powiem ci. Nikt właściwie nie wie, kim ona jest. Pojawiła się nie później niż miesiąc po otwarciu areny. Pewnego dnia po prostu weszła na nią i zaczęła niepodzielnie rządzić. Gordy nie potrafił nic o niej powiedzieć, poza tym, że była częścią obstawy jakiegoś możnowładcy, została ranna w czasie ataku i cudem odratowana, że co odwdzięcza się, walcząc ku uciesze gawiedzi. Nie wiem, ile w tym prawdy, faktem jest natomiast, że za nic nie chce zrezygnować z walk, a i oberżysta nie pozbędzie się jej, choć oferowałem mu tysiące za jej usługi. Zresztą, mniejsza o to… Chodźmy. Z pewnością chcesz już dostać swoje upragnione ostrze.
- Owszem. Zastanawia mnie tylko, czemu z tak ufnością oprowadzasz mnie po swojej fortecy? Nie obawiasz się, że jestem skrytobójcą?
Leo spojrzał na Vincenta i uśmiechnął się sympatycznie.
- Mój drogi, długo już żyję i potrafię poznać się na ludziach. Gdybym miał choć cień podejrzeń co do ciebie, zabiłbym cię zaraz po przekroczeniu progu mego gabinetu.
- Lepszej odpowiedzi nie mogłem sobie wymarzyć…

Zbrojownia domu Montegna była równie okazała, jak kolekcja arcydzieł malarstwa i rzeźby. Nydenowi przez moment przyszła do głowy myśl, że prawdopodobnie nie było na świecie broni, której nie zdobyłby Leonard, począwszy od sztyletów i mieczy, kończąc na halabardach z dalekiego wschodu i krasnoludzkich młotach.
- Robi wrażenie, prawda? – zapytał Maur, spoglądając z lekkim rozbawieniem na Vincenta. – A to tylko cześć mojej kolekcji.
- Można by tym wyposażyć pół cesarskiej armii…
Leo zaśmiał się i skinął na Nydena. Zbliżyli się do sporej, stalowej szafy, do której dostępu bronił zamek mechaniczny – cud techniki z zachodnich prowincji.
- Tutaj trzymam najwspanialsze okazy. – Zamek trzasnął głośno, informując, że blokada jest zdjęta. – Dużo trudu kosztowało mnie ich zdobycie.
- Czemu je tu trzymasz? Boisz się, że ktoś okradnie twoją fortecę?
- Ludzie są chciwi. I to czasem przysłania im rozum. A teraz podziwiaj, Vincencie.
Leonard otworzył szafę i ich oczom ukazało się kilka mieczy, starannie wypielęgnowanych i powieszonych na stojakach. Nyden zamknął oczy i zaczął wodzić palcami po ostrzach. Czuł mrowienie, dotykając owych dzieł sztuki wojennej. Widział niemalże wszystkie wojny i starcia, w czasie których miecze te smakowały krwi i ludzkiego ciała. Tak… te ostrza posłały na boskie łono wielu ludzi, zarówno młodych, jak i starych, mężczyzn, kobiety i dzieci. Jedno z nich było jednak szczególne pod tym względem. Emanowało złością, gniewem i chęcią mordu tak potężnie, że uczucie to wrzynało się w umysł, nawołując do zabijania. Ściągnął miecz z mocowań i przyjrzał mu się uważnie. Był to półtorak, nieco podobny do tego, jakiego Vincent używał wcześniej, ale z racji zastosowanej stali, zdecydowanie lżejszy. Rękojeść była też nieco dłuższa, głownia mniejsza, ułatwiająca chwyt drugą ręką a ostrze węższe i niezwężające się aż tak mocno przy czubie. Jedynym problemem wydawał się niewielki jelec, ale skierowanie go skośnie ku górze otwierało nowe możliwości.
- Ten będzie dobry. – powiedział Nyden, wykręciwszy mieczem młynek. – Wręcz idealny.
- Cóż, gratuluje wyboru. Kiedyś używał go jeden z moich zaufanych ludzi. Podobno dostał go od ojca, a ten znów od swojego ojca. To był prawdziwy diabeł, siekł ludzi jak chwasty. Niestety, ożenił się z dziwką, która wsadziła mu sztylet pod żebro.
- Tak, to przykre. – Vincent chwile jeszcze przyglądał się broni, po czym owinął ją w płótno i spojrzał na Leo. Wyraz jego twarzy zmienił się natychmiast. – A teraz wypadałoby poruszyć kwestię, którą skrzętnie omijaliśmy: cenę tej przysługi.
Maur uśmiechnął się przyjaźnie i położył dłonie na barkach Nydena.
- Nie będę brał od ciebie pieniędzy. Jestem honorowym człowiekiem. Przysługa za przysługę.
- A więc, jakiej przysługi oczekujesz?

Odpowiedzi

portret użytkownika tess

Czy ja wiem, czy "Mrówa"

Czy ja wiem, czy "Mrówa" pasuje do rysowanego przez Ciebie świata?

"No i oczywiście zapewniał dostęp do tanich, ulicznych dziwek, czemu zresztą w dużej mierze zawdzięcza[ł] małe zainteresowanie straży jego osobą." - czasy Ci się okrutnie rozjechały. Tu się niezgodności zaczynają i trwają, przejrzyj to.

"Zapytam się, czy szef ma chwilę." - się?! Oj, Vivu, Vivu... ;p

A tak ogólnie, to znowu ciekawie, wzbudzasz zainteresowanie tym, co będzie dalej.

--
bezczelna i ruda

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi