Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Nie ma chwały bez cierpienia cz. II

Jeszcze tego samego wieczoru ustawiono jego walkę.
Stawka nie była porażająca – osiemdziesiąt dublonów, plus nagrody od publiczności, jeśli jakieś się trafią. Ale też i przeciwnik nie był wyjątkowo wymagający. Vincent przeszedł przez korytarz łączący „poczekalnię” z placem walki i wszedł na niego, witany porażającym krzykiem rozentuzjazmowanej widowni. Kilkuset żadnych krwi i trupów ludzi, kobiety, mężczyźni i stary, bogaci i biedni, wszyscy złączeni w jedno, diabelskie gardło zagrzewające do walki i masakry. Porażający obraz.
Było gorąco i duszno, zwłaszcza tu, na dole. Koszula Nydena lepiła się do ciała, ciężkie krople potu spływały po jego twarzy. Chwycił mocniej miecz, sprawdził noże, zawieszone na pasie. Był gotowy.
Z drugiej strony areny nadszedł jego przeciwnik, wysoki niczym góra. Nasmarowane oliwą mięśnie lśniły w świetle pochodni, twarz pokryta bliznami wykrzywiła się w paskudnym grymasie. Olbrzym ryknął potężnie, starając się przekrzyczeć tłum. Spojrzał na Vincenta zamglonym wzrokiem i zamachnął się w powietrzu toporem; było oczywiste, że nafaszerowano go przed walką zakazanymi przez władze specyfikami. Ale cóż… czego to się nie ryzykuje dla zarobku? Poza tym, to się nawet dobrze składało – miało się pewność, że poza siłą mięśni, olbrzym nie popisze się niczym innym.
- Walkę czas rozpocząć! – krzyknął z loży honorowej grododzierżca. – Zaczynajcie!
Zgodnie z przewidywaniami Nydena, wielkolud rzucił się do ataku zaraz po sygnale. Zbyt wolno. Zbyt jasno. Zbyt schematycznie. I zbyt głupio. Topór przeciął powietrze i uderzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał przeciwnik. Vincent skrzywił się – nie miał ani czasu, ani ochoty na takie zabawy.
Zrobił szybki obrót i ciął olbrzyma przez ramie, niemal je odrąbując. Zraniony mężczyzna ryknął, ale ani myślał się poddawać. Krew buchała z rany, chlapiąc na piasek i barwiąc go na czerwono, ale mimo to nie wypuścił topora z rąk nawet na chwilę. Jego ryk zagłuszył krzyki widowni. W oczach miał żądzę mordu.
- Wielki jak góra. Silny jak wół. Głupi jak pieniek. – mruknął Nyden. – Zaskocz mnie czymś, skończony durniu.
Olbrzym zaatakował ponownie, dokładnie w ten sam sposób jak poprzednio, myśląc, że masa i strach wystarczą, aby pokonać przeciwnika. Ale nie tym razem. Topór ze świstem przeciął powietrze, ponownie trafiając w próżnię. Vincent wziął zamach i ciął olbrzyma w drugą rękę. Chrupnęła łamana kość. Gawiedź wrzała. Krzyki, piski, gwizdy, wołania... I miarowo powtarzane słowa: Zabij go! Zabij go!.
Cała walka zaczynała powoli nużyć Nydena. Żadnego wyzwania, żadnego wysiłku... tylko proste odruchy: unik, obrót, cięcie. Spojrzał na giganta: krew lała się strumieniami z rozoranych ramion, które nie były już w stanie utrzymać ciężkiego topora, zranione mięśnie niemalże wychodziły na wierzch, a mimo to, góra muskuł miała zamiar nadal walczyć.
- „A głupców nie uczcie i namawiajcie, bo przekonać ich może tylko siła”. – powiedział cicho mężczyzna. - Więc przekonam cię i pokażę, jakim skończonym jesteś głupcem!
Cios był szybki, precyzyjny i wyjątkowo silny. Nie miał zamiaru poprawiać. Z niemal rozbawieniem spoglądał na olbrzyma, który rękami próbował zatrzymać ostrze, zanim nie rozpłatało mu czaszki. Ciało ciężko zwaliło się na ziemie, zraszając piasek własną krwią.
Krzyk widowni wzmógł się do niebotycznych rozmiarów. Sypały się kwiaty, pieniądze, lało się wino. A wszystko dla tych, którzy zapewnili krwawą rozrywkę. Chleba i igrzysk! Tego nam potrzeba!
- Widzę panie, że chyba źle zrobiłem, dając wam tak mało wymagającego przeciwnika? – spytał oberżysta, który nagle wyłonił się zza pleców Vincenta.
- Jaki przeciwnik, taki zarobek.
- Ha! Czyli jednak wiecie, o co w tym wszystkim chodzi! W takim razie zaproponuję kolejną walkę, tyle, że tym razem z naszym czempionem. Walczy od pięciu miesięcy i nie została nawet zraniona.
- „Zraniona”? Kobieta?
- Kobieta? – parsknął śmiechem wielkolud, prowadząc zwycięzcę z powrotem do poczekalni – uwierz mi panie, to niemal diablica. Leguryjska elfka z południowej Republiki. Sam, na własne oczy widziałem, jak tymi swoimi szablami z amasceńskiej stali cięła ludzi na pół. A chłopy były większe ode mnie.
Mężczyzna spojrzał na oberżystę. Więksi? I cóż z tego? Jeden z tych większych właśnie leżał martwy na piasku, bo przesadnie ufał we własne mięśnie i alchemików. Ale elfka? Leguryjska? To mogło być interesujące…
- Chyba nie wystraszyłem was, panie?
- Nie, wręcz przeciwnie… Bardzo mnie zaintrygowałeś... Ile dokładnie mogę zarobić?
- Cóż... to zależy od wysokości zakładów. Ostatni śmiałek mógł zgarnąć nawet pięćset złotych dublonów! O ile oczywiście nie zostałby pocięty na kawałki… Ale biorąc pod uwagę wasz dzisiejszy pokaz, sądzę, że będziecie mogli zarobić znacznie więcej! I o oczywiście, oręż pokonanego będzie należeć do was.
- Ale chyba nie dzisiaj?
- Nie, oczywiście że nie! Trzeba przecież zawiadomić o tym, kogo trzeba, ludzie muszą mieć czas na obstawianie… Poza tym, ona tego wieczoru ma już zaplanowane spotkanie na arenie z pewnym chłoptasiem, więc jeśli chcecie, możecie wejść na trybunę i sobie ją dokładnie obejrzeć.
- Nie omieszkam tego zrobić.

Zabawna była różnica, jakiej człowiek doświadczał, przechodząc z areny walk na widownię. Zabawna i zastanawiająca jednocześnie. Tam na dole wszystko wydawało się… szybsze. Żywsze. Pełniejsze. Czuło się każdy krok, każdą kroplę potu, ranę, ruch… Widziałeś przed sobą człowieka, razem z jego życiem, jego ciałem, jego myślami i działaniami. Wrzask był obezwładniający, żar palący ciało trudny do wytrzymania, a radość wszechogarniająca. Zadziwiające, jak zmiana miejsca, w którym się stało, mogła wszystko odmienić. Tutaj, z perspektywy widowni, wszystko było bardziej nierealne. Ot, spójrz tam na dół. Co widzisz? Dwoje walczących ludzi? Nie, widzisz dwie kukiełki, którym lalkarz, szybkimi pociągnięciami sznurka, każe okładać się po głowach patyczkami. A potem jedna z nich się przewraca, publiczność się cieszy, lalkarz uśmiecha i przynosi kolejne laleczki. I od nowa zaczyna się teatrzyk. Krzyki widowni nie docierają do twoich uszu, odbijają się od kukiełek, tańczących na piasku – ty słyszysz tylko ciche szmery i w skupieniu oglądasz przedstawienie, od czasu do czasu sięgając po słodkie suchary i miód pitny. Niemal jak dzieci w cyrku.
Vincent zajął przygotowane wcześniej miejsce. Zdążył jeszcze zobaczyć, jak chłopcy oczyszczający arenę ściągają z niej truchło człowieka, któremu wydawało się, że jego żebra są mocniejsze niż kowalski młot. Cóż… źle mu się wydawało.
Nadszedł jednak moment kulminacyjny tego dnia. Widownia zawyła, gdy na piasek wyszedł pierwszy z walczących. Nyden spojrzał na niego. Zawadiacko żuta łodyga jakiegoś trawska, kordzik niedbale wciśnięty za pasek, gruby, skórzany kaftan i noże do rzucania, którymi od czasu do czasu wydłubywał brud spod paznokci. Aż żal było na niego patrzeć. Przeświadczony o własnych umiejętnościach, których brakło jednak przy myśleniu o ekwipunku, stał tam niczym kołek, nie zdając sobie sprawy, że jest już jedną nogą w grobie. A obiema, jeśli pogłoski o klasie jego przeciwnika nie są przesadzone.
Ponownie podniósł się krzyk i wrzask, ale jeszcze donośniejszy. Biorąc pod uwagę personę wchodzącą na arenę, wcale to nie dziwiło. Elfka – nawet z dość odległego miejsca, w którym siedział Vincent – robiła wrażenie. Długie, śnieżnobiałe włosy związane były w warkocz, opadający lekko na plecy. Długie, spiczaste uszy zdobiło kilka kolczyków, szyje natomiast czarna obroża. Ubiór - prosta, biała koszula i lniane, brązowe spodnie – podkreślał jej zgrabną sylwetkę, choć był to raczej efekt uboczny; chodziło o komfort ruchów. Szable – długie, wąskie, pozbawione jelca, lśniące złowrogo kawałki amasceńskiej stali – trzymała obnażone w ręku. Była piękna – nie ulegało to najmniejszej wątpliwości. Ale spokój malujący się na jej pozbawionej emocji twarzy był wręcz przerażający.
- I to ma być mój przeciwnik?! – mężczyzna na dole zaśmiał się głupkowato. – Dajcie spokój ludzie! Szkoda haratać taką ładną buźkę! Może do wyra kto ją będzie chciał?
Odpowiedział mu śmiech publiczności. Elfka natomiast zdawała się w ogóle tego nie słyszeć.
- Ty, lala słyszysz?! Coś tak zdębiała? Chodź no, suko! Może chcesz, żeby cię zerżnąć, co?
Nadal żadnej reakcji.
- Ty szmato! Jak się za ciebie zabiorę, to będziesz wrzeszczeć głośniej, niż jakby cię pięciu naraz posuwało!
Nyden w duchu zanosił się śmiechem, i niewiele brakowało, żeby wybuchnął nim na głos. To była doprawdy znakomita rozrywka: patrzeć jak obdartus wysila się tylko po to, żeby jego pogróżki rozbiły się o nieruchomą twarz wojowniczki. Im głośniej krzyczał, tym większym spokojem zdawała się emanować kobieta. Im plugawsze były jego zaczepki, tym bardziej dojmujące było milczenie elfki. Była niczym głaz albo kawał lodu. Natomiast ten żałosny idiota, sterczący tam na dole, i powoli trącący nerwy, przypominał kijankę, która dopiero co wyszła z wody i wyzywa sunącego na nią węża. Ciekawe, czy zdawał sobie sprawę, że już jest trupem?
Nagle wrzask: mężczyzna rzucił się do ataku. Zręcznym ruchem wyciągnął broń zza paska i rzucił się na elfkę, ciskając w nią jednocześnie dwa noże. Kobieta nawet nie drgnęła: swoimi szablami odbiła lecące w jej stronę ostrza i czekała na przeciwnika. Ten natomiast zrobił chyba najgorszą rzecz, jaką mógł zrobić – uderzył. Najzwyczajniej w świecie, uderzył z góry, licząc, że siła ciosu zachwieje elfką, a długie ostrze zatopi się w jej barku. Ona tymczasem zablokowała spadającą nań broń jedną z szabel, drugą natomiast wrażyła głupcowi prosto w pierś. Przyglądał się jej przez moment mocno zdziwiony… przynajmniej dopóki trzema płynnymi cięciami nie pozbawiła go rąk i głowy.
Szybko, sprawnie, czysto. Bez zbędnych ruchów, niepotrzebnego kombinowania i nadmiernego wysiłku. Żadnego strachu, żadnych emocji. Prawdziwy profesjonalizm.
- I co sadzicie panie? – oberżysta nachylił się w kierunku Vincenta. – Jesteście nadal zainteresowani?
- Oczywiście. – odpowiedział, spoglądając na kobietę schodzącą z areny. – Bardziej niż kiedykolwiek…

Kiedy Nyden wrócił do swojego pokoju, idea walki z elfką, która tam na dole wydawała się niezwykle pociągającą, nagle wydała mu się dość egzotyczna… żeby nie powiedzieć: szalona. Ogromna suma, jaką można było wygrać kusiła niemiłosiernie, jednak zarżnięcie głupiego osiłka to pestka, a pojedynek z kobietą, która szlachtuje swoich wrogów z wprawą rzeźnika to rzecz nad wyraz niebezpieczna. Oczywiście nie to, żeby się bał… Trening, jaki odbył pozwalał mu posługiwać się mieczem z wprawą nieznaną większości ludzi, a w połączeniu z przekleństwem, jakiego doświadczył, czynił z niego człowieka niezwykle niebezpiecznego… Nie zmieniało to jednak faktu, że białowłosa była chodzącym mordem. Zwłaszcza z tymi swoimi szablami. Vincent chwycił własny miecz, spojrzał na niego i zdegustowany, odrzucił w kąt. Ten kawał stali może i był dobry do karczemnych bójek, radzenia sobie ze zbójami na trakcie lub przekonywania handlarzy, że cena ich towaru jest zbyt wysoka, ale w nadchodzącym pojedynku był całkowicie bezużyteczny. Równie dobrze mógłby wyjść na arenę uzbrojony w drewniany kij, albo kamienie. Chyba, że zagra się nieco nieuczciwie…
Ułożył się wygodnie na łóżku. Pomysł, jak dopomóc sobie nieco w nadchodzącej walce, szczerze go rozweselił, tym bardziej, że wymagał tylko trochę bieganiny, a w znaczący sposób podnosił jego szanse na wygraną. Rozmyślając nad tym, zapadł w płytki sen, z którego obudziło go dopiero pianie koguta, tuż pod jego oknem…

CDN.

Odpowiedzi

portret użytkownika Lorelay

No! Teraz naprawdę mnie

No! Teraz naprawdę mnie zaciekawiłeś. Podniósł się poziom napięcia i do głosu dochodzą tajemnice bohatera, które mam ochotę poznać. Teraz z kolei będę cię molestowała o ciąg dalszy, bo bardzo jestem ciekawa, jak przebiegnie walka i jaki to pomysł ma Vincent. Tyle o treści.

Co do formy:
Rozkręcasz się. Wprawdzie dwa pierwsze akapity mnie nie zachwyciły i obawiałam się, że będzie marnie, ale dalej zdecydowanie poziom podskoczył. Widzę, że opisy walk są twoją dość mocną stroną(podobnie jak charakterystyki postaci). Mimo, iż z opisami miejsc i sytuacji bywa u ciebie różnie, tym razem jestem mile zaskoczona. Cały motyw areny, walczących na niej, punktu widzenia oglądających itd. bardzo dobrze opisany. Jak zwykle dopracuj początek, a będzie naprawdę fajnie :)

A teraz uwagi techniczne:

"kobiety, mężczyźni i stary, bogaci i biedni, wszyscy złączeni w jedno, diabelskie gardło zagrzewające do walki i masakry." - tu bym zaczęła nowe zdanie. Poza tym, chyba chodziło o starców a nie "stary".

"sprawdził noże, zawieszone na pasie. " - przy pasie lub u pasa

"szyje natomiast czarna obroża. " - szyję!

"Nagle wrzask: mężczyzna rzucił się do ataku. Zręcznym ruchem wyciągnął broń zza paska i rzucił się na elfkę" - "rzucił się" brzydko powtarzasz.

"Ten natomiast zrobił chyba najgorszą rzecz, jaką mógł zrobić – uderzył. " - drugie "zrobił" jest zbędne, bez niego zdecydowanie brzmi lepiej.

"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"

portret użytkownika tess

Elfka! ^^

Elfka! ^^ W zasadzie o fabule nie mam co pisać, już to czytałam i chwaliłam... ;p Motyw areny i przeciwniczki bardzo mi się podoba.

Z uwag:
Ach, najpierw Vincenta i Vincenta, tutaj Nydena i Nydena. Zdecyduj się też, czy piszesz von Nyden (jeśli dobrze kojarzę, że von), czy samo Nyden, btw. "von" małą literą. Powinieneś wybrać dominujące określenie i drugiego używać tylko w wypadku powtórzeń, bo czytelnik mógł mieć wrażenie, że ta część tekstu jest o kimś innym niż poprzednia.

--
bezczelna i ruda

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi