Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Nie ma chwały bez cierpienia cz. V

Vincent westchnął. Już za kilka godzin miał wstąpić na piasek areny pośród ogłuszającego krzyku gawiedzi, spragnionej krwawej rozrywki. Obrócił się na łóżku. Tuż obok leżała młoda dziewczyna – ta sama, która wprowadziła Nydena do gabinetu Leonarda. Stary Maur przysłał ją niedługo po tym, jak dobito targu. Miała na imię Zoya i oczywistym było, że oprócz umilania czasu Vincentowi – jak to twierdził Leo – miała za zadanie pilnować wojownika, by przypadkiem nie zwiał z miasta pod osłoną nocy lub dogadał się z obozem przeciwnym. Niańka nieco kłopotliwa, ale całkiem miła i szczodra…
Mężczyzna wstał i podszedł do stołu. Chwycił kielich z winem. Zabawne… mówi się, że napój ten ma barwę krwi, ale dopiero teraz Nyden mógłby potwierdzić, że jest tak w istocie. Jego twarz odbijała się w słodkim płynie o pięknej, czerwonej barwie. Uśmiechnął się i wypił zawartość kielicha jednym haustem.
- Zawsze tak wcześnie wstajesz? – usłyszał nagle za plecami. Zoya leżała na boku, wpatrując się w niego i gładząc swoje niewielkie, ale jędrne piersi.
- Dzisiaj wielki dzień, szkoda go marnować na spanie. – odpowiedział z przekąsem. – Mnie z kolei zastanawia, czy tobie nigdy nie brakuje sił na wypełnianie swoich obowiązków…
Kobieta spojrzała na niego uważnie i oblizała wargi.
- Chodź i sprawdź, jeśli chcesz…

***
Kilka szarych sylwetek przemknęło bocznymi uliczkami starając się uniknąć ludzkiego wzroku. Niepostrzeżenie minęły dzielnicę kupiecką, targ z niewolnikami i domy publiczne, kierując się w stronę najstarszej części miasta. Posuwali się między na wpół zrujnowanymi ruderami, zamieszkiwanymi przez bezpańskie psy i zdziczałe dzieci, których kilka par oczu odprowadzało postacie w ich wędrówce.
- To tutaj. – Powiedział w końcu jeden z ludzi.
Stanęli wszyscy przed niewielkim, podniszczonym kościółkiem. Ściany w wielu miejscach były nadkruszone i popękane, miejsce wybitych witraży zajęły zbite byle jak deski i kawałki brudnych szmat a w kopułce – niegdyś urzekającej umiejscowionymi w środku kasetonami i freskami – ziała teraz dziura, najprawdopodobniej po granacie.
- Zaczekajcie tutaj wszyscy. – Powiedział przewodnik całej eskapady, wchodząc do kościółka. – Broń w pogotowiu. Jak coś was zaatakuje – zastrzelcie.
Reszta pokiwała głowami przytakując.
W środku panował bałagan. Gnijące ławki leżały poprzewracane i połamane, nie przejmując się zupełnie myszami, które biegały to tu, to tam, ignorując przybysza. Pogięte i poskręcane kawałki żelaza wiszące pod ścianami mogły być kiedyś świecznikami, które ktoś bestialsko zdewastował. Ściany straszyły wyrwami, w których z pewnością tkwiły obrazy. Nie pomogły im ani ciężkie ramy, ani święta tematyka – wszystkie wyrwano i zabrano, podobnie jak ołtarz, którego resztki tkwiły smutno zebrane na kupie gruzu, oświetlane lekko przez światło słoneczne.
- Kto tu? – Zaskrzeczał nagle starczy głos. – Znowu wy, złodzieje? Pokażcie swoje heretyckie mordy!
Zza kolumny w prezbiterium wyszedł niski, chudy starzec. Twarz miał pomarszczoną, pokrytą brodawkami i strupami. Na łysej czaszce zachowało się jeszcze kilka kępków siwych włosów. Pomimo lichej postury, człowiek ten zdawał się bardzo żwawy i mocny. Zwłaszcza w gębie.
- No, mów szabrowniku, psi synu! Czegóż tu chcesz?
- Jak zwykle miły dla gości, Alberto. – Powiedział przybysz i zdjął kaptur, ukazując ciemną skórę i włosy białe jak śnieg. – Witaj znów, ojcze.
- Leonardzie! – Krzyknął głośno starzec, biegnąc ku Leo. – Boże mój jedyny! Wybacz mi synu! Stary jestem, niedowidzę! A tu złodziei pełno i dzikusów i innego pomiotu piekieł!
Obydwaj uściskali się serdecznie i przeszli w głąb świątyni, do pokoi kapłańskich. Te były w znacznie lepszym stanie niż główna sala, ale nadal był to stan opłakany. Siedli razem przy stole. Staruszek wyciągnął z szafki antałek wina i kawał sera pleśniowego, Leo natomiast – przyniesione z sobą świeże owoce, mięso i ryby.
- Cóż przygnało cię tu, mój synu? – Zapytał Alberto, po przełknięciu kawałka wędzonego dorsza. – Bo chyba nie troska o żołądek starego kapłana?
- Nie, ojcze. – Leonardo odłożył szklankę z winem; jego twarz stężała. – Odczuwam… niepokój. Dojmujący, niepozwalający mi żyć jak dawniej.
- Niepokój?
- Tak ojcze… Ja… znasz mnie. Możliwe, że lepiej nawet, niż ja sam. Spotkałem wielu ludzi, wielu też zabiłem. Nie próbuje się usprawiedliwiać ani kryć. Jestem złym człowiekiem i jestem tego świadom. Mimo to… A może właśnie dlatego… ten człowiek wzbudził we mnie ten irracjonalny strach.
- Cóż to za człowiek?
- Nieznajomy, który przybył walczyć za pieniądze. Przyszedł do mnie… po miecz. Aby zwyciężyć. Z jednej strony czułem, że jest tym, na którego czekałem. Kimś, kto pozwoli mi osiągnąć z dawna powzięte plany. Z drugiej… za każdym razem, gdy przypominam sobie jego wzrok, te zielone aż do granic możliwości oczy… Czuję, jakbym palił się w środku, jakby coś wyrywało mi serce. Oblewa mnie zimny pot, krew niemal gotuje się w żyłach… Czy ja zawarłem pakt z diabłem?
Leo spojrzał na kapłana. Zapanowała kompletna cisza.
- Pisze święty Gonzago o historii z miasta Bonna. – powiedział po chwili Alberto; jego dłonie i powieki drżały lekko. – Przybył tam pewnego razu wędrowiec, człek w łachmanach bez grosza przy duszy. Błąkał się od domu do domu, prosząc gospodarzy, by mu do pracy zaciągnąć się pozwolili, by mógł za pracę zdobyć strawę. Miasto było bogate, w winnice zasobne, pięknych kobiet pełne. Mimo to, nikt człeka owego zatrudnić nie chciał, jeden tylko – pan bogaty, mądry i sprawiedliwy – zatrudnił owego człowieka, by głodu nie cierpiał. Dał mu narzędzia, pomocnice swoją i kawał ziemi. I dobrze człek służył. Owoców było mnóstwo, tako i wina. Bogactwa wielkie na właściciela i przybysza spłynęły. Tedy jednak zawistny sąsiad sługi swe zaprzągł, przybył i dom sprawiedliwego pana spalił, służbę wychłostał, bogactwa skradł. Rozpaczać zaczął wtedy właściciel, tym bardziej, że i przybysz zniknął. Kiedy jednak służbę swoją zebrał, z mieczami w dłoniach poszli sprawiedliwość ludzką zadać, znaleźli złego pana zabitego, tako jego sługi, bydło i zwierzęta, dom spalony a plony zniszczone. Przeraził się dobry pan i odszedł z miasta, bo wiedział, że to przybysz jego wroga zdławił. A gdy właściciel odszedł, miasto upadło…
Alberto oddychał ciężko. Widać było, że przypowieść ta kosztowała go wiele wysiłku. Leo wiedział, że jego przyjaciel i spowiednik nie był zwykłym kapłanem. Za swoje mistyczne przepowiednie został pozbawiony święceń i zesłany do zapyziałego miasteczka, by gnił powoli w starym, zrujnowanym kościółku. Słów jego jednak nigdy nie ważył się lekceważyć, nawet jeśli nie do końca potrafił zrozumieć ich znaczenie.
- Ojcze, co powinienem zrobić?
- Uciekaj synu. – Powiedział cicho kapłan. – Uciekaj z tego miasta. Dałeś diabłu miecz do ręki…

***

Z daleka słyszał wrzawę. Histeryczne wrzaski kobiet, porykiwania mężczyzn, krzyczących „Zabij!”, okrzyki walczących i skowyt pokonanych. Siedział na ławce, dłonie trzymając na rękojeści. Czekał. Na znak do walki. Na pojedynek wieczoru, główną atrakcję tego dnia. Niepokonana elfka z południa przeciw mrocznemu wędrowcowi. Publika oczekiwała krwawych igrzysk. Oczekiwała krwi i bólu... A gdyby wygrał, gdyby zbezcześcił jej ciało, nie okazał żadnej litości nawet w chwili agonii... widział te wykrzywione w błazeńskim uśmiechu twarze, z wybałuszonymi oczami, spoglądający na arenę, kiedy w ich wnętrzu żądza krwi walczy ze strachem, a podniecenie z obrzydzeniem... Ten świat jest brudny. Jest brzydki. Codziennie spotyka się z jego brzydotą; ona wychodzi zza każdego zakrętu, spod każdego kamienia, czai się w domach, leży na straganach, maszeruje razem z ludźmi, którzy jej nie widzą. Nie! – oni cieszą się z jej obecności, jakby mogła choć po części ukryć ich wnętrza, które toczy gangrena... Tak mało jest piękna... Tak mało urody, tak mało bieli pośród szarzyzny popiołów i kości... a jemu przeznaczonym jest zniszczenie kolejnej cząstki takiego piękna...
Na arenie po raz kolejny podniósł się wrzask, spośród którego Vincentowi udało się wyłowić rubaszny śmiech i kobiece jęki. Widocznie jeden z gladiatorów z pary poprzedzającej jego walkę odesłał już przeciwnika na łono Jedynego i teraz zabawia się ze swoją nagrodą na oczach ucieszonej gawiedzi... Rozległ się gong – znak, że walka się zakończyła i czas na następną... Nyden wstał. Poprawił woreczek z gnoshem, ukryty w rękawie kaftana, sprawdził, czy noże są na swoich miejscach i przyjrzał się ostatni raz ostrzu. W odbiciu widział mężczyznę w sile wieku, o ostrych rysach i zmęczonych, zielonych oczach. Czasami wyobrażał sobie, jakby wyglądał, gdyby nie Jego dotyk... gdyby nie przekleństwo, którym został obdarzony. Czy też miałby umęczony wzrok, tak jak teraz? Czy byłby zwykłym starcem, z pasemkami siwizny, patrzącym jak jego córka wyrasta na piękną kobietę? A może leżałby już w grobie, w wielkiej nekropolii Bractwa? Westchnął. To nie ma znaczenia. Teraz liczy się tylko walka...
Przeszedł przez długi, ciemny korytarz. Wrzawa narastała z każdą chwilą, coraz głośniej i głośniej. Wreszcie wszedł na piasek. Światło pochodni, błyszczące w grotach włóczni i tarczach; salwy okrzyków i dopingu ze strony tłuszczy; i zieleń oczu Ellaronny, wychodzącej z przeciwległego wyjścia...

Ich wzrok spotkał się. Była taka, jak wtedy: piękna, wzniosła, z twarzą niezdradzającą żadnych emocji. Nawet w oczach nie kryły się żadne ogniki, żaden cień żalu czy wahania. Były zimne niczym stal.
- Wiesz, że to, co było, tutaj nie ma żadnego znaczenia. – Powiedziała spokojnie. – Tutaj nie ma już odwrotu, ani innej drogi. Nie spocznę, dopóki nie padniesz martwy u mych stóp.
- Byłbym niepocieszony, gdyby było inaczej. – Odpowiedział, uśmiechając się.
Ellaronna spojrzała na niego. Skrzyżowała szable na piersi i pokłoniła się lekko. Vincent odwzajemnił powitanie, unosząc ostrze przed twarz i lekko skinął głową.
Zabrzmiał gong. Ktoś krzyknął:
- Walkę czas rozpocząć! Walczcie! Na śmierć i życie!
- Na śmierć! Zabij! Bez litości! – Odpowiedział chór głosów z widowni.
Nie ruszyli jednak na siebie, wymachując mieczami na lewo i prawo. Nie uderzyli, pragnąc jak najszybciej posłać drugiego do rajskiego Ogrodu. Obydwoje byli zbyt doświadczeni i zbyt świadomi umiejętności przeciwnika, aby się na taki krok poważyć.
Wrzawa się wzmagała, tłum żądał krwi, a oni nadal krążyli po okręgu, mierząc się wzrokiem, próbując wyłapać słaby punkt przeciwnika, a tym samym okazje do ataku.
- Co tak łazicie?! Dalej, zabij te sukę! Zarżnij tego sukinsyna! – słyszał z tłumu.
„Przeklęte pijawy... chcecie krwi? Chcecie trupów? Chcecie widzieć życie, wylewające się z otwartej rany? Dobrze więc, pokaże wam!”
W tym samym momencie, elfka zaatakowała.

Wiedział doskonale, że była zwinna, nigdy jednak nie przypuszczał, że jest tak piekielnie szybka. Poczuł jak ostrze szabli tnie kołnierz jego kaftana, podczas gdy druga szabla ze zgrzytem zwarła się z mieczem. Poleciały iskry; Vincent rzucił się przed siebie i zrobił szybki przewrót, stając na nogach akurat w momencie, gdy Ella znów zaatakowała. Tym razem jednak – mimo szybkości – nie dał się zaskoczyć; sparował uderzenie i instynktownie wyciągnął przed siebie ramie, uwalniając jeden woreczek z gnoshem.
Gdyby Nyden walczył z człowiekiem, nawet doskonale wyszkolonym, w tym momencie byłoby po walce. Przeciwnik padłby na piasek, brocząc krwią z podrażnionego gardła i trąc bolące oczy. Elfka jednak była w stanie uchylić się przed zdradzieckim atakiem; obróciła się błyskawicznie i cięła, celując w nogi Vincenta. Chcąc czy też nie, mężczyzna musiał odskoczyć w tył, bez możliwości ponownego użycia trucizny. Zazgrzytał zębami.
Ellarona stała naprzeciw niego pozornie nieporuszona. Prawa powieka lekko jej drżała, co znaczyło, że gnosh jednak trafił. I mimo że ból z pewnością był potworny, ta kobieta nadal stała, jakby nic się nie stało… Co za bestia!
Kolejny atak. Tym razem uchylił się nieco zbyt późno. Szabla zatoczyła w powietrzu łuk, unik, odskok... Potarł policzek i uśmiechnął się. Sekunda spóźnienia i prawdopodobnie broczyłby teraz posoką z rozciętej tętnicy. W duchu pogratulował kowalowi doskonałej roboty, – co prawda rana była dość płytka, ale poczuł ją dopiero, gdy zaczęła się z niej sączyć krew.
- Pierwsza krew Vincencie. – Powiedziała spokojnie elfka.
- Do usług.
Tym razem to on zaatakował; jeden lekki krok, skok, cięcie. Elfka odskakuje w bok – tak jak myślał. Sięgnął wolna ręką po nóż, zrobił szybki obrót i rzucił. Wybieg ten zaskoczył Ellaronne, ale zwinności mogłyby pozazdrościć jej koty; uchyliła się, wygięła całe ciało, wsparła na ręce i zręcznie odskoczyła w tył. Na piasek upadł pukiel białych włosów, splamiony krwią z rozciętego ucha.
- Pierwsza krew, moja droga...

***
Leo siedział w swoim gabinecie popijając wino. Nie miał ochoty oglądać dzisiejszej walki – zwłaszcza po tym, co powiedział mu Alberto. „Dałeś diabłu miecz do ręki…” – co mógł mieć na myśli? Vincent był niebezpieczny, to nie ulegało wątpliwości. Czemu jednak miałby być diabłem? Czy naprawdę może być groźny nawet dla starego Maura? Leonardo potarł skroń. Starość… coraz częściej dawała mu się we znaki. Coraz trudniej poruszać dłońmi, pamięć staje się zawodna, wzrok coraz słabszy… tak, starość to straszna rzecz. Gdyby choć można było trwać w młodości, a śmierć przychodziła szybko i bezboleśnie – czyż nie byłoby to lepsze? Jedyną pociechą dla starego przestępcy był fakt, że to, co zbudował, nie pójdzie na zmarnowanie. Ma wpływy, fundusze, znajomości i dużo ziemi. Mógłby wystarać się nawet o szlachectwo i zacząć żyć jak wielki pan. No i miał swoją następczynie… Zoya była młoda i narwana, ale inteligencji mogli jej pozazdrościć cesarscy doradcy. A fakt, że była piękną kobietą powodował, że była jeszcze bardziej niebezpieczna…
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do gabinetu wszedł barczysty półolbrzym z przepaską na oku. Twarz miał zlaną potem.
- O co chodzi Joga? – zapytał Leonardo, wstając zza biurka. – Coś się stało?
- Mrowisko opustoszało. – posłaniec z trudem łapał oddech. – Doszczętnie. Cała hałastra wyruszyła na polowanie.
- Co?! – Przerażenie ścięło twarz Maura, lecz chwilę potem zastąpiła je niepohamowana wręcz wściekłość. – Gdzie to krowie łajno poszło?!
- Wołałbyś panie nie wiedzieć…

***

Vincent czuł instynktownie, że coś jest nie tak. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale czuł, że zaraz zdarzy się coś, czego wcześniej nie przewidział. Z niewiadomego powodu, rósł w nim niepokój. Zdawało mu się, że publika nie krzyczy już tak żywiołowo jak wcześniej. Owszem, nadal do jego uszu dolatywały skargi na brak krwi, na udawanie baletnic, czy przekleństwa godzące w jego rodzinę do trzeciego pokolenia wstecz, ale... czemu wydawało mu się, że jest coraz ciszej?
Z otępienia wyrwał go kolejny atak Ellaronny; tym razem zaatakowała od dołu zataczając lekki łuk, dość łatwy od ominięcia... w przeciwieństwie do drugiego; siłą rozpędu elfka zrobiła szybki obrót i cięła prosto, celując w gardło. Chyba tylko cud sprawił, że miedzy szyją a ostrzem, znalazł się jeszcze miecz Vincenta. Stal uderzyła o stal, wydając charakterystyczny, metaliczny dźwięk. Nyden przełknął ślinę i zaklął: ostrze niemal wyleciało mu z dłoni, a ręka ścierpła na moment. Nie powinien pozwalać na takie ataki...
- Czyżbyś martwił się o swój miecz... Vincencie?
- Równie mocno, co o ciebie...
Sytuacja nie była zbyt dobra. Póki elfka dysponowała dwoma ostrzami, nie miał zbyt dużych szans na przebicie się przez jej obronę.... Kobieta górowała nad nim szybkością i zwinnością, co – razem z szablami – dawało jej znaczna przewagę...
- I co teraz, mój miły?
- Teraz? Teraz to się zacznie zabawa...
Zaatakował. Nie, to nie było zbyt dobre słowo. Rzucił się po prostu na nią z impetem, wkładając w ruchy całą moc i wściekłość, jaką posiadał. Jeśli nie mógł pokonać jej techniką, to zrobi to przy użyciu brutalnej siły. W duchu modlił się, aby popełniła błąd, ten jeden jedyny błąd, który otworzy mu drogę do wygranej...
I zdarzył się cud.
Ellaronna, zamiast zrobić unik i ciąć odsłoniętego przeciwnika, próbowała zablokować cios.
Ostrza starły się ze sobą, zazgrzytał metal, posypały się iskry. Vincent czuł, jak jego ciało napina się jak struna pod wpływem tego dźwięku, ale to nie miało znaczenia, bo osiągnął to, co chciał – elfka straciła równowagę i cofnęła się do tyłu, odsłaniając się. Sięgnął za pas po sztylet i cisnął nim, celując w podbrzusze. Odbiła go, co prawda, ale przy drugim ataku była bezradna – Nyden ciął ją w ramię. Po raz kolejny musiał docenić jej zwinność... choć na niewiele się jej ona teraz zda. Obserwował, jak jeszcze przez moment utrzymuje szablę w dłoni, pomimo spływającej i wsiąkającej w podłoże krwi. Po chwili jednak ręka zaczęła drgać, a ostrze upadło w piasek. Chwyciła się za ranę i spojrzała na Vincenta.
W jej oczach zobaczył – a może tylko mu się tak wydawało? - coś, czego nigdy by się nie spodziewał: zwykły, ludzki strach. Strach przed śmiercią...

Odpowiedzi

portret użytkownika Lorelay

Coraz bardziej intrygująca

Coraz bardziej intrygująca się robi ta opowieść :)Wątek Leonarda bardzo mnie zaciekawił.
A do tego - co zaznaczyłam już przy poprzednim tekście, jaki dzisiaj czytałam - coraz bardziej staranny.
Wyraźnie wzrasta poziom twoich prac. Co za tym idzie, ja jako twój najwierniejszy czytelnik, podwyższę poprzeczkę moich wymagań :P

"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika Vivaldi

Nie wiem, czy cieszyć się

Nie wiem, czy cieszyć się z pochwały, czy martwić tą poprzeczką ;>

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi