Nie ma chwały bez cierpienia cz.I
Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do karczmy wszedł wysoki mężczyzna. Jego czarny płaszcz i kapelusz z szerokim rondem ociekały wodą, wolno skapującą na brudną podłogę. Omiótł wzrokiem wnętrze: odrapane ściany, na których zawieszono atrapy broni, kilku obdartusów wyglądających jakby dopiero, co wyszli z rynsztoka, gadających przy dzbanie chrzczonego wina; trzy dziewki roznoszące wino, dorabiające sobie na boku kupczeniem własnym ciałem; zalegający wszędzie kurz, błoto i unoszący się w powietrzu smród przypalonej wieprzowiny. Słowem: standard przydrożnych karczm.
- Karczmarzu – rzucił do grubego właściciela. – Macie wolny pokój? Na jedną noc?
- No cóż, dostojny panie, obawiam się, że nie będzie właściwego dla wielmożnego i...
- Macie pokój czy nie?
Grubas umilkł. Wpatrywała się w niego para wściekle zielonych oczu, a on czuł, jakby ktoś próbował mu wyrwać serce. Nie mógł złapać oddechu i przez chwilę, przez jedną krotką chwilę miał pragnienie, ażeby chwycić nóż i poderżnąć sobie gardło. Ale to szybko znikło, ulotniło się. Spojrzał na nieznajomego, który taksował karczmę wzrokiem, pocierając krótko przystrzyżoną brodę.
- Tak, możny panie. Mamy.
Zielonooki spojrzał na niego i szybkim ruchem rzucił w kierunku karczmarza dwa srebrne dublony. Ruch był na tyle szybki, by nie wzbudził zainteresowania pijaczków, ale i na tyle wolny, żeby właściciel miał okazje dobrze się przyjrzeć nożom tkwiącym przy pasie przybysza.
- Czy zaprowadzić do pokoju? – zapytał niepewnie. – Mogę...
- Sam znajdę. Przygotuj mi tylko posiłek i dobre wino, a jutro śniadanie i piwo. Mojego konia rozsiodłać i oporządzić. I niech nikt mi nie przeszkadza. Zrozumiano?
- Oczywiście!
Mężczyzna kiwnął głową, odebrał klucz i wszedł na piętro. Pomieszczenie znajdowało się niemalże naprzeciwko schodów. Przez chwilę mocował się z zamkiem, po czym wszedł do pokoju.
Nie był zbyt okazały, czy luksusowy, ale też nie powodował u człowieka odruchu wymiotnego. Karaluchy nie spacerowały po stole, a szczury nie gapiły się na niego, siedząc w kątach. Zresztą... Vincentowi zdarzało się już sypiać w gorszych ruderach. Zdjął przemoczony płaszcz i powiesił na oparciu krzesła, kapelusz rzucił gdzieś w kąt. Odpasał miecz i pas ze sztyletami. Spojrzał na kominek i grube drwa. Podszedł do nich i lekko musnął je palcami; drewno było suche, idealne do rozpalenia ognia. Westchnął ciężko i cofnął rękę; po chwili w górę strzeliły płomienie, a pokój wypełnił się miłym ciepłem.
Siadł na łóżku i wyciągnął z podróżnej torby mapę.
„Według Arcturusa, w Mezorban znajdę kogoś, kto będzie mi w stanie pomóc – pomyślał. – Hmm... teraz jestem niedaleko Gerontio, czyli czeka mnie jeszcze jakieś dwa – trzy tygodnie drogi...”
Podrapał się po łysej głowie. Z obecną sumą pieniędzy nie przebędzie nawet połowy tej drogi, a strażnicy ostatnimi czasy sporo sobie liczyli za przejazd...
Wstał i podszedł do okna. Gdzieś w oddali migotały słabe światła Gerontio. Nie zamierzał zahaczać o to pożal się Panie miasto, ale cóż... nie wszystko można zaplanować. Poza tym, w tego typu miejscach łatwo o zarobek, zwłaszcza, gdy ma się mocne ramie i łeb na karku. A Vincent - bez niepotrzebnej skromności - mógł się pochwalić jednym i drugim...
- Wielmożny Panie. - usłyszał nagle głos zza drzwi. - Przyniosłam kolację.
- Doskonale. Umieram z głodu.
***
Z każdym kilometrem przebytej drogi, coraz mocniej zaczynał żałować, że opuścił gospodę.
Czego by o niej nie powiedzieć, to jednak sprawiała wrażenie przytulnej; jedzenie było dość dobre, wino nie chrzczone (przynajmniej to, które dostał), a dziewki chętne, by spocząć na kolanach i pozwolić pozwolić człowiekowi zanurzyć się w ich objęciach.
Ale gospoda została daleko z tyłu, a przed sobą Vincent miał istny obraz nędzy i rozpaczy.
Teraz miał przed sobą Gerontio.
Jeszcze trzydzieści lat temu miasto całkiem bogate, miłe, gdzie szlachcic z pieniędzmi mógł bez obaw zabawiać się od rana do wieczora. Gdzie miód był słodki, wieprzowina wypieczona, a prostytutki dbały o siebie. Teraz – po wybudowaniu Wielkiego Traktu Handlowego, łączącego stolicę Cesarstwa Ottagonów z trzema najważniejszymi portami – miasto upadało.
Bo oczywiście, Gerontio trakt omijał.
Już kilkaset metrów przed bramą doleciał go smród. Mieszanka wszelkiego rodzaju świństw i obrzydliwości: gnijących w błocie owoców, ciał wiszących na drzewach, obgryzanych przez stada wron i kruków; odór zepsutych ryb, przypalanych potraw i inne, typowe zapachy rynsztoka, których nie wymyje nawet rzęsisty deszcz. Widok zresztą też nie był lepszy.
Setki włóczęgów, wagabundów i żebraków dopraszających się o monetę, żeby było można czymś się zalać w trupa; stada brudnych dziwek, dających się ujeździć nawet za talerz zupy; dziesiątki skner, którym nie chciało się zapłacić cła i teraz stali pod murami miasta, skrzecząc i zgrzytając tymi nielicznymi zębami, jakie jeszcze posiadali, zachwalając swoje towary.
Vincent zaśmiał się w duchu. Czegóż tu nie mieli? Sznur z egzekucji wisielca, korzenie mandragory, palce świętych, pióra ze skrzydeł aniołów, kawałki ostrza miecza, którym przebito Jedynego... Zgraja szarlatanów, oszustów i złodziei, nurzająca się w odchodach dnia codziennego, byle zarobić na wizytę w drogim burdelu i cycatą dziewczynę...
Czasami żałował, że Ottagoni nie ścigają świętokradców tak ostro, jak władcy Marchii, ale cóż... wcześniej czy później i na nich przyjdzie pora, a skrawki skrzydeł anielskich okażą się tylko piórami wyrwanymi z dupy jakiejś gęsi...
Wreszcie wjechał do miasta. Tu było spokojniej. Czyściej. Ciszej. Ale robactwa, mieniącego się mieszkańcami miasta, było tyle samo.
Zadziwiające jest, jak mocno miasto może być zależne od takich drobnostek, jak trakt handlowy, ani jak szybko miasto jest w stanie z bogatego grobu zmienić się w rynsztok. W miarę zadbany, uporządkowany i sprawnie ochraniany, ale nadal rynsztok.
Jechał wąskimi uliczkami, starając się z jednej strony nie stratować żebrzących, którzy sami niemal wpychali się pod kopyta jego konia, a z drugiej omijać stragany, porozkładane niekiedy w zadziwiających wręcz miejscach. Dobrze chociaż, że ich asortyment był zdecydowanie bardziej użyteczny...
Wjechał wolno na rynek miasta, gdzie wreszcie mógł zaczerpnąć świeżego, nie zmąconego smrodem powietrza. Nie było tu łachmytów i dziwek, oddających się każdemu za złotego talara. O nie! Rynek był zarezerwowany dla nieco bardziej wymagających kupców. Biżuteria, broń, talizmany, tajemnicze mikstury i afrodyzjaki, zbroje, wyśmienite potrawy, a nawet niewolnicy, dla niepoznaki zachwalani jako świetni towarzysze w trudach i idealne damy do towarzystwa. Damy... Zabawnym było obserwować ten pocieszny taniec Baskilskiej nierządnicy, wirującej w kuszącym tańcu, przyciągającej bogactwem swych szat, gibkością ruchu i pięknem nagiego ciała... Gdzieś w oddali uderzył dzwon kościoła, odezwał się głosem ciężkim i donośnym, jakby karcąc ta całą hałastrę zgromadzoną na tym rynku rozpusty, zapełniał ulice i domy, wychodził nawet poza mury, obwieszczając godzinę. W oddali rysowała się wieża dzwonnicza Kościoła Bożego Miłosierdzia – wysmukła, nieco drapieżna, wzbijająca się w niebo niczym palec dziecka, które chce dotknąć chmur. Solidna robota dawnych rzemieślników jeszcze z czasów, gdy na tronie Hierarchy zasiadał Matheus X. Lubił dbać o to, ażeby ludzie przychodzący się modlić, czuli potęgę i namacalną obecność Jedynego. W przeciwieństwie do czasów późniejszych, gdy Hierarchowie bardziej interesowali się rozwojem Bazyliki Bożej Łaski w Atrempii, ściągając ze wszystkich arcybiskupstw „jednoczyne”, które w większości i tak szło na wino, drogie stroje, młode dziewczęta i chłopców...
Vincent spiął konia i ruszył dalej. Nie przyjechał tutaj, by podziwiać cuda architektury, czy oglądać nagie kobiety prężące się przed grubymi kupcami. I choć był to widok przyjemny, nie powiększał jego stanu posiadania nawet o złamanego miedziaka. A przecież właśnie w celu łatwego zarobku w ogóle wjechał w mury tego ścieku. Dlatego też udał się w stronę pierwszej napotkanej gospody. W końcu wiadomo, że nikt nie jest lepiej poinformowany o sytuacji w mieście niż oberżyści, a im gorsza karczma, tym więcej złota można było zdobyć...
Stanął przed gospodą i spojrzał na szyld: wielki, czarny koń parzył się na nim z nagą kobietą o obfitym biuście. Z dołu widniał napis: „Pod czarnym ogierem”.
Van der Nyden skrzywił się nieco, choć w duchu musiał przyznać, że nazwa była całkiem interesująca. Zsiadł z konia i podał lejce stajennemu, razem z miedziakiem. Obdarty chłystek ukłonił się lekko i zaprowadził konia do stajni.
Przybytek zupełnie nie pasował do miasta. Czysta podłoga, ładne służące, w miarę schludni goście... Tak – ta gospoda zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Vincent podszedł do oberżysty – wysokiego, barczystego człowieka – i delikatnie położył na ladzie srebrnego dublona. Wielkolud zerknął na niego spode łba..
- W czym pomóc?
Maniery miał dość dobre, czego jednak nie dało się powiedzieć o zapachu: z ust wionęło mu cebulą i kwaśnym winem.
- Piwa. Dobrego. I informacji.
- Informacji?
- Szukam pracy...
- Więc tutaj jej panie nie znajdziecie...
Vincent spojrzał na niego, a po chwili przeniósł wzrok na leżący na stole sztylet; misternie zdobiony, szeroki puginał, z pewnością zagraniczny. Na wschodzie używali takich od oprawiania ludzi ze skóry. Oberżysta złapał jego spojrzenie.
- Ach, tego typu prace mieliście na myśli... Mimo wszystko, tutaj nic nie znajdziesz panie. Wszystkim trzęsie cech zabójców. Są drodzy, ale skuteczni. I nie lubią konkurencji.
- Więc nie znajdzie się nic?
Wielkolud zamilkł na chwilę, myśląc nad czymś intensywnie.
- Walczyliście kiedyś... na arenie?
Nyden spojrzał na niego z zaciekawieniem.
- Arenie? Masz na myśli te zakazane przez jaśnie panującego nam cesarza praktyki, w zamierzeniu mające nawiązywać do tradycji starożytnych, a w praktyce ograniczające się do mordowania kolejnych żądnych sławy szaleńców? Nie, nie walczyłem.
Oberżysta, który w czasie tej wypowiedzi z coraz większym niepokojem spoglądał na dziwnego gościa w czerni, odetchnął z ulgą.
- Na miłość Boga! - rzekł, drapiąc się po głowie. - Aleście mnie nastraszyli panie! Myślałem, że jesteście ze straży, albo i gorzej...
- Gdybym był ze straży, leżałbyś teraz na podłodze, z gębą przyciśniętą do tych ładnie oheblowanych desek. Ale na twoje szczęście jestem tylko prostym człowiekiem, który umie wymachiwać mieczem i cierpi na wyjątkowo uciążliwy brak pieniędzy. A więc... co z tą areną?
***
Miejsce prezentowało się dość ciekawie. Przez właz, umieszczony na tyłach gospody chodziło się w dół, do obszernej komnaty, gdzie dokonywano selekcji i sprawdzano, czy przypadkiem nikt nie próbuje wejść na widownię z nożem, czy bronią palną. W końcu nie można było pozwolić, żeby jakiś furiat zepsuł widowisko... Stamtąd długim korytarzem przechodziło się na samą arenę. Całość miała kształt koła, o średnicy około czterdziestu pięciu metrów. Wyżej położone były miejsca siedzące dla publiczności, specjalne miejsca z oparciami dla nieco bogatszych, lub bardziej znaczących i loża honorowa, dla przedstawicieli cechów i władz miasta. Dół wyłożono piaskiem, co szczególnie nie dziwiło, biorąc pod uwagę charakter starć. Ściany okalające miejsce walki były grube i wysokie, aby uniemożliwić tchórzom ucieczkę, a na dodatek wyłożone wszelkiego rodzaju tarczami, fragmentami pancerzy, złamanymi ostrzami i innym żelastwem. Oprzyj się o ścianę, a w najlepszym przypadku obijesz sobie żebra, w najgorszym - nadziejesz kręgosłupem na zardzewiały kawałek topora.
- I co sądzisz panie? - zapytał oberżysta, obserwując Vincenta. - Czyż nie robi wrażenia?
- Owszem, robi. Jakie atrakcje przewidujecie dla gawiedzi? Tylko walka?
- Różnie bywa. Zazwyczaj jest typowy pojedynek, jeden na jeden. Ale zdarza się, że publiczność chce odmiany.
- I co wtedy?
- Bywa, że robimy walki w parach, albo w trójkach. Czasem wrzucamy ich tam kilkunastu i czekamy, aż zostanie tylko jeden. Zdarzają się walki z kobietami, albo samych kobiet. Mamy zwierzęta, którym podstawiamy gladiatorów, albo obdartusów z miejskiego więzienia. A jak publiczność jest już bardzo wyposzczona, robimy walki z nagrodą. Zwycięzca może wtedy wypuścić dziwkę z klatki i zrobić z nią, co chce.
"Słowem - pomyślał Vincent - wszystko, co tylko mogło przyjść do głowy żądnemu krwi tłumowi, albo szaleńcowi. Interesujące..."
- Podoba mi się. Nawet bardzo. - Nyden potarł brodę. - Ile można zarobić?
- Zależy od publiczności. Jeśli widowisko się spodoba, może nawet trzysta, trzysta pięćdziesiąt złotych dublonów.
Oberżysta patrzył, jak na twarzy przybysza wykwita jadowity uśmiech.
- Przyjacielu, za takie pieniądze wziąłbym się za bary nawet z Bogiem Jedynym!
CDN.

















































Odpowiedzi
Zapowiada się całkiem
Zapowiada się całkiem ciekawie. Widzę tu zalążki bardziej przemyślanego, konkretniejszego świata :) Z pewnością będę śledzić następne części. Zainteresowałeś mnie, do tego przyciągnąłeś swoim charakterystycznym stylem, który tu dobrze pasuje.
Mam tylko wrażenie, zresztą nie pierwszy raz w twoich tekstach, że początek napisany był bardziej "od niechcenia", "na kolanie", z czasem rozkręcasz się coraz bardziej, byków mniej, styl bardziej spójny i harmonijny, dobór słownictwa bardziej przemyślany, przykuwający uwagę, mocniejszy i bardziej zaakcentowany w odpowiednich miejscach sposób przekazu. Znam to zresztą z własnego doświadczenia, dlatego mam taką małą radę: początki zawsze czytać raz jeszcze i będąc już "w pełni mocy twórczych" dopieszczać z większą uwagą, niż całą resztę.
Uwagi techniczne:
"Mężczyzna kiwnął głową, odebrał klucz i wszedł na piętro. Pomieszczenie znajdowało się niemalże naprzeciwko schodów. Przekręcił klucz w zamku i wszedł do pokoju." - klucz- powtórzenie.
"z każdym kilometrem przebytej drogi, coraz mocniej zaczynał żałować, że opuścił gospodę." - zapomniałeś wielkiej litery.
"a dziewki chętne, by spocząć na kolanach i pozwolić by człowiek zanurzył się w ich objęciach." - pozwolić, by (przecinek) - najlepiej jednak zrezygnować z "by" bo się brzydko powtarza. Może "pozwolić człowiekowi zanurzyć się w ich objęciach"?
"Zadziwiające jest, jak mocno miasto może być zależne od takich drobnostek, jak trakt handlowy. ani jak szybko miasto jest w stanie z bogatego grobu zmienić się w rynsztok." - przed "ani" przydałby się przecinek, zamiast kropki.
"jakby karcąc ta całą hałastrę zgromadzoną na tym rynku rozpusty," - tą - poza tym zaimkoza lekka "tą", "tym" - z jednego sugerowałabym zrezygnować.
"Dół wyłożony był piaskiem, co było dość dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę charakter starć. Ściany okalające miejsce walki były grube i wysokie" - zdecydowanie za dużo "byłów".
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Ach, "Chwała..."! Mój
Ach, "Chwała..."! Mój ukochany z wszystkich Twoich tekst, na którego kontynuację nie mogłam się doczekać - z dziką przyjemnością przeczytam jeszcze raz w li tylko Twojej wersji, choć nie ukrywam, że szkoda trochę, że nie mogę tu już dorzucać swoich trzech groszy... ;) Z drugiej strony niezwykle komfortowo być czytelnikiem i czekać na ciąg dalszy niż współpisarzem myślącym wciąż, jak nie spieprzyć takiego tekstu ;].
Uwagi mam dwie, treściowe, nie językowe - po pierwsze Lori już je poprawiła, po drugie nie chciało mi się kopiować każdego braku przecinka, wiele ubytków nie zauważyłam. Jakbyś sobie życzył wychwycenia wszystkich, proszę wersję dokumentu na maila i poprawę w programie tekstowym, leniwa jestem... ;p
Wspomniane uwagi:
"Zresztą... Vincentowi zdarzało się już sypiać w gorszych ruderach. Zdjął przemoczony płaszcz i powiesił na oparciu krzesła, kapelusz rzucił gdzieś w kąt. Odpasał miecz i pas ze sztyletami. Spojrzał na kominek i grube drwa. Podszedł do nich i lekko musnął je palcami; drewno było suche, idealne do rozpalenia ognia. Westchnął ciężko i cofnął rękę; po chwili w górę strzeliły płomienie, a pokój wypełnił się miłym ciepłem."
Pamiętam opis bohatera z poprzedniej wersji tekstu... i w tym miejscu uważam, że czytelnik chciałby zobaczyć jego fryzurę... ;p Zdejmujesz kapelusz, pokazujesz, co jest pod nim - czytelnik wie już jakie bohater ma oczy, ale nie wie, czy i jakie ma włosy... A właśnie w tym momencie zaczyna je sobie wyobrażać i napisanie tego później sprawi, że być może będzie musiał swoje wyobrażenia rewidować - błąd autora (no chyba że zrezygnowałeś z dookreślania tego i nigdy do opisu głowy Vincenta nie wrócisz, ale może lepiej jednak ją opisać?).
"Van der Nyden skrzywił się nieco, choć w duchu musiał przyznać, że nazwa była całkiem interesująca." - czy to określenie padło wcześniej i je przeoczyłam, czy mam się domyślać, kto się krzywi? ;p
--
bezczelna i ruda
Co do fryzury - zgadzam się
Co do fryzury - zgadzam się z tesską.
Ale określenie "Van der Nyden" padło i jestem o tym przekonana, w poprzednich częściach. Inaczej miałabym również problemy z domyślaniem się o kogo chodzi, albo chociaż dłużej bym się nad tym zastanowiła, zanim bym doszła drogą dedukcji. Ale nie, ja to określenie znałam i pamiętałam, więc musiało pojawić się wcześniej.
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna