Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Pan Tot Cz. I

14 lipca 1892 roku

Nie wiem właściwie, po co znów zaczęłam pisać ten pamiętnik… Może brakowało mi miejsca, gdzie mogłabym wyspowiadać się ze wszystkich najintymniejszych myśli? Może potrzeba uzewnętrznienia się, wyrzucenia z siebie całego tego gówna była już zbyt duża? A może po prostu jestem zadufaną w sobie idiotką, której nudzi się wieczorami i musi zająć czymś ręce i umysł? Cholera… te dziesięć lat przerwy jednak robi swoje. Mam coraz większe problemy z zebraniem myśli i przelaniem ich na papier. Cóż… widocznie to wpływ środowiska. Jeśli zbyt długo przebywasz z najgorszymi mętami i osobami o lotności ceglanego muru, mimowolnie nasiąkasz tym wszystkim. Dziadziejesz… Ech, cholera…
Z drugiej strony, powinnam się raczej cieszyć. Jeszcze niedawno jedyne perspektywy, jakie otwierały się przede mną, to wizja mojego tyłka, wywalanego za drzwi Głównego Inspektora londyńskiej policji. Oj tak, stary wyga mnie nie lubi. Z wzajemnością zresztą. A wystarczyła do tego jedna odmowa spędzenia nocy z Nadinspektorem i kilka spraw niemożliwych do rozwiązania, które potem z lubością mi przekazywał. A jak wiadomo, jeśli sprawa jest nierozwiązana, to winę ponosi tu tylko prowadzący ją. A jak jeszcze jest kobietą…
W każdym razie teraz sytuacja jest zdecydowanie inna. Mam nowe stanowisko, nowych ludzi i nowe problemy. Tylko robota ta sama. Oczywiście, nie mogę narzekać, choć biorąc pod uwagę początki, mogłabym to robić długo i soczyście…

Elizabeth przyglądała się pracy straży ogniowej, gaszącej starą kamienicę. A właściwie to, co z niej zostało. Z wiekowego, choć solidnego budynku, został raptem jeden róg, z kawałkiem północnej i wschodniej ściany. Bomba, umiejscowiona zapewne pod schodami, rozerwała parter i ściany nośne. Budynek złożył się niemal jak harmonijka, grzebiąc pod gruzami co najmniej czterdzieści osób. Elizabeth ostrożnie mijała strażaków, szkło z wybitych szyb chrzęściło jej pod stopami. Zerknęła w stronę gruzów: trzech mężczyzn wyciągało właśnie spod kamieni żywą dziewczynkę: cała była zakrwawiona a prawa noga przypominać mogła wszystko, tylko nie ludzką kończynę. Na szczęście nie krzyczała. Była w tak dużym szoku, że należało wątpić, czy rozumie, co dzieje się wokół niej. Twarz kobiety wykrzywił grymas.
- Nieprzyjemny widok, co? To cud, że skończyło się tylko na nodze…
Elizabeth spojrzała w bok i dostrzegła Milesa, strażaka biorącego udział w akcji. Dobry fachowiec i równy gość, bez tych wszystkich diabelnych uprzedzeń. Jeden z niewielu ludzi, którzy rozmawiali z panią inspektor z własnej, nieprzymuszonej woli.
- Jeżeli jesteś jeszcze w stanie nazwać to nogą. – zapaliła papierosa. – Co masz dla mnie?
- To co zwykle. Bomba podłożona w takim miejscu, by wywołać jak najwięcej szkód, całość zamknięta w beczułce po winie, specjalna mieszanka użyta jako materiał wybuchowy…
- Nikt oczywiście nic nie słyszał, nic nie widział. Cicha, spokojna dzielnica, nagle bum i czterdzieści trupów. – Elizabeth wypuściła dym z ust i rzuciła niedopałek na ziemię. – Standard.
- Twoje poczucie humoru trochę nie pasuje do sytuacji…
- Ale pasuje do mojego nastroju. Najpierw dostałam śledztwo w sprawie zabójstw emerytowanych sanitariuszek, a teraz tego… jak mu tam było?
- Szalonego Bombiarza.
- No właśnie… Ferguson tylko czeka, żeby mnie wywalić na bruk, a biorąc pod uwagę te dwie sprawy – chyba wreszcie skończy tą zabawę i rzeczywiście się mnie pozbędzie.
- Dobra, ja wracam do swojej roboty. Chłopcy chyba skończyli już wyciągać żywych…
Elizabeth nie powiedziała nic. Przez chwilę jeszcze wpatrywała się w gruzowisko, rozmyślając nad motywami działania ludzi pokroju Bombiarza. Co właściwie pchało ich do działania? Chęć sławy? Żądza krwi? Psychiczny uraz? A może po prostu nuda? Tą ostatnią ewentualność inspektor starała się od siebie odsunąć. Mimo tylu przeżytych lat, nadal nie chciała zaakceptować tego prostego faktu, że człowiek jest zdolny popełniać zbrodnie z powodu zwykłej nudy, nagłego impulsu, sprawdzenia, czy złapią go, czy nie? Kiedyś wszystko było prostsze. Pieniądze, władza, seks, miłość, religia – to były powody, dla których warto było zginąć. A teraz? Świat stanął na głowie…
- A diabli niech to wezmą…
Elizabeth poprawiła cylinder i ruszyła w kierunku swojego mieszkania. Odchodząc, kątem oka dostrzegła wysokiego, łysego mężczyznę w ciężkim, skórzanym płaszczu, przypatrującego się miejscu ataku. Przez chwilę przyglądała mu się i ruszyła dalej. Jeszcze tego brakowało, żeby musiała przejmować się każdym dziwolągiem w tym mieście…

***
Posterunek londyńskiej policji był swego rodzaju mikrokosmosem, gdzie krzyżowały się interesy kilkunastu grup, związków czy stowarzyszeń. W krajobrazie metropolii komisariat był czymś w rodzaju samotnej wyspy, tudzież udzielnym państwem w państwie. Albo zoo, w zależności od upodobań odwiedzającego. Był to znakomity przekrój przez warstwy londyńskiego mieszczaństwa: byli tu kanciarze i oszuści, zwykli złodzieje i skorumpowane szumowiny, dziwki i ladacznice, drobne cwaniaki, pokątni handlarze, nadpobudliwi brutalne, potulne owieczki, płomienni fanatycy, leniwe wieprze, rasiści, anarchiści, tępiący się nawzajem wierzący i heretycy, zwykli funkcjonariusze, doskonali śledczy, prawi obywatele i zalewająca wszystko szara masa niczym niewyróżniającego się tłumu. A w samym środku tego domu wariatów inspektor Elizabeth Craven, nad głową której zbierały się coraz ciemniejsze chmury.
Była tutaj jedyną kobieta na stanowisku śledczego. Większość żeńskiej części załogi stanowiły sekretarki i stójkowe, co niekoniecznie pozytywnie wpływało na pracę Elizabeth. Właściwie to wpływało całkiem źle. Niewiadomo dlaczego, większość funkcjonariuszy wyszło z założenia, że zdobyła swoje stanowisko dzięki własnemu ciału i próbowało to wykorzystać. Z różnym zresztą skutkiem. Raz kończyło się to złamanym nosem albo nocnymi koszmarami tego czy owego mężczyzny, innym znów razem – problemami dla Elizabeth, włącznie z zagrożeniem zwolnienia z powodu słabych wyników. Jakby zresztą potrzebny był pretekst…
Craven raz jeszcze przejrzała dokumentację dotyczącą Bombiarza, choć doskonale wiedziała, że nic z tego nie wyniknie. Brak świadków, brak motywu, brak podejrzanych… Tabula rasa. Nie, żeby była zdruzgotana z tego powodu, wręcz przeciwnie – była już do tego przyzwyczajona. Ale jej duma śledczej jakoś nie przyjmowała tego do wiadomości.
- Elizabeth, komisarz cię wzywa. – usłyszała nagle nad sobą i dostrzegła Ritę; miłą, drobną blondynkę zdecydowanie niepotrafiącą poradzić sobie z namolnymi facetami. – Jest w gabinecie. Z jakimiś dziwnymi ludźmi.
Dziwnymi ludźmi… w sumie nic nowego. Innych tutaj nie dało się zauważyć. Elizabeth z ociąganiem wstała i udała się do gabinetu komisarza: zdecydowanie zbyt wystawnego i umeblowanego bez gustu, zamieszkiwanego przez skalnego trolla. Nie, wróć: trolle były milsze.
W środku znajdowały się trzy osoby. Komisarz nadinspektor Ferguson – podstarzały, łysy, o twarzy nabrzmiałej i czerwonej od wypitego alkoholu, posiadacz brzucha większego niż wojskowy bęben – siedział za biurkiem i z pewnym niepokojem zerkał na dwóch pozostałych mężczyzn. Jednym z nich był wysoki, starszy człowiek, chudy jak szkielet, o długich, siwych włosach, nieco szczurzej twarzy i orlim nosie. Pomimo ciepła nie zdejmował płaszcza i rękawiczek, natomiast bez przerwy uśmiechał się, chowając wzrok za ciemnymi okularami. Drugim człowiekiem okazał się mężczyzna, którego Elizabeth widziała na miejscu ostatniego ataku bombiarza: wysoki, dobrze zbudowany, o krzaczastej brodzie i zimnym, stalowym spojrzeniu. Ubrany w zupełnie niewiarygodny w taką pogodę ciężki, skórzany płaszcz ze skóry bawołu czy bizona i ciężkie buciory. Najciekawsze były jednak jego tatuaże: dwa czarne węże, biegnące po szyi i potylicy, łączące się dopiero na czubku jego łysej głowy. Doprawdy, ciekawe zbiegowisko w piątkowe przedpołudnie!
- Chciałbym panom przedstawić inspektor Elizabeth Craven. – Ferguson wstał z miejsca i wskazał na przybyłą. – Eli, to jest…
- Sir Charles Skinner. – chudy starzec wstał z miejsca i ucałował Elizabeth w dłoń. – Miło poznać tak czarującą kobietę. Pozwoli pani, że przedstawię – pan Marcus Carpenter, były żołnierz.
Elizabeth podała mężczyźnie dłoń przez chwilę, dosłownie przez moment, kiedy ich dłonie się zetknęły, poczuła coś w rodzaju nagłego impulsu, który przeszedł po jej ciele. Ki diabeł?
- Pan Skinner ma do ciebie interes, moja droga. – Ferguson starał się być milszy i bardziej usłużny niż zazwyczaj. I prawie mu się udawało.
- Owszem. I tak się składa, komisarzu, że owa sprawa jest skierowana bezpośrednio do panny Craven i pana Carpentera, prosiłbym więc, by nas pan opuścił… na pewien czas.
Komisarz zamrugał kilkukrotnie, jakby nie do końca rozumiejąc słowa chudzielca. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w niego, ale w końcu sapnął, ciężko wygramolił się za biurka i wyszedł, klnąc pod nosem. Elizabeth, nawet nie czekała, aż Ferguson odejdzie dalej: natychmiast przekręciła klucz w zamku, minęła obu mężczyzn i rozsiadła się w skórzanym fotelu swojego przełożonego. Nie przejmując się zbytnio obcymi, położyła nogi na blacie i sięgnęła po pudełko cygar, które komisarz zawsze trzymał na biurku. Wzięła jedno i zapaliła, rozkoszując się jego aromatem. Spojrzała na Skinnera.
- Och, przepraszam.... – powiedziała, wyciągając pudełko w stronę starca. – Poczęstują się panowie?
- Nie, dziękuję. – mężczyzna uśmiechnął się szeroko i zdjął okulary; miał wyjątkowo intensywnie niebieskie oczy. – Widzę jednak, że historie o pani bezpośredniości, niechęci do zasad i autorytetów nie były przesadzone.
- A nie mówili nic o moim poczuciu humoru? Jestem zdruzgotana…
Sir Charles zaśmiał się serdecznie.
- Doprawdy, jest pani zdecydowanie bardziej intrygująca, niż to wynikało chociażby ze słów pana Fergusona.
- Cieszy mnie to. Ale nie przyszedł pan tu chyba, żeby prawić mi komplementy?
- Nie, oczywiście że nie! – Skinner odsunął się nieco od biurka i sięgnął zapewne do torby, której Elizabeth wcześniej nie zauważyła, bo po chwili w jego dłoni znajdowało się kilka fotografii, które zresztą od razu podał inspektor. – Proszę się im przyjrzeć. Zostały zrobione w różnych miejscach i w innym czasie, ale skłonni jesteśmy wierzyć, że przedstawiają tego samego człowieka. Newcastle, lipiec 1888; Manchester, czerwiec 1889, na trzy tygodnie przed bombardowaniami; Liverpool, marzec 1890; Brighton, sierpień 1890; Cambridge, październik 1891… i Londyn, kwiecień tego roku. Podobieństwo jest uderzające, prawda?
Rzeczywiście; Elizabeth mogłaby przysiąc, że na każdym zdjęciu znajduje się ten sam człowiek. Nie, ona była pewna. Wysoka postać, dziwnie prosta sylwetka, pewna sztywność ruchu, ciemny płaszcz i kowbojski kapelusz. Może zwłaszcza ten ostatni. Co prawda Amerykanie czasem przybywali do swojej „starej ojczyzny”, ale łatwiej znaleźć igłę w stogu siana, niż człowieka w takim stroju.
- Kim on jest? – zapytała, poniewczasie gryząc się w język. Jeszcze tego brakowało, żeby staruch zauważył, że jest ciekawa tych zdjęć. A była ciekawa jak wszyscy diabli.
- Tego właśnie nie wiemy. Według raportów, przybył tutaj na wiosnę 1888, statkiem z Ameryki, jakoby w celach rodzinnych. Podobno też wśród biedoty, zwłaszcza dzieci, krąży historyjka o człowieku, który poluje pod osłoną nocy na złych ludzi. Ktoś ułożył nawet rymowankę na jego cześć. Nazywają go Pan Tot.
- Todd? – Elizabeth spojrzała na Skinnera lekko rozbawiona. – Jak ten golibroda, Sweeney?
- Nie Todd, ale Tot. – odezwał się po raz pierwszy drugi z mężczyzn, każący nazywać się Marcusem; głos miał głęboki i spokojny, ale pani inspektor aż w uszach zaszumiało, od zgromadzonej tam mocy. Niekoniecznie ludzkiej. – Po niemiecku oznacza to śmierć.
- Pan Śmierć. Nie powiem, żeby jego przydomek był specjalnie pociągający…
- Ale doskonale pasuje do tego człowieka. Jeśli wierzyć plotkom i nie zawsze wiarygodnym informacjom z Ameryki, Pan Tot jest odpowiedzialny za kilkaset przypadków śmierci, mających miejsce na terenie całego kraju przez ponad dekadę, począwszy od roku 1874 lub1875. Zresztą, po jego przyjeździe tutaj – o ile oczywiście to ten sam człowiek – miało miejsce kilka… wypadków. Zdecydowanie nieszczęśliwych. I krwawych.
Craven skrzywiła się. Doskonale orientowała się, do czego zmierzała ta rozmowa i specjalnie się jej to nie podobało. Jakby miała mało problemów ze „swoimi” psychopatami, ktoś chciał jej wsadzić na głowę jeszcze importowanego…
- I zapewne chciałby pan, żebym zbadała sprawę, jako jedyna osoba na tym posterunku, która byłaby skłonna zając się czymś tak… nienormalnym, prawda?
- Nie do końca, ale ogólnie o to właśnie mi chodzi. Proszę czekać! – Skinner podniósł rękę, widząc jak Elizabeth zamierza wstać. Jego twarz stała się zdecydowanie poważniejsza, niż na początku. – Wiem, jaka będzie pani odpowiedź i niestety, nie mogę jej uszanować… Wie pani, co to takiego Biuro Griswolda?
- Proszę mówić mi po imieniu. – Craven wypuściła z ust kłąb śmierdzącego dymu. – A o biurze wiem co nieco. Specjalny zespół, uformowany trzydzieści lat temu przy MI5, mający w założeniach zajmować się tropieniem i unieszkodliwianiem wariatów, psychopatów i ludzi o ponadnaturalnych zdolnościach, mogących stanowić zagrożenie dla korony… Ale oczywiście to tylko plotki, prawda?
- Prawda. – staruszek uśmiechnął się ponownie, tym razem szczerze i bez ironii. – Doprawdy, nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jakim cudem można było wcześniej nie skorzystać z pani inteligencji i… zdolności.
- Powiedzmy, że nie miałam szczęścia do zwierzchników. Zazwyczaj lubią przekazywać mi do rozwiązania sprawy niemożliwe.
- Rozumiem. W takim razie posłuchaj, Elizabeth. Ten człowiek, Pan Tot, może okazać się cennym nabytkiem dla Biura. Nie wiem, czy jest dobry, czy zły; czy będzie skłonny z nami współpracować, czy trzeba będzie go usunąć. Nie mam jednak wątpliwości, że informacje, jakie posiada, mogą okazać się istotne dla dalszego funkcjonowania naszego kraju i bezpieczeństwa królowej. Dlatego też, – jeśli podejmiesz się tego śledztwa, razem z panem Marcusem w charakterze partnera – gwarantuję ci trzy rzeczy: nietykalność na tym posterunku i awans; szeroki dostęp do zasobów policyjnych, wywiadu i Królewskiego Wielkiego Archiwum i…
- I?
- Zdjęcie ograniczeń Maskarady do poziomu drugiego i przywrócenie tytułu wampirzego Mistrza miasta Londyn.
Cóż… nieumarli mają to do siebie, że dość kiepsko potrafią okazywać emocje. Nie chodzi tutaj bynajmniej o rzeczy tak podstawowe, jak gniew czy radość: tego typu zachowania potrafią oddać nawet zwierzęta i jest to bardziej kwestia instynktu. Nie ulega jednak wątpliwości, że zazwyczaj nosferatu są jednostkami zdystansowanymi, by nie rzec – posągowymi, rzadko ulegającymi afektom. Na tym tle Elizabeth prezentowała się niemal ludzko, choć niekoniecznie była z tego zadowolona: zaskoczona słowami Skinnera, gwałtownie wstała z krzesła i przez dobrą chwilę wpatrywała się w starca wybałuszonymi oczami. Zresztą, mogłaby przysiąc, że i Marcus wydaje się być zdziwiony słowami swego zwierzchnika. Nagle jednak inspektor wybuchła śmiechem, podniosła wywrócone krzesło i ponownie na nim usiadła.
- To było… interesujące panie Skinner. Doprawdy, prawie w to…
- To nie był żart, Elizabeth. – mężczyzna wszedł jej w słowo; oczy lśniły mu dziwnym blaskiem i dla Craven stało się jasne, że nie ma sensu prowadzić żadnych gierek; ten człowiek – o ile oczywiście był to człowiek - wiedział więcej, niż przypuszczała. I więcej, niż by chciała. – To poważna propozycja. Nie będę ukrywał, że zależy mi na współpracy i stąd te wszystkie ustępstwa. A to nie wszystko, co jestem w stanie zaoferować za twą pomoc… Więc, jaka jest twoja odpowiedź, inspektor Craven?

No i jak mogłabym się nie zgodzić? Nie będę nawet ukrywać, jak ucieszyła mnie skwaszona mina Fergusona, kiedy dowiedział się o moim awansie i nowej funkcji. O tak! Piękny był to widok, kiedy jego gęba zaczerwieniła się niczym piec hutniczy! Choćby i z tego powodu warto było przystać na propozycje Skinnera. Zresztą, nie dalej niż wczoraj przybyło kilka osób, skierowanych przez sir Charlesa do pomocy. Inteligentni, precyzyjni i skrupulatni – czułam się jakbym trafiła do innego świata! Oczywiście reszta posterunku (z nielicznymi wyjątkami) zaczęła nazywać nas Duchołapami, ale niejednemu mina zrzedła, gdy dowiedział się, jakie pensje przysługują mnie i moim podwładnym. No i kwestia mojej pozycji w Loży… nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak wielkie trzeba mieć kontakty i znajomości, żeby zaoferować coś takiego. I żeby taką obietnicę dotrzymać. Jeszcze nie słyszałam, żeby któraś z lóż dokonała podobnego awansu. Zwłaszcza, gdy na wokandzie była taka niepoprawna idiotka jak ja.
Jedyne co mnie nieco rozprasza, to mój nowy partner – Marcus. Z tego, co opowiadał mi Skinner i jedna z nowych funkcjonariuszek, Marie bodajże (a może Mary?) wynikało, że Carpenter był jednym z lepszych członków Griswolda i jednym z dziwaczniejszych. Połowę swojego życia spędził w Afryce i Azji, poznając wierzenia i magię różnych plemion o nazwach, których nie zna większość podróżników. Podobno płaszcz, który nosi, wykonał z samodzielnie ubitego bizona, a lata praktyk uczyniły z niego bardzo silnego szamana i czarownika. Wydaje się być dość dziki i nieobeznany z zasadami przebywania wśród ludzi, ale myślę, że nie będzie to stanowiło aż tak wielkiego problemu…

Odpowiedzi

portret użytkownika tess

* 14 lipca 1892 roku - też

* 14 lipca 1892 roku - też dałabym kursywą, bo to chyba fragment wpisu?
* te dziesięć lat - "tych dziesięć lat"
* wywalanego za drzwi Głównego Inspektora - bardziej by mi brzmiało "przez Głównego Inspektora"
* Z wiekowego, choć solidnego budynku - "Z wiekowego choć solidnego budynku" lub "Z wiekowego, choć solidnego, budynku"
* został raptem jeden róg - "narożnik"
* i wschodniej ŚCIANY. Bomba, umiejscowiona zapewne pod schodami, rozerwała parter i ŚCIANY nośne.
* szkło z wybitych szyb chrzęściło jej pod stopami. - "podeszwami"?
* prawa noga przypominać mogła wszystko, tylko nie ludzką kończynę. Na szczęście nie krzyczała. - noga nie krzyczała? ;p
* [Z]apaliła papierosa
* chyba wreszcie skończy t[ę] zabawę
* Elizabeth nie powiedziała nic. - przed chwilą mówiła ;p bardziej by mi pasowało "nie powiedziała już nic"
* nad motywami DZIAŁANIA ludzi pokroju Bombiarza. Co właściwie pchało ich do DZIAŁANIA? - i zaraz potem jeszcze powtórzenie "nuda", "z nudy"
* sprawdzenia[/,] czy złapią go, czy nie

OK, na razie dotarłam do gwiazdek i muszę przerwać czytanie. Na razie dostajesz więc sugestie poprawek, potem doczytam resztę i ocenię hurtowo.

Zastanawia mnie tylko, jakim cudem kobieta dostała tak wysokie stanowisko ;p

portret użytkownika Jostein Siwy

"Manchester, czerwiec 1889,

"Manchester, czerwiec 1889, na trzy tygodnie przed bombardowaniami;"
To mnie trochę zdziwiło. O ile wiem, pierwszy nalot na Anglię miał miejsce 19 stycznia 1915 roku, przy użyciu sterowców. W XIX wieku bomb zrzucać raczej nie było z czego.

--------------------------------------------------
Rzucił Vetinariemu spojrzenie, które mówiło: Jeśli posuniesz się dalej, będę musiał kłamać.
Vetinari odpowiedział mu takim, które mówiło: Wiem!

portret użytkownika Vivaldi

Tyle że ja niekoniecznie idę

Tyle że ja niekoniecznie idę w zgodzie z historią :> To opowiadanie - jak i inne z Elizabeth - ma być raczej czyms w rodzaju steampunka, choc nie zawsze to jasno zaznaczam...
A co do bombardowań... miałem raczej na myśli ostrzał artyleryjski, ale widzę, że złego słowa użyłem :>

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi