Pan Tot Cz. II
20 lipca 1892
Dobra, odwołuje wszystko! To jednak będzie wielki problem! Do wszystkich diabłów! To jest Anglia! Tu są pewne zasady! I zostały wymyślone, żeby ich przestrzegać do jasnej cholery! Chryste… Gdybym wiedziała, że spotka mnie coś takiego, kazałabym Skinnerowi spisać umowę i złożyć podpis z własnej krwi!
Cóż takiego się stało, że klnę, na czym świat stoi? Otóż mój „partner” ni mniej, ni więcej, tylko się do mnie wprowadził! Tak, dokładnie – wprowadził! Nie przyszedł zapytać o pozwolenie, radę czy cokolwiek innego, tylko wszedł jak do siebie! No dobra, przesadzam trochę… Ale jak można reagować, kiedy ktoś przychodzi do pracy z wielgachną walizką i mówi ci, że od dzisiaj będzie mieszkał u ciebie? Myślałam że mi serce stanie (gdybym już od dawna nie była martwa…). Uwierzylibyście, że facet pracujący w Griswoldzie, którego budżet liczyć można w milionach funtów, nie ma groszy przy duszy?! Nawet złamanego pensa! Ba! On nawet pokoju w hotelu nie miał – ostatni tydzień spędził w londyńskich zaułkach, podbierając żarcie na bazarach! Świat się kończy…Niestety, nie miałam wyboru i musiałam go przyjąć – wszyscy orientowali się, że jestem typową, szaloną emancypantką i nie mam mężczyzny, więc wpuszczenie pod dach mojego współpracownika wydawało się dość oczywiste (bo nikomu by chyba nie przyszło do głowy, żeby rozmawiać z takim ponurakiem jak Carpenter dłużej niż trzeba). Niestety, dla mnie sprawa była dość niezręczna, z pewnego dość delikatnego powodu…
Okolica, w której mieszkała Elizabeth nie była najlepszym miejscem, w którym człowiek mógłby mieszkać. Nie była to jednak wina warunków jako takich, bynajmniej. W przeciwieństwie do wielu części Londynu, gdzie po zapadnięciu zmroku strach było wychodzić na ulice, lokatorom kamienic ceglany pył sypał się na głowy a znalezienie trupa w stercie śmieci nie było niczym nadzwyczajnym, dzielnica Blossombury była miejscem cichym, spokojnym, czystym i nudnym jak diabli. Wszystko było tu na miejscu; żadnego bałaganu, hałasu czy zamieszania, które sprawia, iż czujesz, że mieszkasz wśród ludzi, a nie w kostnicy. Zresztą, sąsiedzi też byli ciekawi – przynajmniej ci, którzy żyli. Tak się jakoś dziwnie bowiem złożyło, że większość mieszkań była własnością ludzi starych. A tacy mają to do siebie, że czasem zdarzy im się umrzeć. Pół biedy, jeśli kostucha dopadnie ich na przykład w sklepie z kapeluszami, albo u rzeźnika. Wtedy zazwyczaj takie mieszkanie zostaje przekazane rodzinie zmarłego, która czyści je z wszelkich precjozów, zamyka i się nim więcej nie przejmuje. Gorzej, gdy lokator umrze, powiedzmy na to, w czasie obiadu. W takim wypadku może minąć i miesiąc, zanim ktokolwiek się zorientuje, że pani Smith czy pan Kinley się nie pokazują, natomiast w ich mieszkaniach coś potwornie cuchnie. Skutek w każdym razie jest taki, że większość mieszkań w dzielnicy jest pusta, miasta to nie obchodzi, a świat lokatorów zazwyczaj kończy się na czterech ścianach swojego domu. Całkiem wygodne.
Elizabeth swoim zwyczajem nie zapalała światła, wchodząc na drugie piętro, gdzie miała mieszkanie. Zawsze czekała, aż któryś z lokatorów niebacznie potknie się i spadnie, skręcając kark, ale jak na złość, jeszcze nikt się nie potknął. Inna sprawa, że Marcusowi, taszczącemu walizę, ciemność również nie przeszkadzała.
Tuż przed drzwiami Craven przystanęła. W środku było ciemno, z czego bardzo się ucieszyła. Przekręciła klucz w zamku i weszła do środka. Nie zdołała jednak uczynić nawet trzech kroków, kiedy nagle z ciemności coś wyskoczyło i rzuciło się Elizabeth na szyję.
- Wróciłaś! – ciszę rozdarł ciepły, dziewczęcy głos. – Czemu tak długo? Miałaś tu być o szóstej!
- Przestań Saro. – inspektor oswobodziła się z objęć dziewczyny i postawiła ją na ziemi. – Zachowuj się. Mamy… gościa.
Po chwili dało się usłyszeć tupot bosych stóp i pokój oświetliło kilka lamp elektrycznych. W ich świetle Marcus dostrzegł niewysoką, uśmiechniętą, rudą dziewczynę, o rumianej twarzy, pięknych, zielonych oczach, zgrabnej, choć już kobiecej sylwetce, ubraną w zwiewną, czarną halkę. Widok ten był dla mężczyzny tyleż interesujący, co zaskakujący. Dla Sary zresztą chyba też.
- A kto to? – zapytała, wskazując na Carpentera. – Twój przyjaciel Eli?
- Mój współpracownik. Będzie z nami od dzisiaj mieszkać.
Dziewczyna podeszła do Marcusa i obejrzała go z każdej strony. W końcu podała rękę na powitanie.
- Witaj. Jestem Sara. – powiedziała beztrosko. – Mam nadzieję, że będzie ci z nami wygodnie, bo Eli czasami narzeka, że cicho tu jak w trupiarni… Napijesz się herbaty?
- Chętnie.
Zielonooka uśmiechnęła się i pobiegła do kuchni, Marcus natomiast zamknął drzwi i położył walizę pod ścianą. Elizabeth cały czas spoglądała na niego spode łba.
- Żeby ci tylko głupie rzeczy do głowy nie przyszły…
- Nie musisz się obawiać, nie mam powodu żeby interesować się twoim życiem osobistym i osobą, z którą dzielisz łóżko.
- Skąd ty…
- Daj spokój, to widać od razu. A ślady ugryzień na szyi, choć słabo widoczne, zdają się to potwierdzać. – mężczyzna usiadł na krześle i poczęstował się ciastkiem, leżącym na półmisku. – Zresztą, ja też wolę kobiety.
***
Elizabeth nie przepadała za niespodziankami, niezależnie od tego, czy były miłe czy też nie. Mimo to szczerze się ucieszyła, widząc Willego „Trawkę” Thomsona. Właściwie to wcześniej go wyczuła, gdyż tego dnia mgła w Londynie była potwornie gęsta, nawet jak na angielskie standardy. Mógłbyś nóż w powietrzu zawiesić i czekać, aż ktoś się na niego nadzieje. Willy był stosunkowo młodym wampirem – nie-żył nie dłużej niż dwadzieścia lat. Za życia był drobnym złodziejaszkiem i podrywaczem, po śmierci zaś Mistrzowie postanowili wykorzystać jego znajomość londyńskich zakamarków, skrótów i kryjówek, powierzając mu posadę kuriera. Nie był co prawda zbyt lotny, jeśli chodzi o intelekt, ale sumienności i oddania swojej pracy każdy mógł mu pozazdrościć.
- Kogóż ja tu widzę? – powiedziała Elizabeth, uśmiechając się promiennie. – Czyżbyś przyszedł wyrównać karciane długi?
- Ty i to twoje poczucie humoru. – Thomson odpowiedział uśmiechem. – Oddam wszystko co do grosza. Kiedyś. A teraz mam dla ciebie przesyłkę od Lorda Juliusa.
Mężczyzna wyciągnął z torby długą i cienką szkatułkę. Craven ucieszyła się na ten widok. Otworzyła wieko, odgarnęła czarny jedwab wyścielający wnętrze i wyciągnęła z pudełka laskę: cztery stopy długą, z lśniącym czernią drewnem i złotą rękojeścią, w której tkwił czarny diament, jarzący się jakby wewnętrznym ogniem, pociągający i groźny.
- A niech mnie, a jednak to prawda. – Willy spojrzał na inspektor z nieukrywanym zachwytem. – Severson miał rację, znowu jesteś Mistrzem!
- Oczywiście. Choć zastanawia mnie, jak tego typu wieści mogły się tak szybko rozejść w Legowisku…
- Żartujesz? Wszyscy o tym wiedzieli! Po tym jak do Juliusa przyszedł jakiś staruch. Słowo daję – z jego gabinetu słyszałem taki stek przekleństw i gróźb, jakiego jeszcze nigdy nie uświadczyłem! Ten człowiek… Skinner mu chyba było, siedział u Juliusa ledwie piętnaście minut, po czym wyszedł uśmiechnięty, gdy tymczasem cały gabinet był wywrócony do góry nogami, a sam Lord wyglądał gorzej, niż po ostatniej rozmowie z tobą…
- Interesujące… - Elizabeth założyła ręce na piersi; szczerze cieszyła się ze zwrotu tytułu, jednak sir Charles nabrał w jej oczach jeszcze większej tajemnicy. Któż bowiem jest w stanie tak zmęczyć Mistrza, prócz innego nosferatu? – A słyszałeś jeszcze coś ciekawego?
- Owszem, ale nie dowiedziałaś się tego ode mnie. – Trawka nachylił się w stronę inspektor. – Podobno Juliusz był tak niechętny, bo z sześciu Mistrzów ostaliście się tylko ty i on. Karinę, Tytusa, Bertolda i Giuseppe ktoś zlikwidował i Juliusz obawia się skandalu i utraty posłuchu wśród arystokracji. Ale ja nic nie mówiłem, pamiętaj. A teraz znikam.
Elizabeth nawet nie próbowała zatrzymywać kuriera, zajęta rozmyślaniem. To, że Lord Galoway nie był skory do zwrócenia jej tytułu było dość oczywiste, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich ostatnią rozmowę, kiedy omal nie odrąbała mu głowy, zadowalając się tuzinem jego sług. No i oczywiście im mniej Mistrzów, tym większe są wpływy i szacunek wobec każdego z osobna. Arystokracja miała w takich sytuacjach raczej sporo sympatii dla wampira, który potrafi odpowiednio przygotować grunt wokół siebie… Jednak śmierć czterech nosferatu tej rangi było czymś… niemożliwym do przyjęcia. Do wszystkich diabłów, przecież to nie byli pierwsi lepsi krwiopijcy, tyko kilkusetletni nieumarli! Kto był w stanie dokonać takiej masakry?
- Załatwiłaś już interesy? – z mgły wyłonił się Marcus; krople wody spływały mu po twarzy. – Możemy ruszać?
- Cały czas tutaj byłeś? Ładnie to tak się skradać?
- Na pewno bezpiecznie. – spojrzał na laskę w ręku Elizabeth. – Wszyscy Mistrzowie wampirów noszą takie?
- Nie, tylko ja. Poza tym, to nie laska jest ważna, ale diament. Każdy z Mistrzów nosi klejnot na znak jego pozycji i siły. Niektórzy wszczepiają je w pierścienie, inni robią z nich kolie, spinki, wisiorki czy zegarki. Ale nie myśl sobie, że może go dostać byle chłystek. Każdy wampir musi przejść szereg prób, zanim zostanie zaprzysiężony. Ostatnią jest próba kamienia – rytuał nasączenia klejnotu własną aurą, własnym jestestwem. Jeśli kandydat zdoła tego dokonać bez rozproszenia swojej istoty – zostaje Mistrzem. Proste?
Marcus nie wyglądał na zainteresowanego, ale Craven wiedziała, że to tylko wybieg. Przez te kilka dni znajomości zdołała już nieco poznać swojego partnera, w tym także jego umiejętność zapamiętywania. Nawet jeśli wygląda jakby nic go nie obchodziło i nie zwraca na ciebie najmniejszej uwagi, potrafi po tygodniu powtórzyć twoje słowa niemalże bez pomyłki. Właściwość interesująca, choć zdecydowanie trzeba uważać, o czym się rozmawia.
- A ile tak właściwie liczy wampirza społeczność w Londynie?
- Jakieś cztery do pięciu tysięcy. Odpowiednie edykty zakazują stwarzania nowych Dzieci Nocy, a ci, którzy się do nich nie stosują, są szybko eliminowani. Czemu pytasz?
- Ciekawi mnie to. W Afryce czy na Syberii nie spotkałem się z takimi wampirami jak ty. I nigdzie nie widziałem tak dużego skupiska nieumarłych. Anglia pod tym względem jest przerażająca. Ale to chyba wina tej waszej pogody. Od kiedy tu przyjechałem, nie widziałem, żeby świeciło słońce…
- Po prostu my, Anglicy, podchodzimy do wszystkiego bardzo praktycznie. Skoro niemożliwym było zniszczyć wampiry, to niech już sobie żyją, wspierając Koronę. A słońce nie świeci, odkąd nasza Królowa wydała rozkaz bombardowania Manchesteru, aby nie dopuścić do wybuchu ogólnonarodowej rewolucji. Nikt nie wziął tylko pod uwagę, że całe to świństwo, jakie trzymali w mieście zakryje nam nasze drogie słoneczko… Zresztą, dla wielu nosferatu promienie słoneczne to niewielki problem. Co najwyżej, uciążliwa niedogodność.
- Rozumiem. – Marcus machnął ręką i zatrzymał sunącą wolno taryfę. – Nie ma sensu żebyśmy brnęli w tym mleku. Wsiadaj.
- A gdzie jedziemy?
- Do dzielnicy Diabląt.
Rozbawił mnie sposób, w jaki to powiedział. „Jedziemy do dzielnicy Diabląt”. Zupełnie jakby jechał na piknik lub niedzielną kąpiel w jeziorze. Od razu widać, że nietutejszy.
Niektórzy mówią, że od dzielnicy Diabląt gorsza jest tylko Whitechapel, ale uwierzcie, to bajki są. Oczywiście, był tam Kuba Rozpruwacz, Dudley Odcięta Głowa, Sally Topielica i inni, ale w gruncie rzeczy Whitechapel jest miejscem dość radosnym: można się napić piwa, kupić dziwkę, przespać w rynsztoku tudzież wywołać niezgorszą burdę. Natomiast co do Diabląt… cóż, nikt nie przebywał tam na tyle długo, żeby pokusić się o porównanie. Nie mówiąc już o tych, co stamtąd nie wrócili.
Cóż było takiego specjalnego w dzielnicy Diabląt? Otóż kiedyś było to dziwne miejsce, gdzie stało kilka sierocińców i domów opieki społecznej, gdzie stare niańki kijem i skórzanym pasem uczyły dzieci dobrych manier, a w kościele pastor dbał, by traciły niewinność na miejscu, a nie w niebezpiecznym i zepsutym mieście. Niestety – pewnego dnia kościół spłonął, a razem z nim niemal połowa innych budynków. Co zabawniejsze, po ugaszeniu pożaru odnaleziono tylko kilka zwęglonych ciał dzieci i dorosłych… i księdza z wyprutymi wnętrznościami. Sierot natomiast nie znaleziono. Zamiast tego co jakiś czas można było natknąć się na trupy leżące przed wejściem do spalonej alei, najczęściej pijanych durniów, którzy chwalili się, że spędza tam noc. Od tego czasu nikt prawie się tam nie zapuszczał, czemu zresztą pomagały ślady zębów na niektórych ciałach…
A teraz pani inspektor i jej partner mieli zapuścić się do tego miejsca, gdzie podobno po raz ostatni widziano Pana Todda…
Taryfa nie dowiozła ich pod samą dzielnicę i nawet dodatkowy funt nie pomógł w przekonaniu kierowcy. Z drugiej strony Elizabeth jakoś niespecjalnie się temu dziwiła: mgła, która była tutaj rzadsza, odsłoniła bezlitośnie szpetotę i zniszczenie alejki. Ulica pokryta była masą śmieci i gruzu, budynki – wysokie, zbudowane z czerwonej cegły, jeszcze za życia brzydkie i odpychające – teraz straszyły czarnymi otworami wybitych okien, osmalonymi ścianami, nadpalonymi dachami i potwornym wręcz fetorem. Pod nogami chrzęściło szkło, gdzieniegdzie przebiegały szczury w ilościach hurtowych. W oddali zamajaczyły się ruiny kościoła, a właściwie kilka kikutów, które niegdyś były ścianami i duży, żelazny krzyż, który stał na ołtarzu. Całość sprawiała przygnębiające i przerażające wrażenie, tym bardziej, że kilka mil dalej, w centrum miasta tętniło życie. Powietrze stało w miejscu, wypełnione wonią gnicia i przeraźliwą ciszą. Wszystko wydawało się tu być martwe. I tylko kilkanaście par oczu, które Elizabeth wyczuwała wokół siebie nie pozostawiało wątpliwości, że nie są tu sami. I niekoniecznie była z tego powodu zadowolona.
- Nadal uważasz, że to był dobry pomysł? – zagadnęła do Marcusa, uważnie lustrującego otoczenie. – Z pewnością czujesz na sobie wzrok kilkunastu małych potworów, prawda?
- Owszem, czuję.
- I jak niby zamierzasz przepytać tu kogokolwiek?
- Najpierw musimy kogoś złapać, potem będziemy się tym martwić.
Craven uśmiechnęła się do siebie. Totalna improwizacja. Idealnie. Z drugiej strony, w miejscu takim jak Londyn robienie planów na okres dłuższy, niż następny dzień jest dość głupim pomysłem, zważywszy na ilość bezpańskich noży, biegających po ulicach i wbijających się ludziom pod żebra… Westchnęła i podeszła do najbliższego budynku, skąd dochodziło najintensywniejsze uczucie nienawiści. Atmosfera pełna nietajonego gniewu, żalu i bezpodstawnej furii kotłowała się w budynku Sierocińca im. Brata Andrzeja, osaczając Elizabeth, przenikając każdy skrawek jej ciała, sycąc potwora siedzącego w jej środku. Uśmiechnęła się.
- Chcesz wiedzieć, jak straciłam pozycje Mistrza? – zagadnęła Marcusa. – Podobno zbyt chętnie pokazywałam swoje sztuczki.
Przekręciła lekko rączkę laski i po chwili wyciągnęła z niej niczym z pochwy cienkie ostrze, pokryte znakami, prawdopodobnie arabskimi, ale Marcus nie miał pewności.
- Srebrne ostrze?
Elizabeth nie powiedziała nic i trzema szybkimi ruchami cięła stojąca przed nią ścianę, wycinając w niej trójkątny otwór, przez który bez problemu przejechałby automobil, o równych, jak od noża ciętych krawędziach.
- Słodkie. – powiedział, wchodząc do budynku. – Ale mogliśmy skorzystać z drzwi.
- To nie zrobiłoby takiego wrażenia na naszych widzach.
Czuć było, że wśród obserwatorów podniósł się pewien niepokój; fale strachu i złości płynęły z każdej strony. Ale złości nadal było więcej.
Przeszli kawałek poprzez zdewastowane, pozbawione drzwi i okien pokoje, aż weeszli do dużej sali, która kiedyś zapewne była świetlicą lub stołówką. Teraz zaś służyła za cmentarz. Na całej niemal powierzchni tkwiły kopczyki ziemi, z wbitymi w nie koślawymi, drewnianym krzyżami. Groby były kopane z zaskakującą dokładnością; odstępy między nimi miały na oko taka sama szerokość, a alejka prowadząca między nimi nie zwężała się nawet na moment. Elizabeth zbliżyła się do kilku mogił i przeczytała bazgroły na krzyżach. Wszystkie były napisane dziecięcą ręką i mówiły, kto spoczywa w danym miejscu i kiedy zmarł. Najbardziej jednak zaskakujący był widok, na jaki natknęli się na końcu sali: wbito tam w ziemię żelazny pręt, na który nabito głowę o pociągłych rysach, długich, białych włosach i brzydką blizną, przecinającą prawą część trupiej twarzy.
- No proszę. – Elizabeth zapaliła papierosa. – Nigdy bym nie sadziła, że spotkam go w takich okolicznościach…
- Znasz go?
- Owszem. To Bertold, czwarty Mistrz Londynu, choleryk i idiota, który najpierw działa a potem myśli. Najwyraźniej zachciało mu się iść prosto w paszczę lwa i lew mu urwał łeb.
- A wasze niedługo do niego dołączą.
Obydwoje obejrzeli się za siebie. Wokół nich, wypełniając każdą drogę potencjalnej ucieczki, stało stado dzieci. Właśnie tak – stado, bo bliżej im było do zwierząt niż do ludzi: wszystkie brudne, z nieobcinanymi od dawna włosami, połamanymi paznokciami, w poszarpanych łachach, bosymi stopami, śliną ściekająca z kącików ust i mordem w oczach. Dziewczynki trzymały w rekach jakieś nadpalone, pluszowe misie, chłopcy zaś – mali żołnierze – zadowalali się pałkami i żelaznymi prętami. Żywy dowód bezduszności londyńskiego społeczeństwa i klęski rządowej polityki społecznej. Nic, tylko zrobić zdjęcie i zanieść do „Times’a”.
Całej tej zgrai najwyraźniej przewodził ryży chłopak z krzywymi zębami, na oko czternastoletni, ubrany w ukradzioną komuś marynarkę i zbyt duże buty. Stał teraz przed resztą, niczym wódz Hunów, trzymając w dłoni sporej wielkości zardzewiałą finkę. Jedna rana i zdychasz od piętnastu chorób, jakie siedzą na ostrzu.
- Weszliście na nasz teren, doroślaki. – mówił powoli, akcentując ostatnie sylaby. – Już stąd nie wyjdziecie.
- Nie zwykłam słuchać gróźb od takiego robactwa jak ty. – Elizabeth zaciągnęła się papierosem i rzuciła niedopałek w stronę „wodza”, trafiając w rękaw marynarki. – A teraz gadaj szczeniaku, gdzie znajdę Pana Todda.
- Pan Tot nie zajmuje się takimi jak wy. Sami pokażemy wam, co to znaczy dzielnica Diabląt!
- Och, jak miło ten piesek szczeka… Może spróbuj powiedzieć mi to prosto w oczy?
Niestety, nie zdążył. Gdy tylko wzrok ryżego spotkał się z Elizabeth, Craven wdarła się do jego umysłu i zacisnęła na nim swoje szpony niczym jastrząb na młodym zającu. Chłopak wydał okrzyk bólu i upadł na ziemię, podczas gdy inspektor skanowała jego umysł i niemal kroiła go na kawałki z wprawą rzeźnika.
- Skoro już zrozumieliśmy, na czym stoimy, zadam pytanie po raz kolejny. – Inspektor zwróciła się w stronę zgrai, obserwującej całe zajście. – Gdzie jest Pan Todd?!
Ryży zacharczał żałośnie, drapiąc paznokciami o ziemię. Przypominał teraz małego, dzikiego pieska, którego ktoś oćwiczył ciężką laską. Tymczasem jednak dało się zauważyć pewne poruszenie pośród zgrai sierot – to, co na początku Elizabeth wzięła za przerażenie, okazało się tylko chwilową dywersją; zgraja ściągała posiłki. I do w dużej liczbie. Po chwili obdartusy były już wszędzie: z każdej dziury wyglądała brudna gęba, a w niemal każdej dłoni tkwiła pałka lub nóż.
- Chyba sobie ze mnie robicie żarty. – Craven obejrzała się wokół; byli otoczeni. – I może jeszcze oni chcą nas powstrzymać?
- Sadzę, że raczej zabić. A biorąc pod uwagę stan ich zębów – także skonsumować. Zresztą, raczej nie dowiemy się od nich zbyt wiele…
- Już wiem co chciałam wiedzieć. - Elizabeth ujęła mocniej swoją laskę. – Choć może nie do końca w ten sposób. Cóż… Mam nadzieję Marcus, że nie masz liberalnego podejścia do dzieci…
- Bynajmniej. W kwestii wychowania jestem zdecydowanym konserwatystą. A ta zgraja zdecydowanie zasłużyła na odrobinę dyscypliny…
Powiem szczerze, że rzadko mogę sobie coś zarzucić. Nie, żebym była bez wad, bo mam ich tyle, co każdy. Ale chwalę się posiadaniem niezgorszego poczucia umiaru. Przynajmniej w pewnych kwestiach. Rzadko więc mogę powiedzieć, że przesadziłam… tak jak w przypadku diabląt. Ale co ja winnam? Kiedy rzuca się na ciebie horda rozwrzeszczanych bachorów, gryzących, kopiących i wywijających kijami, oczywistym jest, że człowiek może raz czy drugi machnąć zbyt mocno lub zbyt szeroko… Na swoją obronę mogę jednak powiedzieć, że Marcus był ode mnie zdecydowanie brutalniejszy i jeśli komuś trzeba zarzucać jatkę, to jemu. Mogłam zresztą przekonać się, że te tatuaże, jakie pokrywają całe jego ciało, nie służą li tylko jako ozdoba. Doprawdy, interesujący człowiek… Ale mniejsza o to. W każdym razie, gdy wróciliśmy do mojego mieszkania, Sara omal nie krzyknęła na nasz widok: zakrwawionych, podartych i brudnych. Musiałam więc wysłuchać niekrótkiego i piekielnie umoralniającego przemówienia na temat mojej pracy i niebezpieczeństwach z nią związanych. Plus jest taki, że gdy jestem w domu, Sara niemal nie odstępuje mnie na krok. Marcus dyplomatycznie wyszedł na nocny spacer. Inteligentny drań…
















































