Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Pan Tot Cz. III

25 lipiec 1892

Zaczyna się robić coraz ciekawiej. Do tej chwili myślałam, że moim jedynym zmartwieniem jest Pan Todd, ale ostatnia wizyta u Juliusa utwierdziła mnie w przekonaniu, że i z nim będę musiała sobie radzić. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale pewnym jest, że nasz ukochany Mistrz ma jakiś związek z Toddem i wycięciem w pień większości członków Loży…Tak, to by było podobne do tego intryganta z bożej łaski. Tym bardziej biorąc pod uwagę jego dziwaczną chęć nagłej rozmowy ze mną…

Siedziba londyńskiej Loży wampirów mieściła się na obrzeżach miasta, w sporej, pięciopiętrowej kamienicy. Bynajmniej nie w żadnej mrocznej dzielnicy, gdzie diabeł mówi dobranoc a potem ucieka przerażony, ale w całkiem ładnym miejscu, w sąsiedztwie dobrej cukierni i kościoła. Żadnej konspiracji, przerażania na siłę i olśniewania potęgą – tylko czysty pragmatyzm i funkcjonalność. Ulica była na tyle szeroka, że nie było problemów w czasie obrad Loży, a dość słabe zaludnienie umożliwiało bezstresową egzystencje, nawet w momentach, gdy któryś z Mistrzów wpadał w szał niszczenia i wszystko w zasięgu jego wzroku zamieniało się w proch i pył.
Elizabeth niezbyt cieszyła się na myśl, że będzie musiała spędzić z Juliusem choćby kilka minut. Powód był dość prosty. Daloway, a właściwie Lord Julius Daloway, był idealnym wręcz przykładem typowego, książkowego krwiopijcy: nosił się zawsze na czarno, zawsze we fraku i krwiście czerwonej koszuli, z peleryną i cylindrem, miał śnieżnobiałą cerę, wąskie usta, ostre rysy twarzy i przeraźliwie niebieskie oczy. Aż dziw, że nikt jeszcze nie wsadził mu kołka w serce, gdy szedł ulicą. Z drugiej strony… wszystkich stojących niżej niż on traktował jak brud pod paznokciami, a tych na równi z nim – jak zło konieczne. Elizabeth nigdy nie lubił, nie mówiąc już o szacunku: jak każdy ambitny głupiec i intrygant marzył o sile i nie radził sobie z myślą, że ktoś może stać ponad nim. Tutaj zresztą przypadek Elizabeth był szczególny: nie dość, że była od niego starsza i silniejsza, to na dodatek nie przykładała żadnej wagi do tytułów, zasad i właściwych jej pozycji działań. Więcej – miała czelność orzec, że obowiązki zwykłego funkcjonariusza policji bardziej jej odpowiadają, niż tytuł Mistrza.
Finał ich ostatniej rozmowy wyglądał tak, iż Caven wycięła w pień kilkunastu zaufanych strażników Juliusa, co i tak było dość niską ceną, jako że jej celem była głowa samego Dalowaya. Oczywiście nie trzeba dodawać, że po tym zdarzeniu mogła się na kilka lat pożegnać ze swoją ukochaną laską…
Stojąc pod drzwiami jego gabinetu, przypomniała sobie to wszystko, zastanawiając się w duchu, czy tym razem starczy jej cierpliwości, by wytrzymać z tym głupcem. Westchnęła cicho, pociągnęła za klamkę… i zaklęła głośno. Drzwi były zamknięte!
- Jeśli szukasz Juliusa, to zły dzień wybrałaś. – usłyszała nagle za plecami ciepły, miły głos. – Oświadczył, że nie będzie go do jutra.
Elizabeth odwróciła się i zaklęła po raz wtóry. Tuż obok stał Severson, skarbnik Loży i kandydat na nowego Mistrza i uśmiechał się wesoło, robiąc do Craven maślane oczy. Byłoby to nawet do zniesienia – w końcu jak to kobieta, Elizabeth lubiła czuć się atrakcyjnie – gdyby nie aparycja Seversona, przypominającego cherubinka, z lekko pucołowatymi policzkami, szerokim uśmiechem i złotymi loczkami. Na dodatek – w przeciwieństwie do wielu wampirów – był ostoją dobra i słodyczy. Zupełnie jakby ulepili go z lukru.
- Jak to nie będzie go do jutra?
- Normalnie. Wyjechał wczoraj, nie mówiąc nawet, dokąd jedzie i od niechcenia rzucił, że wróci jutro.
- Zastanawiające… Czemu w takim razie posłał do mnie wiadomość, że chce się ze mną dziś widzieć?
Blondyn wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Zresztą, wiesz jaki on jest… - Severson uśmiechnął się. – Ale skoro spadł ci z barków obowiązek rozmowy z Juliusem, może napijesz się ze mną kawy? Tak rzadko tu bywasz…
- Nie pijam kawy o tej porze. – Inspektor uśmiechnęła się krzywo. – W sumie to w ogóle nie pijam kawy. Poza tym nie lubię takich aniołków jak ty.
- Uwierz mi Eli, od pasa w dół jestem diabłem.
Obydwoje wybuchli śmiechem i skierowali się ku niewielkiej kawiarence, umiejscowionej na parterze. Jak zwykle świeciła ona pustkami i nawet za ladą nie widać było Grubego Ralpha, który opiekował się tym miejscem, zabijając nudę pisaniem zabawnych i sprośnych rymowanek. Elizabeth usiadła w kącie i obserwowała jak Severson nalewa do filiżanek mocnej kawy z ekspresu. Maszyna co prawda wyglądała, jakby miała zaraz eksplodować, ale napój przyrządzała całkiem niezły.
- Pusto tu jakoś. – Craven wsypała cukier i upiła nieco kawy. – Prócz ciebie, chyba nikogo tu nie ma.
- Tu zawsze jest pusto. Wiesz… większość uważa, że picie i jedzenie jest zupełnie niepotrzebne, całkowicie ignorując jego smak…
- Nie chodzi mi o kawiarnię, tylko o cały gmach. Przecież normalnie gwar tu gorszy niż na sobotnim targu! Tymczasem nikt nie pilnuje nawet wejścia!
- Też się zdziwiłem. – blondyn zamoczył kawałek ciastka w kawie. – Podobno cały personel miał być zwolniony dziś z obowiązków, ale żadnej oficjalnej decyzji nie było. W sumie, biorąc pod uwagę sytuację, nie powiem, by mi to szczególnie przeszkadzało…
Elizabeth uśmiechnęła się jadowicie. Czterdzieści lat starań, kilkadziesiąt odmów i kilkanaście blizn, a Severson nadal łudził się, że zdoła ją uwieść. Była w tym pewna przesada i absurd, z drugiej jednak strony trudno było odmówić mu determinacji i zapału, a na pozycji Mistrza te cechy są wyjątkowo ważne. Oczywiście inspektor nie sądziła, by blondyn zdołał zając miejsce w Loży, a przynajmniej nie w ciągu najbliższych dziesięciu lat, ale z całego serca mu tego życzyła. W końcu byłaby to jakaś odmiana po rzeszy intrygantów, dziwek, ćpunów i głupców.
Nagle do jej uszu doleciało lekkie skrzypienie podłogi, co z początku zignorowało. W końcu co w tym dziwnego, że podłoga skrzypi? Najwidoczniej ktoś jeszcze przyszedł do tego wyludnionego miejsca. Skrzypienie jednak w pewnym momencie ustało, dało się natomiast posłyszeć jakiś metaliczny odgłos, ledwie słyszalny, zupełnie jakby ostrożnie coś otwierał…
- Niech to diabli! Severson, padnij!
W tej samej chwili powietrze przeciął huk wystrzału i dwa pociski, przebiwszy ścianę, pomknęły ku wampirom. Elizabeth udało się uniknąć kuli, jednak cherubin nie miał tyle szczęścia: udało mu się odsunąć na tyle, by pocisk nie trafił go w pierś, zamiast tego jednak ugodził w ramię, dosłownie odrywając je od tułowia i zalewając wszystko wokół fontanną krwi. Nie było jednak czasu by mu pomóc: nagle do kawiarni szedł strzelec i Elizabeth zesztywniała. W drzwiach stał Pan Todd: ubrany w ciemny płaszcz, w kowbojskim kapeluszu, z twarzą zasłoniętą czarnym materiałem, trzymał w obu dłoniach rewolwery. Wodził wzrokiem po pomieszczeniu, patrząc to na bar, to na rannego Seversona, aż wreszcie zatrzymał spojrzenie na Craven, co zresztą niezbyt ją ucieszyło. Wychodziło na to, że ona właśnie była celem.
Nie zamierzała jednak czekać na kolejne kule jak na zbawienie. Nie przeżyła ośmiu stuleci tylko dlatego że ładnie wyglądała i nie po to żyła, aby teraz zginąć z niewiadomej dla niej przyczyny. Atak bywa najlepszą obroną: wyciągnęła miecz i błyskawicznie natarła na Todda, celując ostrzem w podbrzusze. Zamiast jednak czystego cięcia i słabego oporu rozpruwanego ciała, miecz zazgrzytał, jakby uderzył w metalową sztabę, a Elizabeth, niesiona siłą rozpędu, wywinęła koziołka i z impetem uderzyła o bar. Zaklęła szpetnie. Jak mogła pozwolić się tak podejść? Jak mogła nie wyczuć Todda? Przecież z taką chęcią mordu jaką musiał odczuwać, skierowaną w jej osobę, powinna wyczuć go na drugim krańcu miasta! Tymczasem gdyby nie zwykły przypadek, byłaby już martwym kawałkiem rozkładającego się mięsa. No i z czego zrobiony jest ten sukinsyn, ze stali?! Craven podźwignęła się szybko, korzystając z okazji że uderzenie zachwiało także Toddem. Ponownie natarła, jednak nie doceniła jego szybkości: colt znów splunął ogniem i kolejne pociski pomknęły w stronę wampirzycy.
Cóż… Przecinanie mieczem kuli w locie być może i jest efektowne, zwłaszcza jako atrakcja w cyrku, ale w czasie walki bywa wyjątkowo kłopotliwe, zwłaszcza, gdy ma się za przeciwnika kogoś, kto nosi armaty w kaburach. Już pierwszy pocisk omal nie wyrwał jej ostrza z dłoni, ostatni zaś zupełnie ją rozbroił. Zamiast jednak uciekać w bok, rzuciła się na Todda, chwytając w locie jego głowę z prostym zamiarem: skoro nie może go pokroić na kawałki, urwie mu chociaż łeb. Ponownie jednak, zamiast trzasku łamanego karku i charkotu, usłyszeć dało się tylko metaliczny zgrzyt i tarcie. Elizabeth, zaskoczona takim obrotem sprawy, zawahała się na moment.
To wystarczyło. Dłoń Todda zacisnęła się na jej braku i przygwoździła do podłogi. Wampirzyca miała wrażenie, jakby oberwała kowadłem; czuła jak Todd miażdży jej kości, jak żebra pękają od impetu uderzenia. Przez chwilę jeszcze widziała nad sobą ciemną sylwetkę mężczyzny, lufę rewolweru wycelowaną z jej głowę, a potem… Todd nagle zniknął. Jakby zdmuchnął go wiatr. Dało się jeszcze tylko usłyszeć huk rozbijanej cegły, trzask drewna i zaległa cisza, przerywana tylko odgłosem klaksonów, dochodzących z zewnątrz. Elizabeth podniosła się powoli, spojrzała na otwór w ścianie, który wybił Todd, a następnie na Seversona, siedzącego w kącie, ściskającego swój kikut i szaleńczym wzrokiem wpatrującego się w inspektor.
- No tak, zapomniałam… Jesteś specjalistą od telekinezy… - Craven położyła się z powrotem na plecy i zapaliła papierosa. – Julius będzie musiał wyjaśnić nam parę rzeczy, gdy wróci…

***
W biurze panowało poruszenie i Craven, choćby chciała, nie mogła tego nie zauważyć. Na dodatek wydawało się, że całe to zamieszanie było związane z jej osobą, co wcale zresztą jej nie dziwiło, biorąc pod uwagę, jak wyglądała: zakrwawiona, okurzona tynkiem, poszarpana i cuchnąca alkoholem, który wylał się na jej ubranie. Na dodatek naoczny świadek jakiś porachunków na obrzeżach miasta… Oczywiście nikt nie mówił niczego wprost, ale ukradkowe spojrzenia zwykłych funkcjonariuszy, szepty o „wariatce” i usłużne schodzenie z drogi nie wynikało raczej z przypadku. Nawet członkowie Griswolda byli w pewien sposób poddenerwowani, choć radzili sobie z tym zdecydowanie lepiej. Cóż… trening czyni mistrza.
Wszedłszy do swojego gabinetu, Elizabeth zobaczyła drugą przyczynę, dla której wszyscy byli wobec niej tak dziwnie usposobieni: na jej biurku leżała sporej wielkości paczka, opakowana w zwykły, szary papier. I tylko spora plama krwi, przesiąkającej przez opakowanie mogła świadczyć, że w środku nie było cukierków czy kawy. Marcus siedział na biurku, czytając akta Bombiarza. Gdy inspektor weszła, uśmiechnął się nieznacznie, nie wiadomo, czy ze szczerego zadowolenia, czy po prostu chciał być złośliwy. Jaki by jednak powód nie był, Craven nie lubiła, gdy się uśmiechał; jego twarz wydawała się wtedy jeszcze bardziej odrealniona niż zwykle.
- Sądząc z twojego uśmiechu i traktowaniu mnie jak zarazy przez tych na zewnątrz, wyglądam jakbym wyszła z cmentarza, a ta paczka jest zapewne do mnie?
- Owszem, wyglądasz. I owszem, to jest, by tak rzec, prezent dla ciebie. Niestety, funkcjonariusze policji postanowili go otworzyć, ale maja nadzieję, że nie będziesz mieć im tego za złe…
- Pomyślę o tym.
Elizabeth podeszła do pakunku i skrzywiła się lekko. W środku znajdowała się odrąbana głowa Milesa, znajomego strażaka i pakuneczek pełen trotylu, z kilkoma niespodziankami w rodzaju gwoździ i tłuczonego szkła.
- Widzę, że populacja moich przyjaciół w tym mieście ulega szybkiej redukcji.
- Nie martw się. Jak to mówią, w przyrodzie nie ginie nic, a każdy ubytek zostanie wyrównany przez zwiększony przyrost. Nazywają to wymianą równowartościową.
- Bardzo zabawne.
- Dzięki. Staram się. – Marcus podał kobiecie lekko okrwawioną karteczkę. – A to do ciebie. Było w środku.
Elizabeth wzięła papier. W środku znajdowało się kilka zdań spisanych lekko topornym, ale wyraźnym pismem.

„To jest głowa Szalonego Bombiarza, razem z ostatnią z jego bomb. Miał ją podłożyć na waszym posterunku. Potraktuj to jako przeprosiny i zachętę. Liczę na podobną. Chcę się spotkać.

Lustmord”

- Lustmord?
- W folklorze niemieckim istnieje coś takiego jak Lustmorder. Oznacza to coś w rodzaju seryjnego zabójcy, zazwyczaj dokonującego morderstw na tle seksualnym. Najczęściej tajemniczego i wyjątkowo skutecznego. Archetypem takowego mógłby być wampir, ale nie sądzę, żebyś się ze mną w tym względzie zgadzała…
- To mi nie wygląda na podtekst seksualny…
Elizabeth wyjęła głowę z paczki. Szczerze mówiąc, było jej trochę żal Milesa. Co prawda żywiła do niego pewne podejrzenia, ale z pewnością nie miała powodów, by uważać go za Bombiarza. Z drugiej strony… po owym liściku nie miała też powodów, by nie wierzyć w jego winę. Szaleńcy nie zwykli nabierać kogoś, na pomoc kogo liczą. Powąchała ranę.
- Proch strzelniczy. Jakaś dziwna mieszanka. Ta głowa nie została odcięta, tylko odstrzelona.
- A ilu znamy wyborowych strzelców o wystarczającej sile ognia?
Elizabeth się skrzywiła. Do głowy przychodziło jej tylko jedno imię, ale w kontekście ostatnich wydarzeń w gmachu Loży zdecydowanie nie chciało jej ono przejść przez gardło. Pan Todd chciał ją zabić – to nie ulegało wątpliwości. Czemu więc miałby teraz przesyłać jej taki prezent? W dodatku w tak krótkim odstępie czasu? To nie trzymało się kupy…
- Co zamierzasz zrobić z tą głową? – głos Marcusa wyrwał ją z zamyślenia. – Trzeba by ją chyba zakopać…
- Zapomnij. To prezent dla mnie. – Elizabeth skinęła na Mary, która akurat przechodziła obok i podała jej pakunek. – Masz, weź to Preparatora Jonsa. Niech mi to ładnie oczyści z mięsa.
- Mięsa? Co zamierzasz zrobić z tą czaszką?
- Przyda mi się nowa cukierniczka…

Powiedzmy to szczerze – nie miałam zielonego pojęcia, czego ten człowiek mógł chcieć ode mnie. Oczywiście słowa „człowiek” użyłam tutaj jako skrótu myślowego. Todda można było określić wieloma słowami, ale z pewnością nie powiedziałabym, że jest człowiekiem. W końcu normalni ludzie zwykle nie są zrobieni ze stali, a gdy im ukręcić głowę – grzecznie umierają, zamiast miażdżyć ci kości. Na dodatek nie wyczułam go tamtego dnia, nawet gdy stał tuż za ścianą! Każdy, nawet ożywiony trup, ma jakąś aurę, pulsujące wokół niego emocje, wspomnienia czy namiętności. U Todda nie znalazłam czegoś takiego. Przypominał słup hartowanej, zimnej stali. Zupełnie jak automat. Gdybym tylko miała czas przeczesać jego umysł…
W każdym razie trzeba się przygotować na spotkanie z Panem Toddem, zwącym się Lustmordem. Chyba poszukam mojego starego rewolweru…

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi