Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Pan Tot Cz. IV

1 sierpień 1892

Spotkaliśmy się z Panem Toddem. Tak zwyczajnie. Po prostu pewnego dnia nadeszła wiadomość, że w samo południe znajdziemy go w Dzielnicy diabląt. Zupełnie jakby sklepikarz podsyłał ci bilecik: „jutro będę miał nowy towar, przyjdź i zobacz. Nie muszę oczywiście mówić, że miejsce nie przypadło mi do gustu? Co prawda Todd zarzekał się, że tym razem „nic nam nie grozi”, jednak wystarczająco wiele razy słyszałam takie zapewnienia, by w nie wierzyć. Z drugiej strony, innego wyjścia nie było. Cała ta afera zaczynała mnie irytować…

Dzielnicę zastali w takim samym stanie, w jakim opuszczali ją ostatnim razem. Z tą różnicą, że w obserwujących sylwetki policjantów oczach było teraz więcej strachu, niż nienawiści, z czego Elizabeth była wyjątkowo zadowolona. Nie lubiła, gdy ktoś o niej zapominał.
Oczywiście byli uzbrojeni. Ciekawość ciekawością, ale pchać się w tego typu miejsce, na spotkanie z człowiekiem pokroju Todda nieuzbrojonym było niczym więcej, niż samobójstwem. Craven sięgnęła pod płaszcz i dotknęła rewolweru. Nie lubiła go. W ogóle nie lubiła broni palnej, bo była zbyt skomplikowana i bezduszna, w przeciwieństwie do porządnego miecza, ale skoro ostrze zawiodło, może kula będzie lepsza? Marcus również zaopatrzył się w niezgorszy sprzęt: pod płaszczem miał ukrytego sporego obrzyna. Ładowanie trwało wieki, ale gdy taki splunie ogniem, zwłaszcza z bliska, poprawka nie jest potrzebna.
Lustmorda znaleźli w spalonym kościele: siedział oparty o krzyż, bokiem do nich, wpatrując się w pustkę przed sobą. Craven z pewnym zaskoczeniem zobaczyła, że jego twarzy nie zakrywa już chusta, jednak efekt był zdecydowanie nieciekawy. Wyglądało to tak, jakby ubrał na twarz coś w rodzaju stalowej maski do oddychania, gogle i stalowy kaptur, jednak Elizabeth miała przemożne wrażenie, że nie nosi tego z powodów estetycznych…
Gdy obydwoje podeszli na odległość piętnastu stóp, Tot nagle podniósł lekko głowę, zupełnie jakby dopiero teraz zauważył przybyłych. Wstał ciężko i spojrzał na Craven. Zagryzła lekko wargę, gdy dłonie Lustmord powędrowały w kierunku rewolwerów. Najwidoczniej Todd również nie zapomniał jej twarzy.
- Co tu robisz? – zapytał beznamiętnie i głucho, zupełnie jakby głos dochodził z jakiejś metalowej beczki.. – Mistrzyni wampirów.
- No proszę, więc i to o mnie wiesz… - Elizabeth prychnęła cicho, wcale nie pocieszona wiedzą Tota. – Przyszłam zgodnie z twoim zaproszeniem.
- Zaproszeniem?
- Ładną, zakrwawioną, odciętą głową podesłaną na posterunek. Z wyjątkowo miłym liścikiem.
Lustmord spojrzał na nią jakby zdziwiony. Jakby – bo wampirzyca opierała się głównie na powolnych ruchach stalowej głowy.
- Jesteś inspektor Craven?
Pytanie było tak rozczulające (pomijając wyprany z emocji tembr głosu) i naiwne, że Elizabeth przez krótką chwilę zabrakło tchu.
- Tak, nazywam się Craven. I tak, jestem inspektorem policji miasta Londyn. – powiedziała, odzyskawszy rezon. – A to jest inspektor Carpenter, co być może cię interesuje. Mnie interesuje zaś powód, dla którego chciałeś mnie zabić…
- Przepraszam. – Todd skłonił się lekko i uniósł kapelusz. – Nazywam się Victor. Chciałem się z tobą spotkać w sprawie pewnego człowieka…Widzę jednak, że ktoś mnie oszukał…
- Człowieka? Kogo masz na myśli?
- O ile pamiętam, nazywaliście go „Astronomem”.
Elizabeth na dźwięk tego imienia skrzywiła twarz w grymasie, który zaskoczył nawet Marcusa. Astrolog… do dziś to imię nawiedza w snach większość funkcjonariuszy policji w Londynie. Siedem morderstw, siedem rodzin, siedem mięsnych kukieł zszytych z różnych części ciała i jeden szaleniec drwiący z policji. Szatańsko inteligentny, precyzyjny i przerażający. Wampirzyca z najdrobniejszymi szczegółami pamiętała dzień, kiedy otrzymała paczkę z odciętymi piersiami jednej z ofiar. Przez cztery miesiące ścigała Astronoma, bawiąc się w jego gierki, próbując rozszyfrować jego rebusy, analizując jego listy i wynurzenia, aż w końcu ten… zniknął. Rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał. I tylko nagrobki na cmentarzu przypominały o geniuszu zbrodni…
- Czego chcesz od niego? – Elizabeth nawet nie próbowała ukryć gniewu w głosie. – Po co chcesz wyciągać z szafy tego upiora?
- To moja sprawa. Zajmował się czymś, na czym mi zależy…
- Może zszywaniem trupów, co?!
Wampirzyca sięgnęła po rewolwer i zacisnęła dłoń na kolbie, Marcus zdołał jednak ostatniej chwili powstrzymać swoja partnerkę przed wyciągnięciem go. Nie był strachliwy i gdyby przyszło co do czego – zaatakowałby Tota bez cienia litości. Jednak nie przyszli tu by strzelać, tylko porozmawiać. Zresztą, w przypadku kogoś takiego jak Lustmord, przewaga liczebna nie znaczyła nic, zwłaszcza jeśli to, co mówiła na jego temat Eli, było prawdą. Tym bardziej, że Elizabeth zdawała się nad sobą nie panować: twarz miała wykrzywioną i zapadłą, niczym trupia maska, a jej tęczówki nagle stały się jaskrawo żółte. Carpenter po raz pierwszy widział, żeby coś tak ją wzburzyło.
- Panie Tot, ktoś Pana oszukał, prawda? – Marcus zwrócił się w stronę Victora, po części by sprawdzić, czy i on nie zacznie strzelać. - Kim był ten człowiek? Jak się nazywał?
Lustmord spojrzał na mężczyznę; sprawiał wrażenie, jakby nad czymś mocno się zastanawiał.
- Julius. Miał na imię Julius.

Julius… Poczułam się gorzej, niż jakby ktoś odrąbał mi rękę. Omal nie zginąć przez takiego pędraka! Takiego żałosnego manipulatora! Z drugiej strony… nie mogłam spodziewać się po nim niczego innego. A fakty nagle zaczęły się układać… Wyglądało na to, że Juliusowi sprzykrzyło się towarzystwo innych Mistrzów i postanowił zostać Panem i Władcą Londynu… przynajmniej do czasu aż Wielka Loża nie wybrałaby nowych namiestników. Czego jednak użył, by przekupić Todda? Nie wydaje się on zainteresowany pieniędzmi, władza to z pewnością też nie powód. Może coś związanego z samym Toddem? Z chęcią bym się tego dowiedziała, ale wyciągnięcie czegokolwiek z tego człowieka jest właściwie niemożliwe. Zresztą…teraz priorytetem było rozwiązanie sprawy drogiego Lorda…

3 sierpień 1892

Zaaranżowałam spotkanie z Juliusem. Mój Boże, jakiż był zdziwiony gdy mnie zobaczył! Przez moment język tak mu się plątał, że myślałam, iż sobie go odgryzie. Aura niepewności otaczała go jak aureola i niemal biła po oczach, aż dziw, że tego nie spostrzegł, podobnie jak moich zaciśniętych pięści. Rozorałam sobie paznokciami skórę… Ależ ja miałam ochotę go ukatrupić, przeskoczyć to jego wiekowe biurko, wyłupać mu oczy a potem odciąć głowę! Ale powstrzymałam się… jakoś.
Zdaje się, że nic nie podejrzewał. Nie zdziwiło mnie to – tacy jak on może i byli dobrzy w snuciu intryg i ich zapoczątkowywaniu, ale gdy coś szło nie tak, lub poza plan wykraczało, stawali się niczym dzieci we mgle. Odpowiadało mi to. Gdy wspomniałam o panu Toddzie, wyprężył się jak struna. Ale uwierzył. A to jest najważniejsze. Dumny głupiec…

Julius przyszedł taki jak zwykle: w stroju jak z żurnala, lekko uszminkowanymi ustami, modną laseczka i własną, czterokonną bryczką. Oczywiście – w końcu arystokraci nie używają automobili. Podobno to nie wypada. Z drugiej strony, Daloway musiał robić w tym stroju naprawdę nieziemskie wrażenie; Craven na miejsce spotkania wybrała niewielki placyk na obrzeżach Londynu, do którego dostać można było się tylko trzema wąskimi uliczkami. Wyjątkowo niewdzięczne miejsce, by z niego uciekać. A policja rzadko patrolowała ten zakątek…
Elizabeth, oparta o ścianę, skwitowała przybycie pobratymca cichym westchnieniem i zapaliła papierosa, dochodząc do wniosku, że gryzący dym i tak jest lepszy od wyfiołkowanego manipulanta. Markusowi było to zresztą wszystko jedno – nawet nie odwrócił wzroku, zajęty pałaszowaniem kilku jabłek, które zakupił chwile wcześniej.
Julius przystanął i omiótł obydwoje wzrokiem. Minę miał mocno zdegustowaną.
- Po co wzięłaś tego śmiertelnika? – zapytał Craven, a ta skrzywiła się; kolejna irytująca rzecz, jeśli chodzi o Galowaya – maniakalne podkreślanie swej, jak to określił, supremacji – Myślałem, że ta sprawa dotyczy nas, Mistrzów!
- Bo dotyczy. – Elizabeth rzuciła niedopałek papierosa na ziemię i wyciągnęła następnego. – Ale to także sprawa dotycząca prawa, więc jego obecność jest konieczna.
- Dość, dość! Wiesz doskonale, że drażnią mnie te twoje gierki! Mów, czego chcesz!
- Ja? W zasadzie nic wielkiego… Ale on ma chyba do ciebie grubszy interes…
Pan Tot pojawił się jak zwykle nagle, niezauważony przez nikogo wyszedł nagle z cienia i stanął tuż za wampirem. Wyraz zaskoczenia i przerażenia na twarzy Juliusa, choć trwał tylko chwilę, był najwspanialszą rzeczą, jaka przytrafiła się Elizabeth w ciągu kilku ostatnich dni. Craven widziała, jak Lord sięga po broń ukrytą pod marynarką a potem pada z nóg.
Dosłownie.
Po raz kolejny inspektor była zaskoczona sprawnością i szybkością Tota; w ułamku sekundy sięgnął po swoje colty i odstrzelił Juliusowi nogi. Właśnie tak – odstrzelił. Kości, mięśnie, ścięgna – wszystko pękło niczym zapałka, z cichym trzaskiem. Oczywiście, jeśli nie liczyć huku wystrzału i potępieńczego wycia wampirzego Mistrza, starającego się uciec swoim oprawcom. Widok tego elegancika pełznącego w błocie był naprawdę słodki.
- Nie uciekaj tak szybko. – Elizabeth podeszła przyszpiliła Juliusa swoim mieczem, pilnując jednak, by jego twarz zwrócona była w stronę bruku; nawet jeśli był żałosny, to nadal był Mistrzem. Wolała nie ryzykować. – Musisz wyjaśnić nam parę spraw…
- Idźcie do diabła!
- Jak wolisz. – Craven wycelowała rewolwer w jego głowę. – Zadufany w sobie durniu.
- Radziłbym jednak się wstrzymać z tą egzekucją…
Cała trójka obróciła się natychmiast; z ciemnej uliczki przylegającej do placyku, na którym stali, wyszedł Skinner. Był dokładnie taki sam, jak podczas pierwszego spotkania z Elizabeth, miał nawet ciemne okulary na nosie, choć był niemal środek nocy. Chociaż nie… teraz zdawał się jeszcze chudszy i wyższy… Tuż za nim stał Severson, taksując wzrokiem całe zbiegowisko. Minę miał trochę niepewną, ale w gruncie rzeczy zadowoloną.
- Witam państwa tą pogodną noc…
- Pamiętam cię. – powiedział nagle Pan Tot; nie ruszył się z miejsca, ale ruch dłoni w kierunku rewolwerów był aż nadto widoczny. – Czego chcesz?
- Ty go znasz, Todd?
- Oczywiście że mnie zna. – Skinner uśmiechnął się szeroko – Co prawda nasze spotkanie było nader krótkie i dość dramatyczne, ale myślę, że obaj doskonale się zapamiętaliśmy…
Lustmord nie powiedział nic, wpatrując się nadal w wysoką postać szefa Griswolda.
- Niech się Pan nie martwi, nie zamierzam tego rozpamiętywać, tym bardziej, że obaj padliśmy ofiarą pewnej wymyślnej manipulacji, która jak widzę jednak wyszła na jaw…
- O czym wy do cholery mówicie?!
- Proszę się nie denerwować, panno Craven. Wszystko wyjaśnię. Otóż… w wyniku pewnych działań i wyjątkowo nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, sześciu członków Wielkiej Loży Anglii zostało… no cóż, zastrzelonych. Pan Tot zresztą, jako wykonawca tej niewdzięcznej pracy mógłby powiedzieć o tym nieco więcej, choć wątpię, aby to uczynił…
Elizabeth spojrzała zdziwiona na Lustmord, ten jednak nawet nie drgnął, wpatrzony w Skinnera. O co tu chodzi do diabła?
- Świetnie… tylko co to ma wspólnego z tym pędrakiem?
- Otóż… zdaje się, że Lord Julius połakomił się na kąsek, którego w żaden sposób nie mógł połknąć. Zamarzyło mu się zostać jednym z Wielkich Mistrzów! – Starzec zaśmiał się wesoło. - Oczywiście szybko zorientował się, że jego zamierzenie jest skazane na niepowodzenie. W jego przypadku sięgnięcie po tytuł Wielkiego Mistrza było jak marzenie wołu, by latac jak osa. Dlatego też powściągnął swoje ambicje i zadowolił się jedynie Lożą londyńską. Jakże to wspaniała wizja! Cała Loża składająca się z poddanych, usłużnych wampirów!
- A ja to wszystko zepsułam? Ależ jestem nieuprzejma… - Skinner znów zaśmiał się głośno na te słowa. – Ale zastanawia mnie, czemu miałabym go nie ukatrupić po raz drugi?
- Ponieważ jest nam potrzebny do wybrania nowego członka Loży Londynu. Czy przypadkiem nie potrzeba do tego dwóch Mistrzów?
- Więc to dlatego zabrałeś ze sobą Seversona…
- Owszem. Wszystkie wymogi są spełnione. Nawet próba kamienia. – Severson dumnie odsłonił wisior z wściekle zielonym szmaragdem, jarzącym się wewnętrzną mocą. - Aby stał się pełnoprawnym członkiem Loży, potrzeba tylko waszej zgody. Dlatego też zapytuję, czy zgodnie z pradawną tradycją i wszelkimi prawami Maskarady, ty, Elizabeth Craven, zwana Miecznikiem, zgadzasz się…
- Daj sobie spokój z tymi formułami, robi mi się niedobrze, gdy je słyszę… Oczywiście, że się zgadzam.
Skinner odchrząknął i podszedł do Juliusa, nadal tkwiącego na ziemi z twarzą w błocie. Wydawało się, że wampir płacze.
- Rozumiem, że i ty się zgadzasz, drogi Lordzie?
W odpowiedzi starzec usłyszał tylko przeciągły, gniewny syk, pomieszany z przekleństwami. Elizabeth skrzywiła się i spojrzała na Marcusa; krew poszła mu z nosa i lała się niemal ciurkiem. Wcale nieźle. Normalnemu człowiekowi łeb pękłby niczym dojrzały arbuz. Wymierzyła leżącemu mocnego kopniaka.
- Wyrażaj się, jesteś w towarzystwie kobiety. – rzuciła niedopałek na ziemię i zwróciła się w stronę Skinnera. – Rozumiem, że to już wszystko? Mogę go ukatrupić?
- Przykro mi, ale jeszcze nie. Pozostała jeszcze jedna kwestia… Severson?
- Oczywiście. – blondyn, dotąd milczący, wyszedł naprzód; w słabym świetle Elizabeth zobaczyła, że wystrojony był nie gorzej niż Julius. – Jako członek Loży miasta Londyn i tutejszy Mistrz, nominuję obecną tutaj Elizabeth Craven, zwaną Miecznikiem, na godność Wielkiego Mistrza i członka Loży Anglii.
Kobieta przez chwilę wpatrywała się w niego zdziwiona, jakby nie do końca świadoma tego, co usłyszała. Wampir przyszpilony do podłoża zaczął się szamotać, wrzeszczeć i ryć rękoma bruk, dopóki Tot nie odstrzelił mu jednej ręki. Elizabeth przez ten czas nawet nie drgnęła, ale jej wyraz jej twarzy ze zdziwionego, szybko zamienił się w stan całkowitej obojętności.
- Zapomnij o tym, Skinner.
Chudzielec zdawał się wcale nie być zdziwiony odpowiedzią wampirzycy, w przeciwieństwie do Seversona, który otworzył usta ze zdziwienia. Starzec zaśmiał się cicho i zaklaskał w dłonie.
- Wiem, moja droga. Nie miałem żadnych nadziei, że się zgodzisz. Tacy jak ty nie chcą władzy dla samego jej posiadania. Wolicie swobodę działania. Te krótkie, ulotne przyjemności, odseparowanie od wielkiej polityki, masę wolnego czasu, proste rozrywki. Tak… to było pewne, że się nie zgodzisz. Ale zapytać musiałem.
- Jasne. – Craven spojrzała na Juliusa; już nawet nie próbował się rzucać, rozerwany nieomal na strzępy. Skrzywiła się. – W końcu co z nim?
- Odpowie za swoje działania. To leży w interesie nas wszystkich… także Pana Tota.
Elizabeth spojrzała na Lustmorda; jego nieruchome, stalowe oblicze i puste, zimne szkła okularu. Bez wyrazu, bez emocji. Zabójca doskonały. Kolejna nierozwiązana zagadka. Cholera… Podeszła do Skinnera.
- Tak naprawdę od początku chodziło ci o niego, prawda? Cała ta sprawa z Mistrzami… to tylko część, która po prostu wyszła przy okazji, tak? Kim on jest?
- Dowiesz się Elizabeth. Kiedyś się dowiesz. Ten człowiek jest dla Korony niezwykle ważny, być może ważniejszy niż wszystko, co w tym momencie dzieje się na świecie. Próbowaliśmy się do niego dostać niemal od dnia, kiedy postawił stopę na naszej ziemi. Teraz nam się udało. Nawet nie wiesz, jak wielką przysługę wyrządziłaś Anglii… A być może i całemu światu.
- Wiesz co Skinner… Niech cię diabli wezmą…

Szczerze powiedziawszy, nie wiem jak to wszystko się skończyło. Skinner może i wygląda na chorowitego, ale nawet ja nie chciałabym wejść mu w drogę. Może gdyby poczekać jeszcze dwa wieki, gdyby się jeszcze postarzał… Juliusa zabrali. Nie mam pojęcia gdzie. Severson na moje pytanie odpowiedział tylko: „Daleko”. Z pewnością dureń otrzyma odpowiednią karę. Słyszałam, że takich jak on grzebie się na pewien czas w poświęconej ziemi, ale kto wie, czy to nie są zwykłe bujdy… Zresztą, jak mówiłam, nie chce wiedzieć. Wystarczy mi świadomość, że cierpi.
Todd też zniknął. Niestety, w jego przypadku nie mam wielkich nadziei, że nie wróci. Niedawno podesłał mi materiały dotyczące Astronoma. Nie potrafię sobie wyobrazić, skąd je zdobył, zwłaszcza, że cześć z nich była zapieczętowana pieczęcią Głównego Archiwum. I nadal nie dowiedziałam się, kim jest. Nie zamierzam pytać Skinnera. Nie chce mieć z nim do czynienia. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Mam już wystarczająco dużo kłopotów…
Jedyne, co mnie pociesza, to moja pensja, która w krótkim czasie znacznie urosła. Czasem nawet słyszę szepty za swoimi plecami: krawężniki spekulują, czy zarabiam dwa, czy już trzy razy więcej niż stary Ferguson. Nie będę wyprowadzać ich z błędu. Zresztą… narzekać na pieniądze też nie zamierzam. Moja najbliższa sąsiadka, pani Jacobs, niedawno opuściła ten padół łez i niemal całe piętro w mojej kamienicy jest opustoszałe. Może czas na mały remont…?

Odpowiedzi

portret użytkownika tess

No, żeś się rozpisał, ale

No, żeś się rozpisał, ale dopiero w weekend pewnie znajdę czas na czytanie ;p Uwaga już teraz: część wielką literą wygląda dziwnie w środku wyrażenia, poza tym oddzieliłabym ją przecinkiem, bo wychodzi z tego Pan Tot Cz. ;p

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi