Reproduktor z Liverpoolu
23 września 1896 roku
Właśnie udało mi się zamknąć jedno z bardziej nieprawdopodobnych i nienormalnych śledztw, jakie dotąd prowadziłam. Oczywiście nie oszukujmy się - ja nie prowadzą nigdy żadnych normalnych śledztw. Żadnych rabunków, zabójstw z zazdrości czy gwałtu w ciemnym zaułku. Za to pełno szaleńców, psychopatów, kultystów czy nawiedzonych proroków. Ale nawet spośród nich, sprawa Reproduktora z Liverpoolu wydaje się czymś zupełnie abstrakcyjnym.
Zaczęło się niewinnie - od zamordowania kilku prostytutek w dzielnicy robotniczej. Kochani funkcjonariusze! Niekiedy bywają gorsi niż tyfus i syfilis razem wzięte... Oczywiście nikt nie zawiadomił naszego wydziału, bo i po co? Kilka brudnych kurewek w tą czy w tą - co za różnica? Brak rodziny, brak stałego miejsca zamieszkani, brak pozwolenia na kupczenie własnym tyłkiem... Ot, kilka ruchów pióra i sprawa załatwiona. Mordercy nie odnaleziono, śledztwo zakończone. Dopiero, gdy na bruk spadła główka jakiejś młódki, której ojciec jest handlowcem, wspaniali stróże prawa miasta Liverpool postanowili sprowadzić profesjonalistów...
Elizabeth przepchnęła się przez tłum i wyszła na niewielki placyk. Na jego środku, w kałuży zakrzepłej krwi, leżało ludzkie ciało. Kilkunastu policjantów próbowało powstrzymać tłum gapiów, którzy starali się podpatrzeć, kogo też zarżnięto tym razem, czy jest dużo krwi, czy może zgwałcili przed zabiciem... Kobieta wypuściła z ust kłąb dymu, dochodząc do smutnego wniosku, że miejscowi stróże prawa nie potrafią poradzić sobie nawet z tak banalnym zadaniem, jak zabezpieczenie miejsca zbrodni; niemal przez cały czas po placyku latała grupka rozwrzeszczanych bachorów. Dopiero, gdy Elizabeth trzasnęła kilka z nich laską w łeb, sytuacja trochę się poprawiła.
- Czasami jesteś niepotrzebnie brutalna. - Usłyszała nagle za plecami.
- Nie lubię, jak mi dzieciaki pod nogami się pałętają. - Kobieta rzuciła niedopałek w stronę najbliższego policjanta; nie trafiła. - Ty mi lepiej Marcus powiedz, co ciekawego tu mamy.
Klęczący obok ciała mężczyzna potarł krzaczastą brodę.
- Zamordowana to Gwen Joyce, lat dwadzieścia trzy, niezamężna, bez dzieci. Wieczorem wyszła do teatru i nie wróciła do domu. Znalazła ją nauczycielka jadąca do szkoły. Sprawca najpierw poderżnął jej gardło a potem wyciął narządy rozrodcze. Najprawdopodobniej leży tu martwa od kilku godzin.
- Czyli zupełnie jak w przypadku tej blondynki... jak jej było? Mitchells? Meyers?
- Nie do końca. - Marcus wstał z klęczek. - Pannę Metchel pozbawiono narządów, kiedy była martwa. Gwen operowano, gdy jeszcze żyła.
Elizabeth spojrzała na swojego partnera wzrokiem pełnym ciekawości. Jednak na jego pooranej bliznami twarzy nie poruszył się żaden mięsień, a oczy ziały taką samą pustką jak zwykle.
- Cóż za pełne przejęcia słowa z twej strony. Przez moment wydawało mi się nawet, że ci jej żal. - Inspektor zapaliła kolejnego papierosa. - No cóż, mam nadzieję, że długo się nie męczyła... a ty bądź spokojna kochana, dorwiemy tego wariata, nie bój się.
- Nie sądzę żeby to był po prostu wariat, Elizabeth.
- Czemu tak sądzisz?
- Spójrz na jej pierś. Widzisz jakieś przebarwienia?
Kobieta uklękła i odsunęła materiał. I rzeczywiście: na ciele zamordowanej pojawiło się jakieś dziwne znamię, które składało się z kilku kolistych wykwitów, ale Elizabeth nie miała zielonego pojęcia, skąd mogły się wziąć.
- Wiesz, co to jest?
- Wiem. I niespecjalnie mi się to podoba...
Gdybym wiedziała, co mnie czeka, dwa razy zastanowiłabym się, czy warto przyjeżdżać do tego cholernego miasta. Oczywiście nie żebym się bała. Tego typu uczucia są mi raczej obce. Ale nad łażenie nocą po ulicach Liverpoolu i przesłuchiwanie świadków, którzy nigdy nie są w stanie nic powiedzieć przedkładam miły wieczór w towarzystwie czarnowłosego dziewczęcia o łabędziej szyi i szklankę porządnego piwa z londyńskich barów.
Ale to musiało poczekać. Tym bardziej, że znałam Marcusa dość dobrze wiedziałam, że gdy coś mu się nie podoba, mnie nie spodoba się tym bardziej. I oczywiście, jak na złość, miałam rację.
- I to znamię jest niby od tego Yoz... Yot - Somot...
- Yog - Sothotha. - Marcus odstawił szklankę na bok. - Wytłumacz mi, jakim sposobem możesz mieć takie problemy z zapamiętywaniem imion? Zwłaszcza biorąc pod uwagę twoje właściwości...
- Po prostu wychodzę z założenia, że nie ma sensu zaśmiecać sobie głowy takimi drobiazgami...
Siedzieli w jakimś podrzędnym barze na obrzeżach miasta. Elizabeth lubiła tego typu miejsca - miła atmosfera, dużo zabawy, tanie piwo... a przede wszystkim komfort. Nikt nie dziwił się jej męskiemu ubraniu, rewolwerowi zawieszonemu u pasa, bezeceństwom, którymi mogła zakrzyczeć każdego, a przede wszystkim ogromnym ilościom alkoholu, jaki potrafiła wypić. Kawiarnie były pod tym względem tragiczne - nie dość, że alkohol był rozcieńczany, to jeszcze płaciło się za niego jak za konia.
Elizabeth opróżniła kolejny kufel i dała znak barmanowi, żeby zrobił z tym porządek. Marcus tymczasem powoli sączył wodę.
- No to opowiadaj wszystko raz jeszcze, tylko powoli. Kto to jest ten Sothoth?
- Najprościej rzecz ujmując, jest to bóg, ale nie ma on nic wspólnego z Bogiem w chrześcijańskim rozumieniu tego słowa. Bliżej mu do pogańskich bóstw nordyckich, wierzeń Celtów czy niektórych plemion Afryki...
- Daruj sobie porównania i wal prosto z mostu.
- Będąc na Syberii, zetknąłem się z dziwnym plemieniem. Pośród innych wyróżniało się dużą krwiożerczością i dziwnymi obrzędami, które skutecznie odstraszały inne grupy tubylców. Ludzie ci, pozbawieni świeżej krwi, zmuszeni byli żenić się z własnymi krewnymi, co doprowadziło do potwornych zmian w ich wyglądzie i zachowaniu... Jednak to, co zastanawiało mnie w nich najbardziej, to rodzaj dziwnego obrzędu, jakiemu się poddawali. Mianowicie raz w miesiącu łapano jeńca, którego następnie pojono narkotycznymi wywarami i posyłano do miejsca, które miejscowi nazywali "gardzielą Bokruga". Wyglądało to jak głęboka jaskinia, prowadząca niemal pionowo w dół. Ofiarę wpychano do jaskini i odprawiano nad nią rytualne tańce. Kiedyś próbowałem nawet zejść do owej jaskini... ale chłód, jaki wionął stamtąd... Czułem jak oplata się wokół mego gardła, jak wdziera się w mą dusze i umysł... Nie zszedłem głębiej niż cztery metry... Niecały rok później poznałem Badacza, sir Malcoma Harrisa i po raz pierwszy usłyszałem o Wielkich Przedwiecznych...
- Harris? Czy to przypadkiem nie ten facet, który poćwiartował swoją żonę i córkę? - Elizabeth zdmuchnęła nadmiar piany z kufla i pociągnęła mocno. - A potem ugotował syna?
- Cóż... prawda jest taka, że sir Malcom był człowiekiem pełnym wiary w ludzki umysł i nieustraszonym Badaczem. I to niestety doprowadziło go aż na samą przepaść...
- Ciągle mówisz, że był badaczem, ale jakoś niewiele mi to mówi? Co niby badał?
- Wielkich Przedwiecznych. Potworne monstra zrodzone w kosmicznych przestrzeniach zanim jeszcze człowiek pojawił się na powierzchni Ziemi. Możliwe że nawet wcześniej, niż powstała nasza planeta... Wielcy i potężni, stworzyli kult tak potworny i przerażający, że niebo i ziemia wydały im wojnę. Cthulhu, Wielki Kapłan śpiący w R'lyeh, mieście cyklopów; Shubb - Niggurath, Potworna Matka o Tysiącu Koźląt, Azathoth, Bestia Nuklearnego Chaosu; Bokrug, zwany prastarym horrorem; Dagon i Hydra - podwodne sługi Wielkiego Cthulhu; Daoloth tkający iluzję; Nyarlathotep znany jako Pełzający Chaos, sługa Przedwiecznych i ich posłaniec; Hastur, zwany Nieopisywalnym i Yog - Sothoth, będący Bramą i Kluczem... Wszyscy oni są bogami starymi jak sam wszechświat, którym Starsi Bogowie wydali wojnę i zapieczętowali pod powierzchnią oceanów i w mroźnych górach biegunów... Czekają teraz na właściwy moment, by obudzić się i ponownie wziąć świat we władanie, tak jak eony temu...
- Ładna opowiastka, idealna na dobranoc. - Kobieta potarła czoło i spojrzała na Marcusa spode łba. - Ale chyba nie będziesz ode mnie wymagać, żebym te wszystkie świńskie imiona pamiętała...
- Nie, oczywiście, że nie. Nie ma takiej potrzeby... Ale liczę na twoją pomoc.
- W czym niby?
- Nie jestem Badaczem i nie znam zbyt dobrze wierzeń o Przedwiecznych. Będę musiał poszukać informacji.
- A gdzie zamierzasz je znaleźć?
- W miejskiej bibliotece.
W bibliotece miejskiej! Przyznam szczerze, że gdy to usłyszałam, wybuchłam niepohamowanym śmiechem. W końcu, co innego poszukać dzieł Byrona czy Goethego, a co innego wertować księgi zakazane przez kilkunastu ostatnich papieży! Zresztą, co to za pomysł, żeby tego typu woluminów szukać w bibliotece, zwłaszcza takiej jak liverpoolska. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że w podziemiach gmachu biblioteki znajdują się sale zapełnione starymi księgami, a pod nimi - jeszcze kolejne, zawierające najrzadsze, najciekawsze i najbardziej niebezpieczne okazy jakie zdołali zgromadzić bibliotekarze. Nie zdziwiłam się wcale, że Marcus o tym wszystkim wiedział, podobnie jak nie zaskoczyły mnie wylewne powitania, gdy spotkał się z Głównym Bibliotekarzem. Na litość boską! Ci jajogłowi znają się chyba wszyscy nawzajem. Pewnie jeszcze co drugi to cholerny znachor czy szaman...
W każdym razie w podziemnych salach spędziliśmy bez mała pięć godzin, wertując stare księgi, woluminy, przeklęte rękopisy i zwoje, starając się dowiedzieć co nieco o Przedwiecznych. Osobiście byłam nastawiona sceptycznie do tego wszystkiego. Owszem, nie twierdzę, że zjawiska paranormalne nie istnieją - w końcu sama jestem tego dowodem - ale fakt istnienia istot starszych niż świat był dla mnie nie do przyjęcia. Jednak - w miarę zgłębiania się w zapiski - moja postawa w tej kwestii stawała się coraz mniej stanowcza. Zadziwiające, jak wiele przypadków wpływu kosmicznych bogów zdołano skatalogować... Wszystkie one tchnęły prawdziwym przerażeniem, grozą i obrzydzeniem - wszystko po prostu nimi emanowało. Widziałam, że chwilami Marcus z widocznym trudem wertował kolejne tomy. Ale przecież jest tylko człowiekiem... W końcu udało nam się znaleźć nieco informacji na temat owego Yog - Sothotha: "Yog-Sothoth zna Bramę. Yog-Sothoth jest Bramą. Yog-Sothoth jest Kluczem i Strażnikiem Bramy. Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość, wszystko jest jednym w Yog-Sothothu. On wie, gdzie Przedwieczni odeszli i gdzie powrócą..."Tak brzmiała znaleziona notatka. Szczerze powiedziawszy, jej treść do dzisiaj jest dla mnie zagadką, ale mimo wszystko całe to wertowanie zaprocentowało w przyszłości...
Elizabeth i Marcus przedarli się przez tłumek gapiów, który już zdążył się zebrać w niewielkim zaułku i zbliżyli się do trupa. Ciało młodej dziewczyny leżało na bruku w kałuży świeżej jeszcze krwi. Dookoła biegali konstable próbując choć udawać, że panują nad tłumem, ten zaś gęstniał z każdą minutą.
- Kto tu dowodzi do diabła?!
- Ja, proszę pani. - Do Elizabeth podszedł niski, korpulentny blondyn i zasalutował. - Sierżant Jason Pike z posterunku dzielnicy...
- Gówno mnie obchodzi, kim jesteś i skąd jesteś! - Przerwała mu ostro kobieta. - Gadaj, co tu się stało!
- Ja, ten... posterunkowy Samson, który wracał z nocnego dyżuru, usłyszał jakby zduszone krzyki dochodzące z tego zaułka. Kiedy podszedł, by to sprawdzić, dojrzał jakiegoś mężczyznę, który klęczał nad denatką. Gdy tylko posterunkowy się odezwał, morderca uciekł. Wedle wstępnych oględzin, zdążył tylko poderznąć gardło ofierze, nie wykroił jednak... no wie pani, ze środka...
- Ale zabierał się już do roboty. - Marcus ukląkł przed ciałem. - Fachowe, lekarskie cięcie jednym, płynnym ruchem.
Elizabeth spojrzała na dziewczynę; na jej przerażoną twarz, jasne blond włosy unurzane we krwi, jasną skórę okaleczoną nożem... Cóż nie pasowało. Wyostrzyła zmysły.
Świat nagle zrobił się ciemniejszy; przedmioty straciły swą barwę i wyostrzyły kontur. Czas rozciągnął się na wieczność, czyniąc z najkrótszej nawet chwili wydarzenie trwające latami; znikły odgłosy ulicy, ludzki szept i śmiech. W powietrzu zaczęły unosić się strzępy myśli i emocji, wirujących niczym rój moskitów. Drzwi do kolejnych umysłów się otwierały; bicie serca, krążenie krwi, urywany oddech - wszystko nagle stało się jasne i wyraźne. I jeden z tych głosów, jeden ton harmonii inny od pozostałych; słaby, choć nadal wyraźny. Kobieta spojrzała na okrwawione ciało i jej twarz wykrzywiła złość.
- Wy parszywe tępaki! - Krzyknęła, łapiąc sierżanta Pike'a za kołnierz. - Wy durnie! Gdzie jest lekarz? Dawać go tu! Marcus, wstawaj, ta mała jeszcze żyje!
Powstało spore zamieszanie; funkcjonariusze biegali wte i we wte przekrzykując się i z trudem powstrzymywali tłum, który chciał zobaczyć dziewczynę, która wymknęła się "Reproduktorowi z Liverpoolu" jak prasa przechrzciła mordercę. Do ciała podszedł niewysoki, chudziutki staruszek z wysuszoną twarzą i sumiastymi wąsami; nie zważając na krew uklęknął i zaczął badać dziewczynę.
- Straciła dużo krwi, ale jeszcze żyje. - powiedział po chwili. - Dawać nosze i ambulans! Trzeba się nią zająć!
- Elizabeth, morderca może być w pobliżu. - Powiedział szeptem Marcus, nie zważając na zawieruchę, mającą miejsce za jego plecami. - Jeśli dziewczyna żyła, on może czekać i obserwować.
Kobieta nie powiedziała nic i zamknęła oczy. Wszystkie myśli i intencje ludzi zgromadzonych w zaułku stały się dla niej jasne. Mgła... zwiewna, szara mgła zaległa w uliczce, przysłaniając zbieraninę gapiów. Czarny tłum nie wyrażał niemal nic - zbita masa pozbawiona własnych myśli, ludzie pozwalający, by inni myśleli za nich. Elizabeth widziała żółtą poświatę, otaczająca policjantów, pełnych złości i strachu, małego staruszka, przejętego losem młódki... Wszystko to wirowało, wykręcało i rozwiewało niczym dym, by za chwilę znów scalić się w jedno, niespokojne, niejednolite i niepełne. I tylko jedna postać była tam inna: krwistoczerwony monolit, pewny swego czynu i myśli, spływający ohydą i szaleństwem. Otworzyła oczy i spojrzała prosto w twarz mordercy.
- Mam cię, sukinsynu...
Skoczyła w jego stronę, ten jednak zorientował się, że został zdemaskowany. Łokciami rozepchnął tłum i wybiegł z uliczki. Elizabeth zaklęła plugawie. Wbiła się w zbiegowisko; pomagając sobie laską, przebiła się przez ciżbę i nie zważając na krzyki i złorzeczenia, rzuciła się w pogoń za przestępcą. W duchu klęła na czym świat stoi: rzeźnik biegł wąskimi, niemalże bezludnymi normalnie uliczkami, które teraz, jak na złość, pełne były wszelkiego rodzaju matron z dziećmi, kloszardów i dziwek. Na dodatek ścigany wydawał się zadziwiająco wręcz szybki: Elizabeth przyjrzała mu się tylko przez chwilę, ale doskonale widziała pociętą zmarszczkami twarz hindusa czy też Persa - trudno stwierdzić. W każdym razie, jak na staruszka, poruszał się nadzwyczaj prędko. Oczywiście wystarczyłby moment, by kobieta go złapała. Krótka chwila by się skupić i użyć mocy. Ale to nie wchodziło w grę. Za dużo świadków. Za dużo potencjalnych kłopotów.
Uciekinier skręcił nagle i wbiegł do szerokiej uliczki, gdzie biedota pobudowała sobie slumsy. Doprawdy, takie rzeczy można było zobaczyć tylko w Liverpoolu. Miniaturowe królestwo zbudowane z połamanych dech, szmat, śmieci i Bóg raczy wiedzieć, czego jeszcze. Ogromny labirynt, śmierdzący potem, uryna, krwią i zgnilizną. Zagadką było, czemu władze miasta pozwalają na istnienie tego urągającego zdrowemu rozsądkowi tworu, będącego skazą na zdrowej tkance metropolii... I właśnie w to kłębowisko biedoty wpadł cholerny Pers. Z pewnością nie pierwszy raz poruszał się po tym ulu; bez problemu wynajdywał przejścia, skróty i dziury, pozwalające mu umknąć. Elizabeth nie miała czasu na takie zabawy: nie zważając na nic, po prostu przebijała się przez przeszkody, nie ważne, czy to drewniane, czy płócienne. I kiedy wreszcie miała pochwycić uciekiniera, ten skręcił raptownie, a kobieta, niesiona siłą rozpędu, przebiła się przez drewniany płot... i niemalże wpadła do kanału.
Gdyby nie zepsuta latarnia, która tkwiła na samym brzegu i której się uchwyciła, Elizabeth prawdopodobnie przez tydzień nie zmyłaby z siebie smrodu. Niewielka była to jednak pociecha, biorąc pod uwagę, że morderca umknął.
- Zupełnie jakby miał silnik w tyłku. - Powiedziała policjantka, wychodząc ze slumsów. Marcus, zdyszany, stał u wylotu ulicy. - Do ciężkiej cholery, biegał jak pieprzona łania!
- Spokojnie, złapiemy go bardziej cywilizowanymi metodami. - Mężczyzna uśmiechnął się i podał kobiecie niewielki, czarny melonik.
Bloody hell! W życiu bym nie pomyślała, że będę dziękować Anglikom za ich snobizm! Wyobraźcie sobie, że na wewnętrznej stronie kapelusza widoczna była nie tylko wizytówka sklepu, w którym melonik zakupiono, ale także nazwisko właściciela. Konkretniej - Abdula Azik - Ahemdaya. W pierwszej chwili byłam bezbrzeżnie zdziwiona, że człowiek, który lata po ulicy z nożem i kroi nadobne panienki nosi na łbie kapelusz z własnym imieniem i nazwiskiem. Kiedy jednak przyszliśmy do sklepu, w którym Abdul dokonał zakupu, cała rzecz się trochę rozjaśniła: otóż znani z gorliwości krawcy z "Hilary's Shop" mieli zwyczaj wszywania danych klientów, aby w razie zagubienia łatwiej było odnaleźć dany łach. Zwyczaj godny pochwały... No i powiedzmy sobie szczerze - jeśli człowiek ma okazje skrócić sobie drogi i oszczędzić kłopotów na szukaniu jednego szaleńca w wielkim mieście, kto nie skorzysta? Co prawda na początku sklepikarz - nieco podstarzały, chudy frant z krzaczastymi brwiami i skrzekliwym głosem - był mocno niechętny współpracy, ale złamany nos i dwa wybite palce podziałały jako wystarczająca zachęta do pomocy. Stary subiekt nie tylko opisał wygląd Persa, łącznie z jego wymiarami, (bo Abdul, jak przystało na porządnego mordercę, uszył sobie frak na miarę), ale podał także adres, pod kazał sobie zwozić zamówiony ubiór. Doprawdy, Boże błogosław angielską flegmę!
Nie doszli nawet do przystani. W strugach ulewnego deszczu, jaki często nawiedza Anglię w tę porę roku, Elizabeth chwyciła Marcusa za rękę, zatrzymując go w miejscu. Niepotrzebnie jednak: mężczyzna również zdawał sobie sprawę, że nie są tu sami. Dreszcz przeszedł mu po plecach. Zza połów płaszcza wyjął obrzyna – porządną, starą flintę, zdolną zabić słonia. Także kobieta sięgnęła po broń.
- Są blisko. – Powiedziała. – Co najmniej czterech…
- To nie są ludzie. – Szepnął Marcus w odpowiedzi, a Elizabeth, mimo odgłosu deszczu, usłyszała, że głos lekko mu drży. – Strzelaj… strzelaj, gdy tylko kogoś zobaczysz…
Kobieta uśmiechnęła się zjadliwie. Tyle wiedziała sama, bez niczyich podpowiedzi. A strzelać zamierzała tak czy inaczej, niezależnie od tego, kto czaił się w mroku.
Wypadki nie potoczyły się jednak zgodnie z oczekiwaniami.
Coś nagle wypadło z uliczki z nieprawdopodobną wręcz szybkością; Elizabeth odwróciła się i w tej samej chwili poczuła, jak coś twardego, jakby naostrzony, dębowy pal, wrzynał się w jej ciało, rozrywał narządy wewnętrzne, łamał żebra i przebijał na wylot, podrywając jednocześnie w powietrze i ciskając w dal. Instynktownie podniosła rewolwer do góry i wypaliła w miejsce, gdzie powinna znajdować się głowa. Huk był ogłuszający.
Upadając, zaklęła wściekle. Rana, choć nie była śmiertelna - przynajmniej dla niej - bolała wręcz sakramencko. Kątem oka zerknęła na swojego partnera i na moment odebrało jej mowę. Marcusa atakowały dwa przedziwne, obrzydliwe stwory; kształtem z grubsza przypominające ludzi - można było rozpoznać ręce, nogi, ludzki korpus i głowę. Na tym jednak podobieństwa się kończyły: monstra były koloru rdzawo - purpurowego, a pod skórą, pokrytą masą zgrubień i wrzodów, dostrzec można było białą niemal krew, płynącą żyłami. Nie miału oczu ani ust, tylko obrzydliwą, ociekającą żółtą ropą paszczękę, pełną czarnych zębów, zajmująca niemal cały łeb. Łypały nią czasem, wydając przy tym potępieńcze jęki, ręce zaś - zgrubiałe, pełne dziwnych kolców czy też ćwieków - przypominały maczugi. No i macki... były wszędzie: na nogach, między nimi, na głowie i rękach. Wiły się cały czas, strzelając niczym bicz, starając się uchwycić swoją ofiarę. Elizabeth widziała, jak z twarzy Marcusa spływają dwa srebrne węże, jak wiją się wokół potworów starając się je zgnieść, jak kąsają i wpuszczają swój śmiercionośny jad, który jednak zdawał się nic nie robić, podobnie jak zaklęcia wypowiadane przez ich pana. Na dodatek ten, któremu - wydawałoby się - inspektor odstrzeliła łeb, nadal stał na nogach: ociekał krwią jak zrzynane prosie, ale nadal szedł a rany wydawały się powoli zabliźniać.
- Wy pieprzone pomioty szatańskie. - Wstała powoli i splunęła krwią. - Zaraz potnę was jak cielaki w rzeźni...
Przekręciła rączkę laski i wyciągnęła ze świstem rapier, ukryty dotąd w jej wnętrzu.
- Chodźcie no tu, wy bękarty matki natury! - Krzyknęła na głos, starając się złapać równowagę. - Ciocia Eli zaraz da wam prezent!
Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że to był naprawdę idiotyczny pomysł... Pojedynki z oficerami czy innymi nosferatu to normalka, ale żeby wrzeszczeć na nieznane i cholernie silne monstra, mając pod bokiem dziurę na wylot o średnicy obiadowego talerza i dwa litry krwi na bruku trzeba być naprawdę niespełna rozumu... Kto wie zresztą, czy nie byłoby tych litrów znacznie więcej, gdyby nie Pan Todd. Pan Todd... zawsze mnie zastanawiało, jak facet ważący prawie tonę, zrobiony chyba z pancernej stali jest w stanie tak cicho się poruszać?! Nie mówiąc już o tym, że potrafi to robić niezauważenie nawet dla mnie... Co by jednak nie mówić, ucieszyłam się z widoku tego pancernego szaleńca. Choć huk tych jego coltów do dzisiaj dzwoni mi w uszach...
Elizabeth podeszła do leżącego na ziemi Marcusa, który skutecznie pozbywał się zawartości swojego żołądka.
- Dalej, dalej, nie przestawaj. Będzie się pięknie komponować z moją juchą jak wszystko już wyschnie.
- Tak bardzo cię to bawi? - Zapytał z naganą w głosie mężczyzna, starając się wstać. - Mam uczucie, jakby mi flaki na wierzch wypływały...
- Cieszyć się powinieneś... To nie ty masz w brzuchu dziurę z panoramą Liverpoolu...
- Mów głośniej, a może żaden miejscowy krwiopijca przypadkiem cię nie usłyszy...
Kobieta poklepała Marcusa po ramieniu i podeszła do trupa jednego z potworów, które powoli zaczynało się już rozpuszczać, zamieniając w rodzaj czarnej galarety, potwornie wręcz cuchnącej. Korpus został niemal rozerwany na dwie części potężnym strzałem i trzymał się na wąskim pasie skóry. Elizabeth spojrzała na Pana Tota; on także wpatrywał się w gnijące zwłoki, nie przejmując się deszczem, który spływał po jego płaszczu i kowbojskim kapeluszu. W dłoniach nadal trzymał swoje colty, którymi zmasakrował potwory. Światło latarni odbijało się w jego stalowej twarzy i szkle okularu.
- Zawsze mnie to zastanawiało, Panie Todd... Co za piekielne machinerie trzymasz w tych kaburach, że potrafisz coś takiego załatwić jednym strzałem...
- Kwestia amunicji. - Powiedział beznamiętnie mężczyzna i schował pistolety do kabur. - I nie nazywam się Todd. Nazywam się Victor Lustmord.
- Dla mnie to i tak pozostaniesz Panem Toddem...
- Mnie bardziej interesuje, skąd Pan wiedział, gdzie strzelać by je zabić. - Marcus doszedł już do siebie i stanął za Elizabeth. - One zdawały się niemal niezniszczalne...
- Znam tę technologię. Kiedyś spotkałem człowieka, który jej używał.
- O, robi się ciekawie. A może nam powiesz, Panie Sweeney, o co w niej chodzi?
- Potem. Teraz chodźmy złapać mordercę. - Victor wyminął zdezorientowanych funkcjonariuszy i ruszył pewnym krokiem w kierunku domu Abdula. - I nie jestem Sweeney.
Marcus spojrzał na Elizabeth. Ta wzruszyła tylko ramionami, sprawdziła, czy rana już się zasklepiła i obydwoje ruszyli za Lustmordem.
Kryjówka była idealna: opuszczona, stara stróżówka, którą marynarze z przepływających statków i barek lubili obrzucać butelkami i starymi gratami. Deski nie były od zewnątrz malowane, ba! nie były nawet heblowane. Pozbijane zdaje się, w wielkim pośpiechu, odstraszały dziurami i zgnilizną. Okna - a właściwie zabite dechami dziury w ścianach - wpuszczały do środka minimalna ilość światła. Zresztą, w środku też nie było lepiej. Dwa pokoje, kuchnia i ustęp, stolik, trzy krzesła, dwie szafki i brudny dywanik. Idealne miejsce dla kloszarda albo nocnego stróża, nieco mniej - dla mordercy w szytym na miarę ubraniu.
Sytuacja nieco się wyjaśniła, gdy Marcu odkrył zejście do piwnicy. A właściwie do maleńkiej komórki, gdzie jedynym przejściem były żelazne drzwi, na oko mające przynajmniej sześć cali grubości.
- Będzie Pan łaskaw? - Elizabeth uśmiechnęła się do Lustmorda i wskazała na przejście. Victor nie powiedział nic; mocnym kopnięciem wyważył drzwi, które z łoskotem uderzyły o wyłożony kamiennymi płytami korytarz. Ten zaś, co zastanawiające, był nad wyraz długi. Marcus w pewnym momencie przyznał, że może mieć nawet mile długości. Jakim cudem coś takiego ukryło się zarówno przed władzami, jak i zwykłymi kryminalistami pozostawało zagadką, której nikomu nie chciało się rozwiązywać. W końcu jednak dotarli do końca: czekały na nich kolejne drzwi, tym razem jednak wystarczyło pociągnąć dźwignię, by je otworzyć.
No i oczywiście weszliśmy. Natomiast to, co zobaczyliśmy w środku przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Sala, do której zaprowadził nas korytarz, miała przynajmniej czterdzieści stóp wysokości a i trzy razy tyle długości. Pod ścianami stały ogromne szklane pojemniki, do których podłączono dziwną aparaturę. Maszyneria niemal non stop kontrolowała temperaturę wody w kadziach, jej skład, filtrowanie a także to, co w owych "słojach" pływało... Były to ni mniej, nie więcej ale płody! Ludzkie płody w różnych stadiach rozwoju... No, może nie do końca ludzkie... Niektóre z nich były dopiero w połowie drogi, inne przekształciły się w dorosłe już monstra - dokładnie te same, które zaatakowały nas na zewnątrz. Zarówno Marcus, jak i ja byliśmy zaskoczeni tym widokiem. Ale nie tylko owe potwory znajdowały się w sali; znaleźliśmy również wiele woluminów, które mój partner zidentyfikował jako przekazy o Wielkich Przedwiecznych i teksty o starożytnych kultach, wymarłych wieki temu, a także masę planów, z których osobiście niewiele zrozumiałam, ale które wyglądały na tyle obrzydliwie, że nie musiałam się specjalnie zastanawiać, jaki byłby wynik ich wykonania...
- Przyznać trzeba, że nasz przyjaciel Abdul jest niezgorszym przykładem szaleńca. - Elizabeth zapaliła i zaciągnęła się dymem. - Potworki, zakazane księgi, jakieś dziwne plany, krąg przyzwania na podłodze...
- Ten człowiek ma nawet Necronomicon. - Marcus pogładził księgę, którą oprawiono w ludzką skórę. - Jak to możliwe, że mógł zbudować tu coś takiego?
- O jasna cholera... Chodź zobacz, tu ma jeszcze ciekawsze zabawki...
Mężczyzna wszedł do niewielkiej wnęki, której wnętrze było słabo oświetlone blaskiem z sali głównej, ale które wystarczało, by móc podziwiać makabryczny gust Abdula, a właściwie dr. Ahemdaya, jak głosiły zapiski na notatkach. Otóż na kilku półkach, pieczołowicie ustawione, stało ludzkie ciało. A właściwie to, co z niego zostało. Szalony Pers, w swoim twórczym szale, postanowił zmienić człowieka w narzędzie: z serca, pobudzanego wstrząsami elektrycznymi, wychodziły żyły i aorty, wijące się po kręgosłupie, na którym zatknięto ludzką głowę. Pozbawiona oczu i nosa, co godzinę ze skrzekiem oznajmiała obecny czas; tuż obok tkwił słój z mózgiem, z którym połączono oczy - mały silniczek napędzał całą "konstrukcję" i pozwalał oczom mrugać. A obok nich inne cudeńka - laska, z prawdziwą "rączką", cukiernica wsparta na dwóch małych, ludzkich stópkach, lampa wykonana z ludzkiej czaszki i wiele, wiele innych...
- Nie widziałam takiej inwencji od czasów krucjat. - Elizabeth zaciągnęła się papierosem. - Nie można mu odmówić wyobraźni.
- Podobnie jak szaleństwa... - Mężczyzna rozejrzał się wokół. - Gdzie Pan Tot? Nie widziałem go, odkąd tu weszliśmy...
Lustmorda znaleźli w najciemniejszym niemal kącie sali, wertującego zapamiętale jakieś notatniki; zdawał się w ogóle nie przejmować otaczającymi go wynaturzeniami. Marcus wziął jeden z owych notatników, najmniejszy, który jednak w większości składał się z zupełnie niezrozumiałego dla oficera żargonu, schematów technicznych i urywanych zdań, spisanych ręką szaleńca.
- Nie wydajesz się być przejęty zabawkami papy Abdula, Panie Todd?
- Owszem, nie jestem.
- Szkoda, to naprawdę ciekawa kolekcja. - Kobieta rzuciła papierosa na podłogę i wyciągnęła następnego. - Choć nie obraziłabym się, jakby właściciel już wrócił...
- On tu jest. Odkąd przyszliśmy. - Victor wskazał na najbliższe drzwi, nie przerywając czytania. - Cały czas tam leżał.
Przejście prowadziło do niewielkiego pokoiku, podobnego nieco do głównej sali: półki uginały się pod wielkimi słojami, w którym zakonserwowane pływały ludzkie głowy, dłonie, uszy i narządy wewnętrzne. W kącie stały dwa szkielety, a cała podłoga zawalona była papierami i śmieciami. Środek zaś zajmował duży stół operacyjny, na którym leżał poszukiwany Pers... a przynajmniej wydawało się, że był to on.
Widok był trudny do opisania; wyglądało to tak, jakby dr. Ahemday napęczniał i rozrósł się dwukrotnie. Pod skórą, napięta i cienką niczym pergamin, widać było napięte mięśnie; przy odrobinie zapału, można by policzyć wszystkie ścięgna. Całe ciało pokryte było stale rosnącymi i pękającymi wrzodami, z których wylewała się biała, cuchnąca substancja a na brzuchu otworzyła się ogromna paszczęka, identyczna jak u potworów; wnętrzności wypadły przez nią na zewnątrz i tylko grube jelito zwisało komicznie, zaczepione o jeden z zębów.
- Bloody Hell... - Zszokowanej Eli papieros wypadł z ust. - Marcus, czy ty to widzisz?
- Tak. I cieszę się, że wyrzygałem wszystko na zewnątrz. - mężczyzna zwrócił się w stronę Victora, który także wszedł do pracowni. - Panie Tot... o co tu chodzi? Co on zrobił?
- Głupotę.
Lustmord podszedł do stwora i przyglądał mu się przez chwilę. Zdegenerowany Abdul podniósł rękę, próbując uchwycić się skraju płaszcza mężczyzny, ale miast tego, kończyna oderwała się od korpusu i upadła na ziemię.
- W 1871 doktor Emil Mabuse dokonał niezwykłego odkrycia. - Powiedział Victor, nie spuszczając wzroku z potwora. - Wręcz przełomowego. Udało mu się stworzyć człowieka, będącego połączeniem mechanizmu i ludzkiej tkanki. Twór był dość... ograniczony w pewnych kwestiach, niedoskonały. Różnica w zachowaniu w stosunku do żywego organizmu była aż nadto widoczna. Dlatego też przez kolejne lata Mabuse doskonalił technikę, prowadząc dalsze eksperymenty, z czasem minimalizując udział mechaniki na rzecz ludzkiego ciała. Jednak w 1882 Mabuse znika. Zapada się pod ziemię. Pozostają tylko wyniki jego prac i dalsze plany. Jeden z jego pomocników, McFlaherty wyjeżdża i kilka lat później ginie w czasie napadu na bank, podczas gdy drugi pomocnik - Jaspers - kontynuuje badania. Korzystając z pozostawionych notatek, udoskonala proces "rodzenia się" nowego człowieka. O ile w początkowym okresie animował za pomocą techniki ciała zmarłych, dając im mechaniczne ciała, potem prowadził te eksperymenty na żywych, by ostatecznie rozpocząć wzrost od zera.
- Co to znaczy "od zera"?
- Ciała już rozwinięte były cięższe do przekształcenia. Praca była bardziej czasochłonna, a wyniki nie zawsze zadowalające. Jaspers postanowił więc, że ulepszać będzie ciała jeszcze w fazie rozwoju. Pobierał od kobiet ich narządy rozrodcze, zapładniał w warunkach laboratoryjnych i obserwował ich rozwój, powoli ulepszając. Nie udało mu się jednak doprowadzić procesu do końca, bo jego laboratorium, razem z płodami i nim samym wyleciało w powietrze...
- Świetnie, Panie Todd... tylko co tu robi ta purchawka i jaki ma związek z tymi twoimi... badaniami?
- Dr. Ahemday był znanym specjalistą od mechanicznych transplantacji i protetyki. Niestety, kiedy jego badania zaczęły obejmować eksperymenty na ludziach, w tym także na dzieciach, wydalono go najpierw z własnego kraju, a potem także i kilku państw Europy. Przybywszy do Anglii, jakimś cudem wszedł w posiadanie notatek Mabuse, a być może i Jaspersa. Na początku próbował powtórzyć proces - eksperymentował na trupach, unowocześniał mechanizmy, w końcu używał płodów, które wycinał w czasie wykonywania operacji w slumsach. Dotarł do tego samego punktu, co Jaspers, w chwili gdy tamten zginął. I wtedy Ahemday zapoznał się z "Przypadkiem z Midsomer".
- Przypadek z Midsomer? - Elizabeth nawet nie próbowała ukrywać, że nie orientuje się, o czym mówi Victor. - O co chodzi z tym przypadkiem?
- O angielskim horrorze z Dunwich... - Marcus spojrzał na swoją partnerkę. - Z pewnością musisz pamiętać... Duży skandal sprzed ćwierćwiecza, uznany przez większość za bajkę i wybryk szaleńca, nigdy do końca niewyjaśniony...
- Jakimś cudem Abdul wszedł w posiadanie ciała opętanego. - Kontynuował dalej Lustmord monotonnym głosem. - Później być może sam nawet zaczął bawić się w przywołania. Wedle ksiąg, siłą Yog - Sothotha miała być jego wiedza. Miał być Kluczem i Bramą do wszelkiego poznania. Kto wie, może to właśnie skusiło tego starego głupca? W każdym razie Ahemday zarzucił eksperymenty z mechaniką, zastępując ją Wielkimi Przedwiecznymi, czy jak też oni się zwą... Z początku używał do tego celu narządów prostytutek, jednak były zbyt zużyte i przeżarte chorobami - z tego powodu stwory, jakie was zaatakowały, były słabe. Gdyby użył do tego osobników zdrowych, które jeszcze dojrzewają tam na górze, nie wiedzielibyście nawet, co was zabiło...
- W całej tej historii zastanawia mnie jedna rzecz. - Marcus podrapał się po łysej głowie. - Jak on wszedł w posiadanie owych notatek? I jak mógł niezauważenie prowadzić eksperymenty w tym miejscu? Nie mógł przecież tego sam zbudować!
- Owszem, nie mógł. - Lustmord poprawił kapelusz i ruszył w stronę wyjścia. - Miałem nadzieję, że Ahemday mi powie. Niestety, w jego obecnym stanie nie potrafi nawet przesunąć się o cal...
- Co on zrobił?
- Wstrzyknął sobie coś, czego nie powinien...
- W takim razie może przejrzymy plany, schematy, notatki? Z pewnością gdzieś coś musi być...
- Obawiam się proszę Pana, że nie będziemy mieć na to czasu.
- Czemu, Panie Tot?
- Ustawiłem zapalniki bomby na dziesięć minut i jeśli nie chcecie wylecieć w powietrze razem z tym miejscem, lepiej chodźcie na zewnątrz...
Kochany Pan Todd! Doprawdy, czasem zastanawiam się, czy to zwyczajny szaleniec, czy może po prostu nie przejmuje się rzeczami, które go nie dotyczą... W każdym razie, swoim zwyczajem, zniknął zaraz po wyjściu na powierzchnię. Przez moment tylko mogłam wyczuć jego zapach i strzępki myśli, ale potem strugi padającego deszczu zatarły nawet i to. No a chwile później usłyszeć dało się wielki łoskot... Piękny był to widok, doprawdy! Wyobraźcie sobie zestrachanych konstabli, biegających jak szaleni, bo nagle w jezdni wyrosła ogromna dziura, w którą osunęły się budynki. Podobno nawet były jakieś ofiary śmiertelne, ale tego typu szczegóły tracą znaczenie w ostatecznym rozrachunku... Przynajmniej można było mieć pewność, że ani szalony Abdul, ani jego potworne dzieciaczki już nie wygramolą się na powierzchnię, podobnie jak żaden inny szaleniec już nie zerknie na diabelskie wymysły Persa, zapinane na kartach papieru. Chociaż... skoro Pan Todd, mając tak krótką chwilę, zdołał podłożyć ładunki wybuchowe, kto wie, co mógł zdążyć włożyć do kieszeni płaszcza... No i nadal zastanawia mnie, skąd wiedział o tych wszystkich eksperymentach, naukowcach i badaniach. Ciekawe... Mam dziwne wrażenie, że ten człowiek jeszcze nie raz zapewni mi masę ciężkiej harówki...

















































Odpowiedzi
Hm... czy to to, czy
Hm... czy to to, czy czytałam? Dobrze kojarzę? ;p
I czy to nie powinno być w pamiętniku? Bo jeśli tak, to podlinkuję, ale na razie jest sobie "luzem".
Tak tesiek, czytałyśmy to
Tak tesiek, czytałyśmy to obie i powinno być w pamiętniku, ale Viv wczoraj był lekko niezorganizowany, że się tak wyrażę :P
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
W sensie że pijany? ;p < już
W sensie że pijany? ;p
< już mnie tu nie ma, już podlinkowuję >
Jego zapytaj :P
Jego zapytaj :P
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Nie pijany, po prostu po
Nie pijany, po prostu po całeym upgradzie się pozmieniał układ opcji przy dodawaniu i nie od razu zauważyłem, że nie zaznaczyłem jednej opcji...
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Zawsze jak czegoś nie
Zawsze jak czegoś nie zauważysz, możesz wejść w "Edytuj".
No właśnie problem był w tym,
No właśnie problem był w tym, że edytowałem ;] Tylko zawsze zapominałem o jednej opcji. Nie lubie informatycznej nowomowy.
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Sądzę, że jeśli ktoś lubi, to
Sądzę, że jeśli ktoś lubi, to na tej stronie będzie to max jedna osoba ;p
Oj z pewnością :D Zgraja
Oj z pewnością :D Zgraja humanistów komunikujących się przez internet - to zawsze źle wróży :P
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna