Bo Bóg jest kobietą, a Szatan się zakochał cz. I
Praca kolektywna w składzie: Lorelay, tess, Vivaldi.
Nawet sobie nie wyobrażacie, jaka to ulga, przyjść z zebrania spółdzielni mieszkaniowej do własnego, ciepłego mieszkanka i wygodnie rozsiąść się w swoim nowiutkim skórzanym fotelu. Zamiast słyszeć wrzaski osiemdziesięcioletnich dewotek – wsłuchiwać się w melodie „Czterech pór roku” Vivaldiego. Zamiast wdychać zapach potu i kiepskiej wody kolońskiej za trzy złote sztuka – upajać się wonią indyjskiego kadzidełka. Cóż to za szczęście móc zamknąć oczy i rozkoszować się ciepłem słonecznego, sierpniowego dnia, świeżym (choć raz) powietrzem i relaksującym spokojem... Taaak... Szkoda tylko, że takie obrazeczki zazwyczaj bardzo szybko się kończą, w widowiskowy, acz skuteczny sposób... W moim przypadku czar prysł, gdy na parapecie okna ujrzałam znajomą postać: przerośniętego, czarnego sępa. Skłonił się lekko, zmiatając skrzydłem niewidzialne pyłki i powiedział:
- Witaj Veroniko! Przynoszę Ci najświeższe informacje od Władcy Ciemności!
No cóż... Bycie czarownicą – poza oczywistymi plusami, takimi jak rzucanie uroków (szczególnie na przystojnych facetów), świetna figura (jak na swój wiek) i spowolnione starzenie się (w końcu kobieta ma zawsze osiemnaście lat, nie?) – miało kilka minusów, z czego jednym z bardziej doskwierających był właśnie ów przerośnięty, pseudo-inteligencki sęp. No trudno... Czas powrócić do rzeczywistości...
- A jakież to „ważne” informacje, których ogłoszenie nie mogło ścierpieć zwłoki przygnały cię w moje skromne progi, Amantesie?
- Znów nie było cię na sabacie, pomimo zaproszenia i namów szefa. I znów musiałem się tłumaczyć za ciebie...
Ha! Nie pierwszy raz zresztą. Bo wiedzieć musicie, że nie przepadam za oficjalnymi spotkaniami, oraz panującą tam atmosferą. W każdym razie, dzięki temu mam jeszcze pewność co do swojej orientacji seksualnej... Z drugiej jednak strony – wstyd się przyznać – byłam jedną z nielicznych czarownic, które nie były jeszcze na ŻADNYM sabacie i – co jeszcze wstydliwsze – nie miałam okazji poznać szefa. Co jednak w żaden sposób nie zmieniało mojego do sabatów nastawienia.
- Ale to chyba nie jedyna wieść, z którą tu przybyłeś? Podziel się ze mną tymi wspaniałymi nowinami...
- Nooo... twój syn wraca z Norwegii...
- O! A to ci niespodzianka! Ale skąd wy to możecie wiedzieć?
- No bo my go... jakby... zwerbowaliśmy...
Spojrzałam na niego lekko zdziwiona. Letnie rozleniwienie i przebyte trudności sprawiły, że wiadomość docierała do mnie nieco dłużej i bardziej pokrętnymi drogami.
- Zwerbowaliśmy, zwerbowaliśmy… - mruknęłam cicho i podskoczyłam jak oparzona. – Jak to do cholery zwerbowaliśmy?!
- Normalnie. – mruknął sęp, zupełnie nie przejmując się zgroza, jaka ścisnęła me serce. – Było spotkanie, wstępna umowa, podpisanie cyrografu… Z prawno – administracyjnego punktu widzenia nie było żadnych uchybień…
- Ty przerośnięty indorze! Co wyście narobili?!
- Ależ droga Veroniko, nie rozumiem o co ci chodzi? Szef już od dawna był zainteresowany twoim synem. No wiesz… brakuje nam dobrych prawników, bo nam góra wszystko zabiera. A co by o twojej latorośli nie powiedzieć, prawnik z niego niezły, choć może nie wygląda. No i ma koneksje. Niedługo może jeszcze lepsze?
- Niedługo? – wysyczałam przez zęby. Nie wiem, jaką miałam wtedy minę, ale założę się że Meduza uciekłaby gdzie pieprz rośnie na sam mój widok a Quasimodo od razu by się garb wyprostował… - To masz na myśli?
- No, taki tam szczegół… zakochał się twój synalek. Na zabój. I w dodatku ze wzajemnością. A że rodzinka jest wysoko postawiona z biznesie… Same plusy.
W tej samej chwili mój but z hukiem trafił w ramę okienną, tuz nad łbem Amantesa. Ptaszysko zaskrzeczało i pospiesznie wyleciało za okno.
- Lepiej się przyzwyczajaj do tej sytuacji! – krzyknął w locie. – Szef ma naprawdę duże oczekiwania po waszej dwój…
Nie dokończył. Dało się posłyszeć cichy wrzask i odgłos uderzenia w pobliskich kontenerach na śmieci. Cóż… tym razem trafiłam.
Nadal jednak pozostawała kwestia tego diabelskiego cyrografu. Oczywiście jako czarownica tez go podpisałam i doskonale orientuję się, że można to zrobić tylko w momencie stuprocentowej pewności. Wiem tez jednak, że wbrew temu, co gadają w filmach, da się go bezstratnie zerwać. Trzeba tylko użyć odpowiedniej argumentacji…
Wyszperałam w kieszeni odpowiedni klucz (dla wygodny wpięty w breloczek z czerwonym diabełkiem) i otworzyłam szafę. Tak wiem – głupie miejsce na podręczną Bramę Piekieł, ale było to jedyne miejsce nie budzące podejrzeń i nie przejawiające niebezpieczeństwa, że ktos przez ową bramę przejdzie. Weszłam do środka i stanęłam przed… zakładem ubezpieczeń społecznych?
- Wiedziałam że księgowi nie są zwykłymi ludźmi…
Podeszłam do bramy, której pilnował Abbadon. Całkiem fajny koleś, miły, usłużny, czuły i dobrze ekhm… wyposażony. Widząc mnie, uśmiechnął się, prezentując rząd idealnie białych zębów.
- Witaj Veroniko. Cóż cię tu sprowadza?
- Problemy natury… rodzicielskiej. Mam interes do szefa.
Nie wiem, czy zrozumiał, czy w moim głosie czuć było złość, czy tez po prostu wyglądałam jak furia, w każdym razie bramę otworzył szybko i bez zbędnych pytań, a ja po krótki spacerku stanęłam przed drzwiami zakładu.
Cóż... Wyglądały na dość solidne. I ciężkie. Jednak ku mojemu zdziwieniu otworzyły się nadspodziewanie łatwo. Eh, ci od PR zawsze szli na łatwiznę, ale żeby taki bubel wcisnąć, to już przesada! Trzeba będzie o tym pogadać z zarządem... W każdym razie weszłam do środka. I mnie zemdliło. Przede mną był rządek drzwi, porozstawianych w równiutkich odstępach, z numerami. Spojrzałam na najbliższe; widniał na nich numer „11 896”. Te drzwi, które szły w lewo, miały numery malejące, te co szły w prawo – rosnące. A było jeszcze drugie piętro!
- Oż w mordę... – powiedziałam cicho (albo wydawało mi się, że cicho).
- Mogę w czymś pomóc?
Myślałam, że ze skóry wylecę! Co to do cholery za skradanie się za plecami?! Spojrzałam: tuż obok stał sukkub, dość obficie obdarzony przez naturę (albo zarząd), w stroju nie nachalnie zakrywającym ciało i fikuśnymi, czarnymi skrzydełkami (zawsze się im dziwiłam – fetysz jaki, czy co?).
- Ja szukam ... eee... szefa. On... yyy... zamówił sprzątanie. Nie wiesz, gdzie...?
- Pokój „23 000”, trzecie piętro, koło dystrybutora kawy skręcić w prawo.
Ha! No to teraz zobaczymy! Burknęłam coś w stylu „dzięki” i poleciałam, zostawiając sukkuba ze swoimi rozterkami („A od kiedy szef zamawia sprzątanie?”).
Wejście na górę zajęło mi trochę czasu, (czemu u licha nie montują tu windy?), ale oczywiście świat byłby zbyt piękny, gdyby coś się nie schrzaniło.
- Veronika? A cóż ty tu robisz?
Omal nie wyrżnęłam w kosz na śmieci. Że też akurat musiałam spotkać Grima! A właściwie Grime, – bo śmierć miała dziwny zwyczaj częstej zmiany płci, wieku i wzrostu, pokazując się czasem jako wysoki szatyn, długonoga blondynka, albo niebieskooka lolitka. Wkurzające to było potwornie, ale przynajmniej życie seksualne miał/a urozmaicone (w myśl zasady „raz dziewczynka, raz chłopaczek...”). Teraz wyglądała jak kopia Angeliny Jolie.
- Ja ten no... idę do szefa! Sorry, ale czasu nie mam!
- Aha, do szefa... Ty, zaraz, jak to do szefa?! – krzyknęła, zwracając się w moja stronę.
Ale nie, bratku! Nic z tego! Nie powstrzymasz mnie! Nie na darmo trenowałam biegi! Znajdę tego piekielnego łamagę czy ci się podoba, czy nie! W końcu dopadłam właściwe drzwi, pociągnęłam klamkę i... poooleciałam. Na szczęście dywan był dość miękki, więc lot zakończył się bez kontuzji. Chyba.
- Szefie, wybacz! Ja... starałam się ją zatrzymać!
No dzięki, kozo! Zapamiętam to sobie! Poczekaj, tylko załatwię naszego szefuncia!
- Może... w czymś pomóc?
Zerwałam się na równe nogi, bo głosik był dość piskliwy (diabeł i piski?). Spojrzałam... i znów leciałam w kierunku podłogi. Zamiast rogatego potwora, stał przede mną jakiś emo-dzieciak!
Przez chwilę wpatrywałam się w niego jak wół na malowane wrota, podczas gdy Szatan niespiesznie zdejmował z głowy ogromne wręcz słuchawki (głowę bym dała, że słyszałam jakiś przebojowy zespół dla nastolatków). W końcu jednak opamiętałam się, otrzepałam z kurzu i z chłodna elegancją i wyniosłą miną spojrzałam z góry na Władcę Piekieł.
- Mam interes do Szefa. – powiedziałam wzniośle. – Gdzie go znajdę?
- Nie ma go.
- Jak to go nie ma?! Chce się widzieć z tym cholernym Lucyferem i to zaraz! Najpierw mi syna bałamuci a potem go nie ma?!
- Grima, o co jej chodzi? – zapytał dzieciak, jednak Grimy już nie było w pokoju. Co by o nim/niej nie powiedzieć, instynkt zachowawczy był w niej/nim silny. – I kim ty jesteś?
O, taki gul mi wtedy wyskoczył. Gdyby nie fakt, że to przebrzydłe, małe obrzydlistwo było moim drogowskazem do szefa, już dawno zmieniłabym je w jajecznicę na bekonie. Eh, spokojnie kobieto, zachowaj spokój…
- Jestem Veronika K. i jestem etatową czarownicą IX stopnia. Chcę się widzieć z szefem w sprawie mojego syna! Mam do niego sprawę już, teraz, zaraz!
- No to teraz, czy zaraz?
No żesz ty morda twoja mać! Co ty sobie do cholery wyobrażasz, hę?! Że niby jak Emo-słitaśnie, z czarno-czerwonymi duperelkami z żurnala to ci wszystko wolno?! Wierzcie mi moi mili – nie jestem osobą porywczą, ba! niektórzy uważają mnie za oazę spokoju i wzór cnót (buehehe...), ale w tym momencie nie miałam żadnych skrupułów: chwyciłam smarkacza za łachy i zaczęłam tłuc ile wlezie. Raz, dwa, trzy, hej! Nawet nie wiecie ile radochy może sprawić takie mordobicie! Czułam się normalnie jak w „Mortal Kombat”, tyle że na żywo.
I pewnym momencie – puff! Alleluja, wszyscy święci! Tfu, wszyscy diabli… uczniak się nagle rozpłakał jak dzieweczka na szkolnej wycieczce.
- Nie bij, mam dość! Zlituj się! – wykrzyczał jak uczniak, kiedy go dresy w szkole obtłuką. – Jak można własnego pracodawcę bić!
- Oż ty obłudniku! Ty żulu malinowy! Ty dziadzie marcepanowy! Ty mi tu znowu kłody pod nogi wrzucasz?! Jaja sobie robic chcesz?! Ja ci wybiję ze łba głupie pomysły, szczeżujo grzyboblastonoga!
- Veronika, daj spokój! – usłyszałam za plecami głos Grimy, który nagle zjawił się w pokoju. – To naprawde jest Szef!
Popatrzyłam na niego, potem na dzieciaka, potem znów na Grime i znów na szefa.
- Jaja sobie ze mnie robisz?
- Proszę, proszę... – usłyszałam pod sobą ciche jęki – zejdź ze mnie to wszystko wytłumaczę...
No dobra, niech stracę! Zręcznie odskoczyłam (ćwiczyło się gimnastykę, a co!) i spojrzałam chmurnie na Szatana. No to panie piekielny – jazda z koksem.
Dzieciak, (no… w sumie to wyglądał na licealistę) otarł krew spod nosa i usiadł na skraju łóżka.
- Więc? Macie mi coś do powiedzenia, towarzyszu Szefie?
- Lucek jestem – zaczął, ale jedno szybkie spojrzenie na mnie i się zawahał. Zaczął przebierać palcami. – Wstydzę się trochę...
Święci pańscy! Diabeł się wstydzi! Trzymajcie mnie, bo padnę!
- Trochę zrobiliśmy cię w konia... eee.. Owszem, zwerbowaliśmy twojego syna. I tak, zakochał się. Dość szczęśliwie nawet, tylko…
- Tylko?
- Tylko, że tutaj trochę gmatwa się prawda. A ta jest taka, że już od dawna ciągnęło go w naszą stronę. Wiesz, w Norwegii mamy wielu agentów. Black metal i te sprawy... Wciągnęło go. No i dobry z niego adwokat; pomógł nam w jednej głośnej sprawie. No i był bardzo chętny do współpracy. No i...
- Dość! Nie obchodzi mnie to! Chce żebyście to odkręcili! Zerwali cyrograf, uprzątnęli rejestr a przede wszystkim zatrzymali go w Norwegii!
- To jest raczej... niemożliwe. On już jest w Polsce. Nie wiem nawet czy już nie czeka u ciebie pod drzwiami...
- CO?!
***
Zawsze wyobrażałam sobie chwile, gdy Michał wróci. Opromieniony chwałą ukończenia świetnej uczelni prawniczej, z papierem dającym mu wstęp do najlepszych kancelarii na całym świecie, gdzie swoimi niesamowitymi umiejętnościami, erudycją i wiedzą będzie walczył o sprawiedliwość, bronił niewinnych ludzi i sławił nazwisko na niezliczonych rozprawach. W duchu przygotowywałam sobie nawet specjalne powitanie na moment jego powrotu: „Witaj mój synu umiłowany, który szczęściem napełniasz matczyne serce i pozwalasz cieszyć się dumą, blablablabla...” W każdym razie przygotowywałam sobie niezgorszą ilość wazelinki, ale gdy otworzyłam drzwi, byłam w stanie burknąć tylko:
- Eee... Mi – Mi – Michał?
Nie myślcie sobie, moi mili, że serce mam zajęcze, co na widok dziwów jakich mi dech zapiera i krew w żyłach lodem skuwa. Ale w tym akurat momencie to mi normalnie dech odebrało. Zatkało mnie. Wbiło w glebę. Kopara mi opadła a gały z orbit wyszły.
Przed drzwiami, zamiast dystyngowanego, młodego człowieka, w garniturze od Armaniego, z eleganckim zegarkiem, okularami na nosie, równiutko zaczesanymi włosami, pachnącemu doskonała wodą kolońską z aktówką z cielęcej skóry stal potwór. No może nie potwór... ale blisko. Chłop jak szafa, dwa na dwa, łapy jak bochny chleba, ramie jak moje udo, udo jak moja talia, a zamiast brzucha miał chyba kaloryfer upchnięty pod koszulkę. Rozrośnięty, obwieszony łańcuchami (jakiś skup metali kolorowych?), broda do pasa – wypisz wymaluj: wiking. Brakuje tylko topora i kwestii: „Ja Zygfryd. Ja palić, gwałcić, rabować”.
Tylko oczka jakieś takie rozbiegane i maślane pozwalały stwierdzić, że to jednak JEST Michał.
- Yo mamuśka! Kopę lat!
Położył gitarę, (która nosił na plecach) i zaczął mnie wyściskiwać. Cóż... jeśli ktoś wam kiedyś powie, że mu żebra pękały przy tego typu powitaniach, pamiętajcie – niekoniecznie musiał przesadzać...

















































Odpowiedzi
Jako że tess jest
Jako że tess jest krwiożerczym potworem, wklejam tekst, licząc że da mi spokój na jakiś czas :> Swoja drogą, zostało mi tej starej wersji jeszcze drugie tyle do wklejenia... Niech mi tylko ktos jeszcze powie, jak tu zaznaczyc pracę kolektywną, hm?
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
O! Cóż ja widzę :) Nasza
O! Cóż ja widzę :) Nasza czarownica z synem wikingiem :D
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Pracę kolektywną bardzo
Pracę kolektywną bardzo łatwo zaznaczyć... każdy by wklejał swój kawałek ;p Ale widzę, że wkleiłeś i moją część, i swoją, pfff! ;p
--
bezczelna i ruda
Wiesz co, niektóre wpisy
Wiesz co, niektóre wpisy maja ćwierć strony maszynopisu, więc nie wiem, czy byłby sens wklejac w ten sposób to, co juz jest napisane. Natomiast gdy juz przekleję to, co jest skończone - wtedy mozna sie bawić w dodawanie ;p Tylko że wtedy minimalny wpis to jedna strona ;p
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Szczerze mówiąc - ja bym
Szczerze mówiąc - ja bym jednak podzieliła na wpisy jak były, a następne dawała dłuższe. I tak patrząc na długośc na ef, nie wydają się specjalnie krótkie, a nawet dłuższe niż niektóre felietony... ;p Ale Ty decyduj... ;p
--
bezczelna i ruda
No tak, tylko ja chce tez
No tak, tylko ja chce tez uniknąc sytuacji, że trzeba się będzie przełączać między trzydziestoma kolejnymi zakładkami, żeby czytac po ćwierc strony ;p Ja w każdym razie jestem za tym, aby to z piszmy wrzucic zbiorczo w trzech rzutach, a potem oddzielnie ;p Ale w sumie niech sie jeszcze Lori wypowie ;p
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Pfff, ja to bym po prostu
Pfff, ja to bym po prostu podała u góry autorów i wlepiła jako całość.
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Wtedy instniała by duża
Wtedy instniała by duża szansa, że nikt tego nie przeczyta ;p (bo tego co jest napisane, jest co najmniej 15 stron). Ale fakt - autorów mozna podać ;p
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
A wrzucajta jak chceta... ;p
A wrzucajta jak chceta... ;p Chociaż jedna część to za mało. Za to zawsze mogę porobić jak przy konwentowych, że będzie wstecz i dalej... ;p
--
bezczelna i ruda
O - ale dla mnie ten tekst
O - ale dla mnie ten tekst jak czytanie na jeden raz jest co najmniej 3 razy za długi... ;p
--
bezczelna i ruda
Na jeden raz faktycznie za
Na jeden raz faktycznie za długi, a na pojedyncze wpisy mi się trochę krótko widzi. Powiedziałam ja, z miną znawcy, rzecz jasna.
---
Jeżeli szczęście jest przeszkodą dla zbawienia
To osądzi mnie bezduszna wieczna noc
---
"Nie biorę narkotyków – sam jestem narkotykiem."
"Skromność właściwie nie jest moją specjalnością."
/Salvador Dali/
To teraz jeszcze z mina
To teraz jeszcze z mina znawcy zapodaj jakis kompromis ;p A jaeszcze lepiej przeczytaj i oceń :>
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Ten wpis dziel na 3-4 i tyle
Ten wpis dziel na 3-4 i tyle ;p. Ach, jeszcze jedno - strasznie się czyta taki blok tekstu bez akapitów... Fajnie by było albo zwykłe powstawiać, albo klasyczne internetowe - czyli linia odstępu.
--
bezczelna i ruda
eh, marudy :>
eh, marudy :>
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Fakt, akapity byłyby bardzo
Fakt, akapity byłyby bardzo pożądane.
A teraz wypowiem się ja! Widzę to tak: 3-5 części pod jednym wspólnym hasłem (a nie 15 czy 20 króciutkich, bo komu się będzie chciało po tym skakać, skoro mnie samej by się nie chciało?). Bez dzielenia na wpisy z piszmy, to się trochę mija z celem skoro wszyscy autorzy są tutaj i się zgadzają na publikację pod wspólnym "szyldem". Na górze wpisać: praca wspólna autorów takich a takich" i koniec.
"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
No, do tego już doszliśmy
No, do tego już doszliśmy consensusem... ;)
A zapis o autorach już jest.
--
bezczelna i ruda