Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Bo Bóg jest kobietą, a Szatan się zakochał cz. I

Praca kolektywna w składzie: Lorelay, tess, Vivaldi.

Nawet sobie nie wyobrażacie, jaka to ulga, przyjść z zebrania spółdzielni mieszkaniowej do własnego, ciepłego mieszkanka i wygodnie rozsiąść się w swoim nowiutkim skórzanym fotelu. Zamiast słyszeć wrzaski osiemdziesięcioletnich dewotek – wsłuchiwać się w melodie „Czterech pór roku” Vivaldiego. Zamiast wdychać zapach potu i kiepskiej wody kolońskiej za trzy złote sztuka – upajać się wonią indyjskiego kadzidełka. Cóż to za szczęście móc zamknąć oczy i rozkoszować się ciepłem słonecznego, sierpniowego dnia, świeżym (choć raz) powietrzem i relaksującym spokojem... Taaak... Szkoda tylko, że takie obrazeczki zazwyczaj bardzo szybko się kończą, w widowiskowy, acz skuteczny sposób... W moim przypadku czar prysł, gdy na parapecie okna ujrzałam znajomą postać: przerośniętego, czarnego sępa. Skłonił się lekko, zmiatając skrzydłem niewidzialne pyłki i powiedział:
- Witaj Veroniko! Przynoszę Ci najświeższe informacje od Władcy Ciemności!
No cóż... Bycie czarownicą – poza oczywistymi plusami, takimi jak rzucanie uroków (szczególnie na przystojnych facetów), świetna figura (jak na swój wiek) i spowolnione starzenie się (w końcu kobieta ma zawsze osiemnaście lat, nie?) – miało kilka minusów, z czego jednym z bardziej doskwierających był właśnie ów przerośnięty, pseudo-inteligencki sęp. No trudno... Czas powrócić do rzeczywistości...
- A jakież to „ważne” informacje, których ogłoszenie nie mogło ścierpieć zwłoki przygnały cię w moje skromne progi, Amantesie?
- Znów nie było cię na sabacie, pomimo zaproszenia i namów szefa. I znów musiałem się tłumaczyć za ciebie...
Ha! Nie pierwszy raz zresztą. Bo wiedzieć musicie, że nie przepadam za oficjalnymi spotkaniami, oraz panującą tam atmosferą. W każdym razie, dzięki temu mam jeszcze pewność co do swojej orientacji seksualnej... Z drugiej jednak strony – wstyd się przyznać – byłam jedną z nielicznych czarownic, które nie były jeszcze na ŻADNYM sabacie i – co jeszcze wstydliwsze – nie miałam okazji poznać szefa. Co jednak w żaden sposób nie zmieniało mojego do sabatów nastawienia.
- Ale to chyba nie jedyna wieść, z którą tu przybyłeś? Podziel się ze mną tymi wspaniałymi nowinami...
- Nooo... twój syn wraca z Norwegii...
- O! A to ci niespodzianka! Ale skąd wy to możecie wiedzieć?
- No bo my go... jakby... zwerbowaliśmy...

Spojrzałam na niego lekko zdziwiona. Letnie rozleniwienie i przebyte trudności sprawiły, że wiadomość docierała do mnie nieco dłużej i bardziej pokrętnymi drogami.
- Zwerbowaliśmy, zwerbowaliśmy… - mruknęłam cicho i podskoczyłam jak oparzona. – Jak to do cholery zwerbowaliśmy?!
- Normalnie. – mruknął sęp, zupełnie nie przejmując się zgroza, jaka ścisnęła me serce. – Było spotkanie, wstępna umowa, podpisanie cyrografu… Z prawno – administracyjnego punktu widzenia nie było żadnych uchybień…
- Ty przerośnięty indorze! Co wyście narobili?!
- Ależ droga Veroniko, nie rozumiem o co ci chodzi? Szef już od dawna był zainteresowany twoim synem. No wiesz… brakuje nam dobrych prawników, bo nam góra wszystko zabiera. A co by o twojej latorośli nie powiedzieć, prawnik z niego niezły, choć może nie wygląda. No i ma koneksje. Niedługo może jeszcze lepsze?
- Niedługo? – wysyczałam przez zęby. Nie wiem, jaką miałam wtedy minę, ale założę się że Meduza uciekłaby gdzie pieprz rośnie na sam mój widok a Quasimodo od razu by się garb wyprostował… - To masz na myśli?
- No, taki tam szczegół… zakochał się twój synalek. Na zabój. I w dodatku ze wzajemnością. A że rodzinka jest wysoko postawiona z biznesie… Same plusy.
W tej samej chwili mój but z hukiem trafił w ramę okienną, tuz nad łbem Amantesa. Ptaszysko zaskrzeczało i pospiesznie wyleciało za okno.
- Lepiej się przyzwyczajaj do tej sytuacji! – krzyknął w locie. – Szef ma naprawdę duże oczekiwania po waszej dwój…
Nie dokończył. Dało się posłyszeć cichy wrzask i odgłos uderzenia w pobliskich kontenerach na śmieci. Cóż… tym razem trafiłam.

Nadal jednak pozostawała kwestia tego diabelskiego cyrografu. Oczywiście jako czarownica tez go podpisałam i doskonale orientuję się, że można to zrobić tylko w momencie stuprocentowej pewności. Wiem tez jednak, że wbrew temu, co gadają w filmach, da się go bezstratnie zerwać. Trzeba tylko użyć odpowiedniej argumentacji…
Wyszperałam w kieszeni odpowiedni klucz (dla wygodny wpięty w breloczek z czerwonym diabełkiem) i otworzyłam szafę. Tak wiem – głupie miejsce na podręczną Bramę Piekieł, ale było to jedyne miejsce nie budzące podejrzeń i nie przejawiające niebezpieczeństwa, że ktos przez ową bramę przejdzie. Weszłam do środka i stanęłam przed… zakładem ubezpieczeń społecznych?
- Wiedziałam że księgowi nie są zwykłymi ludźmi…
Podeszłam do bramy, której pilnował Abbadon. Całkiem fajny koleś, miły, usłużny, czuły i dobrze ekhm… wyposażony. Widząc mnie, uśmiechnął się, prezentując rząd idealnie białych zębów.
- Witaj Veroniko. Cóż cię tu sprowadza?
- Problemy natury… rodzicielskiej. Mam interes do szefa.
Nie wiem, czy zrozumiał, czy w moim głosie czuć było złość, czy tez po prostu wyglądałam jak furia, w każdym razie bramę otworzył szybko i bez zbędnych pytań, a ja po krótki spacerku stanęłam przed drzwiami zakładu.

Cóż... Wyglądały na dość solidne. I ciężkie. Jednak ku mojemu zdziwieniu otworzyły się nadspodziewanie łatwo. Eh, ci od PR zawsze szli na łatwiznę, ale żeby taki bubel wcisnąć, to już przesada! Trzeba będzie o tym pogadać z zarządem... W każdym razie weszłam do środka. I mnie zemdliło. Przede mną był rządek drzwi, porozstawianych w równiutkich odstępach, z numerami. Spojrzałam na najbliższe; widniał na nich numer „11 896”. Te drzwi, które szły w lewo, miały numery malejące, te co szły w prawo – rosnące. A było jeszcze drugie piętro!
- Oż w mordę... – powiedziałam cicho (albo wydawało mi się, że cicho).
- Mogę w czymś pomóc?
Myślałam, że ze skóry wylecę! Co to do cholery za skradanie się za plecami?! Spojrzałam: tuż obok stał sukkub, dość obficie obdarzony przez naturę (albo zarząd), w stroju nie nachalnie zakrywającym ciało i fikuśnymi, czarnymi skrzydełkami (zawsze się im dziwiłam – fetysz jaki, czy co?).
- Ja szukam ... eee... szefa. On... yyy... zamówił sprzątanie. Nie wiesz, gdzie...?
- Pokój „23 000”, trzecie piętro, koło dystrybutora kawy skręcić w prawo.
Ha! No to teraz zobaczymy! Burknęłam coś w stylu „dzięki” i poleciałam, zostawiając sukkuba ze swoimi rozterkami („A od kiedy szef zamawia sprzątanie?”).
Wejście na górę zajęło mi trochę czasu, (czemu u licha nie montują tu windy?), ale oczywiście świat byłby zbyt piękny, gdyby coś się nie schrzaniło.
- Veronika? A cóż ty tu robisz?
Omal nie wyrżnęłam w kosz na śmieci. Że też akurat musiałam spotkać Grima! A właściwie Grime, – bo śmierć miała dziwny zwyczaj częstej zmiany płci, wieku i wzrostu, pokazując się czasem jako wysoki szatyn, długonoga blondynka, albo niebieskooka lolitka. Wkurzające to było potwornie, ale przynajmniej życie seksualne miał/a urozmaicone (w myśl zasady „raz dziewczynka, raz chłopaczek...”). Teraz wyglądała jak kopia Angeliny Jolie.
- Ja ten no... idę do szefa! Sorry, ale czasu nie mam!
- Aha, do szefa... Ty, zaraz, jak to do szefa?! – krzyknęła, zwracając się w moja stronę.
Ale nie, bratku! Nic z tego! Nie powstrzymasz mnie! Nie na darmo trenowałam biegi! Znajdę tego piekielnego łamagę czy ci się podoba, czy nie! W końcu dopadłam właściwe drzwi, pociągnęłam klamkę i... poooleciałam. Na szczęście dywan był dość miękki, więc lot zakończył się bez kontuzji. Chyba.
- Szefie, wybacz! Ja... starałam się ją zatrzymać!
No dzięki, kozo! Zapamiętam to sobie! Poczekaj, tylko załatwię naszego szefuncia!
- Może... w czymś pomóc?
Zerwałam się na równe nogi, bo głosik był dość piskliwy (diabeł i piski?). Spojrzałam... i znów leciałam w kierunku podłogi. Zamiast rogatego potwora, stał przede mną jakiś emo-dzieciak!
Przez chwilę wpatrywałam się w niego jak wół na malowane wrota, podczas gdy Szatan niespiesznie zdejmował z głowy ogromne wręcz słuchawki (głowę bym dała, że słyszałam jakiś przebojowy zespół dla nastolatków). W końcu jednak opamiętałam się, otrzepałam z kurzu i z chłodna elegancją i wyniosłą miną spojrzałam z góry na Władcę Piekieł.
- Mam interes do Szefa. – powiedziałam wzniośle. – Gdzie go znajdę?
- Nie ma go.
- Jak to go nie ma?! Chce się widzieć z tym cholernym Lucyferem i to zaraz! Najpierw mi syna bałamuci a potem go nie ma?!
- Grima, o co jej chodzi? – zapytał dzieciak, jednak Grimy już nie było w pokoju. Co by o nim/niej nie powiedzieć, instynkt zachowawczy był w niej/nim silny. – I kim ty jesteś?
O, taki gul mi wtedy wyskoczył. Gdyby nie fakt, że to przebrzydłe, małe obrzydlistwo było moim drogowskazem do szefa, już dawno zmieniłabym je w jajecznicę na bekonie. Eh, spokojnie kobieto, zachowaj spokój…
- Jestem Veronika K. i jestem etatową czarownicą IX stopnia. Chcę się widzieć z szefem w sprawie mojego syna! Mam do niego sprawę już, teraz, zaraz!
- No to teraz, czy zaraz?
No żesz ty morda twoja mać! Co ty sobie do cholery wyobrażasz, hę?! Że niby jak Emo-słitaśnie, z czarno-czerwonymi duperelkami z żurnala to ci wszystko wolno?! Wierzcie mi moi mili – nie jestem osobą porywczą, ba! niektórzy uważają mnie za oazę spokoju i wzór cnót (buehehe...), ale w tym momencie nie miałam żadnych skrupułów: chwyciłam smarkacza za łachy i zaczęłam tłuc ile wlezie. Raz, dwa, trzy, hej! Nawet nie wiecie ile radochy może sprawić takie mordobicie! Czułam się normalnie jak w „Mortal Kombat”, tyle że na żywo.
I pewnym momencie – puff! Alleluja, wszyscy święci! Tfu, wszyscy diabli… uczniak się nagle rozpłakał jak dzieweczka na szkolnej wycieczce.

- Nie bij, mam dość! Zlituj się! – wykrzyczał jak uczniak, kiedy go dresy w szkole obtłuką. – Jak można własnego pracodawcę bić!
- Oż ty obłudniku! Ty żulu malinowy! Ty dziadzie marcepanowy! Ty mi tu znowu kłody pod nogi wrzucasz?! Jaja sobie robic chcesz?! Ja ci wybiję ze łba głupie pomysły, szczeżujo grzyboblastonoga!
- Veronika, daj spokój! – usłyszałam za plecami głos Grimy, który nagle zjawił się w pokoju. – To naprawde jest Szef!
Popatrzyłam na niego, potem na dzieciaka, potem znów na Grime i znów na szefa.
- Jaja sobie ze mnie robisz?
- Proszę, proszę... – usłyszałam pod sobą ciche jęki – zejdź ze mnie to wszystko wytłumaczę...
No dobra, niech stracę! Zręcznie odskoczyłam (ćwiczyło się gimnastykę, a co!) i spojrzałam chmurnie na Szatana. No to panie piekielny – jazda z koksem.
Dzieciak, (no… w sumie to wyglądał na licealistę) otarł krew spod nosa i usiadł na skraju łóżka.
- Więc? Macie mi coś do powiedzenia, towarzyszu Szefie?
- Lucek jestem – zaczął, ale jedno szybkie spojrzenie na mnie i się zawahał. Zaczął przebierać palcami. – Wstydzę się trochę...
Święci pańscy! Diabeł się wstydzi! Trzymajcie mnie, bo padnę!
- Trochę zrobiliśmy cię w konia... eee.. Owszem, zwerbowaliśmy twojego syna. I tak, zakochał się. Dość szczęśliwie nawet, tylko…
- Tylko?
- Tylko, że tutaj trochę gmatwa się prawda. A ta jest taka, że już od dawna ciągnęło go w naszą stronę. Wiesz, w Norwegii mamy wielu agentów. Black metal i te sprawy... Wciągnęło go. No i dobry z niego adwokat; pomógł nam w jednej głośnej sprawie. No i był bardzo chętny do współpracy. No i...
- Dość! Nie obchodzi mnie to! Chce żebyście to odkręcili! Zerwali cyrograf, uprzątnęli rejestr a przede wszystkim zatrzymali go w Norwegii!
- To jest raczej... niemożliwe. On już jest w Polsce. Nie wiem nawet czy już nie czeka u ciebie pod drzwiami...
- CO?!

***
Zawsze wyobrażałam sobie chwile, gdy Michał wróci. Opromieniony chwałą ukończenia świetnej uczelni prawniczej, z papierem dającym mu wstęp do najlepszych kancelarii na całym świecie, gdzie swoimi niesamowitymi umiejętnościami, erudycją i wiedzą będzie walczył o sprawiedliwość, bronił niewinnych ludzi i sławił nazwisko na niezliczonych rozprawach. W duchu przygotowywałam sobie nawet specjalne powitanie na moment jego powrotu: „Witaj mój synu umiłowany, który szczęściem napełniasz matczyne serce i pozwalasz cieszyć się dumą, blablablabla...” W każdym razie przygotowywałam sobie niezgorszą ilość wazelinki, ale gdy otworzyłam drzwi, byłam w stanie burknąć tylko:
- Eee... Mi – Mi – Michał?
Nie myślcie sobie, moi mili, że serce mam zajęcze, co na widok dziwów jakich mi dech zapiera i krew w żyłach lodem skuwa. Ale w tym akurat momencie to mi normalnie dech odebrało. Zatkało mnie. Wbiło w glebę. Kopara mi opadła a gały z orbit wyszły.
Przed drzwiami, zamiast dystyngowanego, młodego człowieka, w garniturze od Armaniego, z eleganckim zegarkiem, okularami na nosie, równiutko zaczesanymi włosami, pachnącemu doskonała wodą kolońską z aktówką z cielęcej skóry stal potwór. No może nie potwór... ale blisko. Chłop jak szafa, dwa na dwa, łapy jak bochny chleba, ramie jak moje udo, udo jak moja talia, a zamiast brzucha miał chyba kaloryfer upchnięty pod koszulkę. Rozrośnięty, obwieszony łańcuchami (jakiś skup metali kolorowych?), broda do pasa – wypisz wymaluj: wiking. Brakuje tylko topora i kwestii: „Ja Zygfryd. Ja palić, gwałcić, rabować”.
Tylko oczka jakieś takie rozbiegane i maślane pozwalały stwierdzić, że to jednak JEST Michał.
- Yo mamuśka! Kopę lat!
Położył gitarę, (która nosił na plecach) i zaczął mnie wyściskiwać. Cóż... jeśli ktoś wam kiedyś powie, że mu żebra pękały przy tego typu powitaniach, pamiętajcie – niekoniecznie musiał przesadzać...

Dalej >>

Odpowiedzi

portret użytkownika Vivaldi

Jako że tess jest

Jako że tess jest krwiożerczym potworem, wklejam tekst, licząc że da mi spokój na jakiś czas :> Swoja drogą, zostało mi tej starej wersji jeszcze drugie tyle do wklejenia... Niech mi tylko ktos jeszcze powie, jak tu zaznaczyc pracę kolektywną, hm?

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika Lorelay

O! Cóż ja widzę :) Nasza

O! Cóż ja widzę :) Nasza czarownica z synem wikingiem :D

"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika tess

Pracę kolektywną bardzo

Pracę kolektywną bardzo łatwo zaznaczyć... każdy by wklejał swój kawałek ;p Ale widzę, że wkleiłeś i moją część, i swoją, pfff! ;p

--
bezczelna i ruda

portret użytkownika Vivaldi

Wiesz co, niektóre wpisy

Wiesz co, niektóre wpisy maja ćwierć strony maszynopisu, więc nie wiem, czy byłby sens wklejac w ten sposób to, co juz jest napisane. Natomiast gdy juz przekleję to, co jest skończone - wtedy mozna sie bawić w dodawanie ;p Tylko że wtedy minimalny wpis to jedna strona ;p

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika tess

Szczerze mówiąc - ja bym

Szczerze mówiąc - ja bym jednak podzieliła na wpisy jak były, a następne dawała dłuższe. I tak patrząc na długośc na ef, nie wydają się specjalnie krótkie, a nawet dłuższe niż niektóre felietony... ;p Ale Ty decyduj... ;p

--
bezczelna i ruda

portret użytkownika Vivaldi

No tak, tylko ja chce tez

No tak, tylko ja chce tez uniknąc sytuacji, że trzeba się będzie przełączać między trzydziestoma kolejnymi zakładkami, żeby czytac po ćwierc strony ;p Ja w każdym razie jestem za tym, aby to z piszmy wrzucic zbiorczo w trzech rzutach, a potem oddzielnie ;p Ale w sumie niech sie jeszcze Lori wypowie ;p

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika Lorelay

Pfff, ja to bym po prostu

Pfff, ja to bym po prostu podała u góry autorów i wlepiła jako całość.

"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika Vivaldi

Wtedy instniała by duża

Wtedy instniała by duża szansa, że nikt tego nie przeczyta ;p (bo tego co jest napisane, jest co najmniej 15 stron). Ale fakt - autorów mozna podać ;p

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika tess

A wrzucajta jak chceta... ;p

A wrzucajta jak chceta... ;p Chociaż jedna część to za mało. Za to zawsze mogę porobić jak przy konwentowych, że będzie wstecz i dalej... ;p

--
bezczelna i ruda

portret użytkownika tess

O - ale dla mnie ten tekst

O - ale dla mnie ten tekst jak czytanie na jeden raz jest co najmniej 3 razy za długi... ;p

--
bezczelna i ruda

portret użytkownika Sadyceuszka

Na jeden raz faktycznie za

Na jeden raz faktycznie za długi, a na pojedyncze wpisy mi się trochę krótko widzi. Powiedziałam ja, z miną znawcy, rzecz jasna.

---

Jeżeli szczęście jest przeszkodą dla zbawienia
To osądzi mnie bezduszna wieczna noc

---

"Nie biorę narkotyków – sam jestem narkotykiem."
"Skromność właściwie nie jest moją specjalnością."
/Salvador Dali/

portret użytkownika Vivaldi

To teraz jeszcze z mina

To teraz jeszcze z mina znawcy zapodaj jakis kompromis ;p A jaeszcze lepiej przeczytaj i oceń :>

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika tess

Ten wpis dziel na 3-4 i tyle

Ten wpis dziel na 3-4 i tyle ;p. Ach, jeszcze jedno - strasznie się czyta taki blok tekstu bez akapitów... Fajnie by było albo zwykłe powstawiać, albo klasyczne internetowe - czyli linia odstępu.

--
bezczelna i ruda

portret użytkownika Vivaldi

eh, marudy :>

eh, marudy :>

--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/

portret użytkownika Lorelay

Fakt, akapity byłyby bardzo

Fakt, akapity byłyby bardzo pożądane.

A teraz wypowiem się ja! Widzę to tak: 3-5 części pod jednym wspólnym hasłem (a nie 15 czy 20 króciutkich, bo komu się będzie chciało po tym skakać, skoro mnie samej by się nie chciało?). Bez dzielenia na wpisy z piszmy, to się trochę mija z celem skoro wszyscy autorzy są tutaj i się zgadzają na publikację pod wspólnym "szyldem". Na górze wpisać: praca wspólna autorów takich a takich" i koniec.

"Nie dano nam wolnej woli, ale dano nam siłę, byśmy mogli o nią walczyć"

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

portret użytkownika tess

No, do tego już doszliśmy

No, do tego już doszliśmy consensusem... ;)
A zapis o autorach już jest.

--
bezczelna i ruda

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi