Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Bo Bóg jest kobietą, a Szatan się zakochał cz. II

Weszliśmy do środka a moje dziecię umiłowane zajęło się rozpakowywaniem swoich gratów. Raz na jakiś czas rzucałam ukradkowe spojrzenia na stwora, który perfidnie przywłaszczył sobie oczy mojego jedynego syna i zastanawiałam się, jakim cudem zrobił się go tak dużo. No i też - czy wyjmie z walizki hełm z rogami. Nie wyjął. A szkoda. Miał natomiast gitarę, co wywołało we mnie jeszcze większy żal niż brak hełmu, zwłaszcza że postanowił zademonstrować mi, jak jej używa. Na szczęście przekonałam go, że próbuję zrobić powitalny obiad, a naczynia żaroodporne wykonane były jednak ze szkła i wskazane było, żeby nie popękały. Nie byłam pewna, czy zrozumiał, ale zareagował.
Z nadmiaru wrażeń - nachalny sęp, szef z wielkim lizakiem i własny syn spokrewniony z Thorem to doprawdy zbyt wiele jak na jeden dzień... - zapomniałam, o której wraca do domu moje drugie dziecko, które może i łatwe w wychowaniu nie było i nie odznaczało się szczególnym gustem, ale przynajmniej dawało się przyporządkować do tego samego stulecia, co ja. Konkretniej był to wiek dwudziesty pierwszy - w wypadku Michała cały czas miałam wrażenie, że nagle przeniosłam się do Skandynawii, i to bynajmniej nie współczesnej. A może od razu go Walhalli? Też możliwe.
W każdym razie moje drugie, to sprawiające mniej (chyba mocno mną wstrząsnęło, że takie bzdury wygaduję!) problemów dziecko, objawiło się, gdy tylko włożyłam naczynie wypełnione czymś jadalnym do piekarnika.
- Jestem! - Piskliwy dziewczęcy głos poinformował mnie od drzwi. A podobno tylko faceci przechodzą mutację. W wypadku Marty - bo tak nazywała się młodsza z moich pociech - nie dałabym za to głowy. Ani ręki nawet.
- Umyj ręce i siadaj do stołu, obiad będzie! - zawołałam, zapomniawszy, że Michał (sądząc po odgłosach) polazł do łazienki.

Przypomniałam sobie o tym w momencie, kiedy powietrze przeciął krzyk Marty. Ale to naprawdę KRZYK. Nie jakieś tam piszczenie gołej baby w horrorze, czy potulne darcie mordy na rockowym koncercie, ale wrzask, który tnie twój mózg na równiutkie plasterki, smaruje musztardą i wcina na kolację. A przy okazji rozwala wszelkie szklane naczynia w promieniu dwudziestu metrów. Cholera, będę potrzebowała nowych szklanek...
W każdym razie zaraz po tym jak wstałam z podłogi pobiegłam do łazienki (cholera wie w końcu, co taki wiking zrobić może... tfu! Wypluj to!), otworzyłam drzwi i... koncertowo przywaliłam w ścianę. A nie, przepraszam – po chwili zajarzyłam, że to jednak były plecy Michała...
I nie, bynajmniej nie uskuteczniał on z siostrą żadnego gore. Po prostu moja młodsza latorośl w dosadny i wielce zwracający na siebie uwagę sposób pragnęła wyrazić radość z faktu, że jej brat wrócił z dalekiej podróży (jakby zupełnie nie zauważając przy tym, że dwukrotnie powiększył przy tym swoją objętość). W każdym razie leże sobie na tej podłodze i wysłuchuje, jak Marta swoim piskliwym głosikiem komplementuje łańcuch zawieszony na szyi mojego wikinga. I pewnie jeszcze bym sobie trochę tak poleżała, gdyby Michał nie poczuł w końcu, że coś mu się od pleców odbiło i się nie odwrócił:
- O! Matula! – powiedział, podnosząc (a właściwie niemal wyrzucając) do góry – Co Matula tak leży? Coś się stało?
- A nic, nic... lubię sobie tak czasem poleżeć i kontemplować rozbite szklanki – spojrzałam na lekko rumieniącą się Martę – Ale to nie ważne... Pewnie jesteś głodny po podróży... Może obiad?
Spojrzał na mnie, uśmiechnął się, uścisnął raz jeszcze i na całe gardło:
- Hurrrrra!

Wtedy po raz kolejny strzeliłam szczupaka i ległam pokotem. A myślałam, że to krzyk Marty jest koszmarem...
Już chwilę później zorientowałam się, że istnieje jednak na świecie większy horror. Były to maniery Michała przy stole. Widać nie tylko wygląd miał już barbarzyński - maniery również. Miałam nawet wrażenie, że talerze zazdroszczą stłuczonym szklankom braku spotkania z moim pierworodnym. Wiking niespecjalnie robił sobie coś z tego, dzwonił widelcem i mlaskał aż miło.
- Świetne, mamuś! - zawołał radośnie, gdy skończył. - Jest dokładka?
Od kiedy on jest w stanie w siebie tyle wepchnąć? A, fakt, dużo go się zrobiło ostatnimi czasy...
Marta dzielnie próbowała dotrzymać bratu kroku, jednak najwyraźniej w świecie było to dla niej zbyt wiele - dyskretnie ulotniła się do toalety, zapewne w celu zwrócenia posiłku. Już ja jej pokażę, pół dnia (no, prawie!) nad garami ślęczę, a ta niewdzięcznica co robi?! Normalnie jakby przepełniony żołądek był jakimś argumentem...

Obiad jednak, jak to obiad, zakończył się. Musiałam jeszcze pozmywać, ale to wolałam załatwić za pomocą czarów, a więc dopiero gdy dzieci wyniosą się z kuchni. Nastąpiło to całkiem szybko, machnęłam ręką, talerze zaczęły radośnie pobrzękiwać i w tym momencie usłyszałam COŚ. COŚ było tak okrutne, że dwa talerze od razu roztrzaskały się o posadzkę, a reszta zatrzymała się, gotowa do pójścia w ich ślady. Przez chwilę myślałam, że to jakiś znak nadchodzącej apokalipsy, dopiero po chwili uświadomiłam sobie, iż to mój syn jedyny dobył swojej gitary, a jego siostra zawtórowała mu jako solistka.
Uwierzcie mi moi mili – bynajmniej nie jestem żadną muzyczną purystką, która słucha tylko Vivaldiego i Bacha, (choć zdecydowanie wolę muzykę klasyczną od innych) i nie jeden raz zdarzyło mi się posłuchać Sabbathów czy Ironów... Ale to zdecydowanie przekraczało moje zdolności poznawcze i recepcyjne. Z sąsiedniego pokoju doszedł mnie dźwięk piły mechanicznej zmieszanej z pilarką, na dodatek jeszcze przyprawiony szczyptą kredy drapiącej o tablice. Mózg mi uszami wypłynął...
Zajrzałam do pokoju. Michał miotał się po pomieszczeniu, brzęcząc łańcuchem, masakrując swoją gitarę (i moje uszy przy okazji) i machając swoim zarośniętym łbem we wszystkie strony (potem dowiedziałam się, że to jest jakieś „pogo”), a Marta siedziała na łóżku i wykonywała arie operowe (w tym miejscu, żeby była jasność: nie to, żebym się wyzłośliwiała – w końcu to latorośl była moja, – ale jej piskliwy głosik był wręcz potworny, zwłaszcza w połączeniu z jej możliwościami – trzydzieści sekund na jednym oddechu!).
Kiedy wreszcie skończyli a z mojego narządu słuchu zostały wióry, Michał spojrzał na mnie.
- I jak matula? Nieźle, co? Nazwaliśmy ten utwór „Satanis proctologis”! Co myślisz?
- Nie no... całkiem... udatna nazwa. Taka... życiowa... ale wokal trochę... nie pasuje, co?
- Nom, trochę... przydałby się nieco bardziej gardłowy... ale gdybyśmy już nie mieli frontmana, siostra by się nadawała.
Marta słysząc to zaklaskała, a ja wyszłam, bo poczułam, że zawartość mojego żołądka zaczyna strajkować, żądając przestrzeni życiowej poza moim układem trawiennym... Czego jak czego, ale reszty zespołu, to ja poznać nie chce...

Przynajmniej na razie. Przemianę jedynego syna w Wikinga musiałam najpierw odchorować, a nie było mi to dane z racji jazgotu wykonywanego przez rodzeństwo.
Zaraz potem miałam się przekonać, że istnieją też inne metody na skuteczne udręczenie moich biednych nerwów. Łomotanie w szybę okienną powiedziało mi, że ten upiorny sęp znowu czegoś ode mnie chciał. Otworzyłam okno na oścież i rozdarłam się dziko:
- Won! Won mi stąd, mam dość szefa, mam dość Wikingów, mam gość werbowania, mam dość sabatów, WON!
- Widzę, że w domu wszyscy zdrowi - zagadnęło ptaszysko, po czym uchyliło głowę przed rzuconym przeze mnie butem. Niewiele brakowało, a szpilka zaprawiłaby go w łeb. - Och, z wiekiem pogarsza ci się celność, biedactwo... Twój Michał faktycznie bardziej się nam przyda, wiesz, młodość, te sprawy...
- Gadaj, przerośnięty wróblu, czego ode mnie chcesz, bo inaczej skończysz na ruszcie!
- Och, tego, właściwie to nic... Tylko sabat w przyszłą sobotę. Masz być ty albo twój syn, wybieraj sama. Inaczej szef sprowadzi jedno z was siłą, a z nim pewnie mu pójdzie łatwiej, bo do ciebie ma jakiś dziwny uraz, zupełnie nie rozumiem czemu...
Drugi but trafił sępa w środek czoła, kurak zatrzepotał rozpaczliwie i odleciał. Sięgnęłam do barku, chlapnęłam sobie whiskey i przysiadłam na fotelu, dziko wściekła.
Tego mi jeszcze brakowało, żeby ten emo-nastolatek brał mnie pod włos i Zygfrydem... tfu, Michasiem mnie szantażował! I co ja teraz mam zrobić? Na sabat lecieć? Czy syna jedynego tam wysłać?!
Tak źle, i tak niedobrze, powiedzcie sami, co byście zrobili na moim miejscu? Przecież śpiew Martusi brzmiał niemal słodko przy treści tej wiadomości. A co gorsza, nie kazał na siebie długo czekać - wycie jak na życzenie rozległo się znowu.

O nie, ja mam dość! Wychodzę!

Poinformowałam ukochane dzieci, że zostawię im mieszkanie na parę godzin, by nie przeszkadzać w próbach (zignorowałam zapewnienia, że nie przeszkadzam) i z kwikiem radości w duszy (o ile jeszcze takową posiadałam) wybiegłam z mieszkania. Z mściwą satysfakcją pomyślałam o sąsiadach, groźba eksmisji niespecjalnie mnie przerażała, miałam na to swoje sposoby, jak zresztą każda szanująca się czarownica. Dzieci w spokoju zarzynały koty (bo że używają tylko instrumentów muzycznych - przestałam wierzyć) - gdy minęłam dwa zakręty, nawet przestałam je słyszeć - a ja miałam czas tylko dla siebie.
Pozostawało tylko pytanie – cóż tym czasem zrobić. Na zakupy iść się nie opłacało (inna sprawa, że odkąd zdobyłam złotą kartę sprzedawcy w butikach niemal płaszczyli się przede mną a inni konsumenci zabiliby mnie, gdyby mogli, fundując katusze wymyślniejsze niż Inkwizycja), w kinach nic ciekawego nie leciało (zresztą, kto teraz chodzi do kina tylko na film?) a na spacer do parku nie miałam nastroju (na żałosne próby podrywu ze strony dresiarzy też nie).
Jakie więc pozostawały możliwości dla dynamicznej, energicznej kobiety XXI wieku, łączącej seksapil, funkcje matki, gospodyni dobrze prosperującego gospodarstwa domowego i kobiety sukcesu?
Oczywiście mała przejażdżka... (nie, nie taka zboczeńcy!).
Szybko pobiegłam na dół, do garażu. Garaż był w zasadzie oddzielnym królestwem, gdzie dało się znaleźć wszystko – poza samochodem. Chociaż nie, przepraszam – stało tam ładne, białe BMW, ale z tego, co pamiętam, właściciel był paranoikiem z manią prześladowczą, i bał się samochodu wyprowadzać na zewnątrz, a co dopiero jeździć nim (o zostawieniu go gdzieś poza osiedlem już nie chcę wspominać). Tak więc poza tym całkiem ładnym okazem, znaleźć można było tu wszystko: piec kaflowy, dwanaście zdekonstruowanych rowerów i jeden sprawny, zepsute leżaki, basen na sześćset litrów wody, posąg Peruna, słoje z oczami w formalinie, sto trzydzieści skradzionych radioodbiorników samochodowych, kilka ton pisemek porno, legion bezpańskich kotów... i moje wspaniałe Kawasaki...
Wspaniały, czarny metalik, moc 160 koni mechanicznych, 1200 centymetrów sześciennych pojemności, prędkość max. 220 km/h... Doskonały przykład harmonii piękna, mocy i diabelnej prędkości... i był mój, tylko mój...
Szybko rzuciłam czar, żeby nie tracić czasu na przebieranki, wsiadłam na motocykl i otworzyłam drzwi garażu. Promień światła wpadł do ciemnej piwnicy, wspaniale odbijając się od lakieru.
- No maleństwo, czas na mały pościg...

Tak! Właśnie tego potrzebowałam. Kiedy mknęłam ulicami, płosząc przechodniów, samochody i wróble, po raz pierwszy tego dnia poczułam, że żyję. I to niezwykle intensywnie. Prędkość mojego życia dobiegała właśnie dwustu kilometrów na godzinę, a nie było to maksimum, jakie moja kochana zabaweczka mogła z siebie wyciągnąć. Jechałam bez kasku, bo chciałam czuć ten wiatr we włosach, a wiedziałam, że i tak nic mi się nie stanie. Nawet gdyby nie moje umiejętności kierowcy (a uwierzcie mi, że byłam w tym świetna!), to i tak poradziłabym sobie zaawansowaną magią. To znaczy, zaawansowaną dla jakiejś tam pospolitej wiedźmy, dla mnie to była zgoła codzienność. No i moje włosy nie plątały się tak jak zwykłych kobiet, więc mogłam sobie pozwolić na to, by pięknie mieszały się z podmuchami wiatru. Wszyscy faceci oglądali się za mną, co absolutnie mnie nie dziwi - w obcisłych czarnych skórzanych spodniach i krótkiej kurteczce wyglądałam absolutnie bosko (a może raczej diabelnie dobrze).
Straciłam poczucie czasu, rozkoszując się jazdą, tylko położenie słońca mówiło mi, że minęły przynajmniej dwie godziny, może więcej. Zatrzymałam moje mechaniczne cudo i uśmiechnęłam się jadowicie na myśl o tym, że wszyscy sąsiedzi już od dwóch godzin słuchają wycia moich dzieci bez mojego udziału! A że Zygfryd i Martusia nie zamilkli, byłam wręcz pewna - w końcu upór i energię mieli po matce.
Musicie więc sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy po wejściu na piętro powitała mnie cisza. Grobowa wręcz cisza. Przez moment przyszło mi nawet na myśl, że lekko zirytowani i nieziemsko zdewociali sąsiedzi wtargnęli do mego mieszkanka i spalili mi dziatwę na stosie zalewając to potem wodą święconą. Fajny koncept, nie?
Pełna trwogi weszłam do mieszkania. Szybki rzut okiem – meble na swoich miejscach, nic nie spalone, nic nie zalane, żadnych śladów krwi. Ostrożnie przekradłam się do kuchni. W zlewie żadnych gałek ocznych, żadnej głowy w zamrażalniku, w kuble na śmieci też żadnych szczątków. Jest nieźle. Ale zawsze mogli zrobić to w salonie. Długi skok i przewrót w przód. Fotele stoją jak stały, stół jest cały, na lampie nic nie wisi, nie licząc podwiązki pamiętającej ostatnią moją randkę...
Ale zostały jeszcze ich pokoje! W końcu mogli ich zakonserwować niczym mumie (nie pytajcie mnie, skąd ten pomysł, w stresie byłam, no!). Najpierw pokój Marty. Wdech, wydech, wdech, wydech... i jazda! Wpadłam do pokoju potykając się o rzucone na ziemie ubrania i omal nie wyrżnęłam łbem o kant biurka, (które zdecydowanie mnie nie lubi, od kiedy wylałam na niego tubkę Super Glue). W każdym razie odetchnęło me serce, kiedy po pozbieraniu swoich kości z podłogi, zobaczyłam córę mą smacznie na łożu śpiącą i ściskającą pluszowego zombie.
Ale pozostawał jeszcze Michaś. Ci przeklęci sąsiedzi mogli oszczędzić Martę, bo była nieletnia, ale co mogli zrobić Zygfrydowi? Na jakie straszliwe katusze mogli go wystawić, jakim wymyślnym mękom go poddać! Tak długo nad tym rozmyślałam, popadając w paranoję, że gdy w salonie w końcu zobaczyłam Michała, omal nie zeszłam na zawał.
Inna sprawa, że syn mój bardzo się tym nie przejął, zaczytany w jakimś magazynie. I pewnie ta lektura skończyłaby się dla niego całkiem głośną tyradą o tym, jak należy traktować własną matkę (pomijając milczeniem moją chorą wyobraźnię) gdybym nie zobaczyła, co on czyta. To był magazyn o kosmetykach. W większości damskich kosmetykach.
- Michał... co ty robisz?
- Szukam kosmetyków.
- Dla kogo?
- Dla siebie.
- A po co ci one?
- Emesa przyjeżdża w przyszłą sobotę na imprezę jakąś i chce żebym z nią poszedł. A że jest podobno niedaleko, wpadnie do nas w dwa dni wcześniej. Wypadałoby jakoś wyglądać...

Jak to fajnie dowiadywać o wszystkim jako ostatnia...

<< Wstecz || Dalej >>

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi