Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
49%
Dobra.
28%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
7%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 43

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Bo Bóg jest kobietą, a Szatan się zakochał cz. III

Mój syn. Mój pierworodny syn. Mój jedyny, prywatny potomek rodzaju męskiego zgotował mi taką wieść, świeżo po oszałamiającej przejażdżce motorem, kiedy to miałam szukać w zlewie jego gałek ocznych?! Moje własne dziecko (jakie tam dziecko, tóż to dorosły facet jest!) oznajmiło mi właśnie, że się maluje! Pal licho, gdyby zrobił sobie tatuaż na całe plecy, kolczyki w wardze, brwiach i napletku czy też pomarańczowego irokeza. Pół biedy, gdyby oznajmił, że zostanę babcią (a przecież jestem jeszcze taka młoda!). Nawet gdyby stwierdził, że jego zespół wprowadza się do mnie na stałe i będzie dawał koncerty w mojej kuchni, przeżyłabym to jakoś... Ale kosmetyki?! To zabiło mnie ostatecznie. Wyobrażenie mojego SYNA w różowej szmince, błękitnych cieniach do powiek, sztucznych rzęsach, tipsach, z różem na policzkach i cholera wie, czym jeszcze, przyćmiło mi zdolność myślenia. Opadłam ciężko na krzesło, aż skrzypnęło i jęknęłam gardłowo:
- Whiskey...
Zygfryd okazał się usłużnym chłopcem, zerwał się natychmiast i chlapnął mamuśce zdrowo. Wypiłam. Nie pomogło.

Wzięłam głęboki oddech. Potem drugi. Raz... dwa...trzy... piętnaście... - odliczałam przy tym, starając się uspokoić matczyne serce bliskie palpitacji.
- Synku, ty się malujesz? - starałam się za wszelką cenę nadać swemu głosowi najbardziej naturalny ton, na jaki było mnie stać, dokładnie tak, jak opisywano to w poradnikach dla nowoczesnych rodziców.
Mój rodzony Zygfryd natomiast spojrzał na mnie zupełnie nie podręcznikowo unosząc brew i uśmiechając się przymilnie pod krzaczastym wąsem.
- Na co dzień to niepraktyczne, wystarczy, że człowiek się spoci i wszystko się po licu rozmazuje - odparł lekkim tonem - ale na Dark Independent Party trzeba się jakoś prezentować, coby się z tłumu nie wyróżniać, prawda matulu?
Dark Indeco? - pomyślałam skołowana wskazując ręką trzymającą pustą szklankę stojącą na stoliku butelkę. Moja starsza latorośl w mig odczytała pragnienie rodzicielki polewając sowicie, prawdopodobnie w imię nordyckiej hojności. Łyknęłam, wciągnęłam głęboko powietrze.
- A jak to synku wygląda, taki... - urwałam na chwilę gorączkowo szukając w myślach właściwego słowa, szybko jednak zmuszona byłam zrezygnować z wertowania osobistego słownika wyrazów bliskoznacznych, który jakimś cudem pojawił się w mojej wyobraźni - makijaż? - dokończyłam zdruzgotana.
Ostatnie słowo ledwie przeszło mi przez gardło. Zaledwie kilka godzin temu wydawało mi się, że nie ma na świecie nic gorszego nad zobaczenie własnego, rodzonego dziecka jako rasowego wikinga o wymiarach dwa i pół na dwanaście. Myliłam się. Stokrotnie boleśniejszym ciosem jest z pewnością ujrzenie jedynego mężczyzny swojego życia, krwi z własnej krwi, mówiąc krótko swego ukochanego syna, jako... transwestytę.
Mój Michaś tymczasem przyglądał mi się ze stoickim spokojem odkładając czasopismo obok napoczętej butelki whisky.
- Podobnie jak ten Marty, tylko bardziej męski - odparł wesoło.
Chwileczkę... Podobnie jak Marty tylko męski... Wolałam dać na tą chwilę wyobraźni wolne. Wyratował mnie dzwonek do drzwi.

"Jeśli to ten niedorozwinięty sęp..." - przemknęło mi przez myśl, cokolwiek nieracjonalnie (ale chyba miałam prawo być zbita z tropu po tak traumatycznych przeżyciach?!), bo nie wiem, po co ptaszysko miałoby używać drzwi wejściowych. W każdym razie poszłam otworzyć. Założę się, że w tym czasie Zygfryd ugasił pragnienie Wikinga-transwestyty za pomocą mojej whiskey.
W progu czekała mnie niespodzianka niemiła o wiele bardziej niż wypłowiałe ptaszysko - stał w nich mój ex-kochanek. Myślałam, że pozbyłam się go skutecznie, bo był koszmarny w łóżku, ale jak widać, okazał się być bardziej uparty niż pryszcz na tyłku (jego oczywiście, nie moim, ja nie miewam takich atrakcji!). Ujął mnie w nim swego czasu oszałamiający wygląd, ale widać zerwanie ze mną odreagowywał jedzeniem, bo zmienił się w małą, tłustą świnkę. Tego mi trzeba było, akurat w momencie, gdy musiałam pilnie zająć się leczeniem poziomu testosteronu u pierworodnego!
- Dzień dobry, Veroniko. Pomyślałem sobie, że może... - zaczął wychylając gębę jak księżyc w pełni zza bukietu róż, równie świńsko różowej barwy.
Nie znoszę różowych róż! Nie znoszę generalnie wszystkiego w tym modnym ostatnimi czasy, ku mojej zgrozie nie tylko wśród rówieśnic Martusi kolorze. Tym samym nieproszony gość do końca obrzydził mi swoją tłustą osobę. Jakby nie mógł przynieść kwiatów w jakimkolwiek innym kolorze, czerwonym dajmy na to, albo... Dlaczego nie przyszło mu, u licha, do tej pustej mózgownicy, że uwielbiam niezapominajki?
- Pomyślałeś? Ach! To ci dopiero nowość! - wykrzyknęłam sztucznie uradowanym tonem.
Dając najlepszy dowód na prawdziwość moich słów, ex nie zrozumiał subtelnej aluzji. Uśmiechnął się promiennie wręczając mi bukiet.
Stałam przez chwilę zdezorientowana trzymając ten wiecheć dwa metry od siebie i zastanawiając, czy szkoda mi ich, by nie zmarniały. Tak, szkoda. W zasadzie lubię kwiaty, a jakby nie patrzeć, różowe róże, to jakaś ich odmiana. Nie ich wina, że nawet Matka Natura zwykła popełniać katastrofalne pomyłki.
- Dziękuję - bąknęłam ukazując moją dumę, rząd prostych, białych zębów. - I do widzenia - dodałam, po czym zatrzasnęłam ofiarodawcy drzwi przed nosem. Ostatni, co usłyszałam, było przeciągłe. "Auuuu".
- O błeee - usłyszałam za sobą - mamuś, co to jest?
Odwróciłam się. Za mną stała Marta wykrzywiając buzię w przykrym grymasie, wyraźnie zdegustowana. Widocznie w tym jednym nasze poczucie estetyki się pokrywało. Nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż przerwało nam kolejne uporczywe brzęczenie dzwonka. Z impetem otworzyłam drzwi.
- Czy ja ci wyraźne nie dałam do zrozumienia, Max, że nie mam dzisiaj czasu? - wypaliłam nie spoglądając nawet na przybysza.
To był mój błąd. Kolejny zresztą tego słonecznego, sierpniowego dnia.
- Nie, nic takiego Pani nie mówiła, o ile dobrze pamiętam - usłyszałam głęboki, miękki, męski głos, a po nim śmiech zupełnie nie podobny do gardłowego rechotu Maxa, do którego nigdy się nie przyzwyczaiłam.

Ostrożnie odwróciłam się i przyjrzałam uważnie przybyszowi, po czym kolana mi zmiękły, a głośny jęk za mną powiedział mi, że mojej córci również. Stał przede mną Mężczyzna przez duże "M", zabójczo przystojny, z ogromnym ego i nie tylko... Nie żeby mnie to jakoś normalnie przytłaczało, w końcu i nie takich już miałam, ale w porównaniu z Maxem obezwładnił mnie całkowicie. Już miałam zemdleć, padając mu zachęcająco w ramiona, gdy usłyszałam:
- Ale skoro nie ma Pani czasu, to ja już sobie pójdę...
- Nie! - wykrzyknęłam, nieco zbyt energicznie, po czym zostało mi już tylko mentalnie postukać się po czole. Nie dość, że wygłupiłam się dokumentnie, to została mi świadomość, że jeśli Mężczyzna wejdzie, to spotka moje rozwrzeszczane bachory, w tym jednego transwestytę. O zgrozo!
Prawo Murphy'ego nie zawiodło jednak, więc Mężczyzna wszedł.
- Proszę się rozgościć... - wyjąkałam słabo, podsunęłam mu fotel i rzuciłam się do drugiego pokoju, żeby uatrakcyjnić się choć trochę (nie bacząc na to, że zostawiam z Mężczyzną własną córkę!). Na efekty nie musiałam czekać długo, w okno zabębnił ten przebrzydły sęp.
Chyba tylko cudem opanowałam się, żeby nie rzucić w tą czarną kupę pierza pierwszym, lepszym przedmiotem, jaki miałam pod ręką, a mającym wagę wystarczająca, żeby spowodować jakieś poważniejsze obrażenia. I w sumie dobrze, bo wymiana okna w takim momencie nie byłaby miła ani przyjemna.
- Czego chcesz, pokrako?
- Pokrako, pokrako! – zaskrzeczał, a ja kątem oka spojrzałam na drzwi, czy przypadkiem komuś nie wpadł do głowy głupi pomysł zajrzenia, co też mamunia porabia w swoim pokoju. – Ja tu robię za gołębia pocztowego, tfu! Wiadomości roznoszę, bo się tu do was nijak dodzwonić nie da! A tu co? Żadnej wdzięczności!
- Jakie wiadomości? Przecież ty zawsze głąbie wiadomości roznosisz!
- Ale od szefa, a nie osobiste! Gdzie ten twój synalek? Telegram jest do niego...
Sęp zeskoczył na ziemię i poczłapał do salonu, gdzie siedziały moje małe potworki i Mężczyzna. Mój but uderzył centralnie w jego nie obrośnięty do końca, czarny kuper.
- A ty gdzie się wybierasz? Żaden piekielny pomiot nie będzie się szwędał po moim mieszkaniu bez mojego pozwolenia! Co by sobie Michał pomyślał, gdyby gadającego sępa zobaczył?
- To co zwykle, jak mnie widzi...
Spojrzałam na Amantesa i wytrzeszczyłam gały. Czy mnie słuch nie myli? Czy ta ewolucyjna pomyłka powiedziała, że mój syn pierworodny już go widział? I to nie raz?
- Ależ droga Veroniko, nie denerwuj się tak... – powiedział cicho, widząc chyba, że przybieram kolor soczystego buraka, a moje pięści zaciskają się niebezpiecznie mocno. – To były tylko takie... kurtuazyjne wizyty, no wiesz... a tak w ogóle, to ja już polecę... i powiedz Michałowi, że jego narzeczona będzie tu za dwa dni. Baj!
Sęp wyleciał z mieszkania w tempie pociągu intercity, a za nim moje szpilki. Sadząc po odgłosie, chyba trafiłam...
Ptaszysko wyleciało zresztą w samą porę, bo po chwili do pokoju wszedł Mężczyzna. Co prawda zakradanie się do cudzego pokoju było dość niegrzeczne, ale jakoś nie potrafiłam się na niego gniewać...
- Przepraszam, że czas zabieram, ale...
- Tak?
- Nie ma Pani pożyczyć trochę soli?
- Słucham?
- Soli chciałem pożyczyć... O, przepraszam, idiota ze mnie... Nazywam się Nathaniel, wczoraj wprowadziłem się i będę od teraz Pani sąsiadem z dołu, spod trzynastki. Problem w tym, że nie dotarły do mnie jeszcze wszystkie meble i sprzęty, a ja trochę zgłodniałem... A na piętrze nikt nie chciał mnie nawet do mieszkania wpuścić. Zatem, można liczyć na małą pomoc, Pani...
- Veroniko...

Nogi mi zmiękły w ułamku sekundy, a niewiele brakowało, żebym zaczęła się ślinić. Słowa Mężczyzny nie dotarły do mnie absolutnie, liczyło się, że mówił, i że mówił do mnie!
- Piękne ma pani imię... - ciągnął kurtuazyjnie Mężczyzna, to znaczy Nathaniel. Aż dziwne, że od razu nie zaintrygowało mnie to imię!
- Jaka tam pani! Yyy... To znaczy, skoro mamy być sąsiadami, to może... yyy...przejdziemy na: ty?
Szlag by mnie trafił! Nie jąkałam się chyba od... ja się przecież nigdy nie jąkam! I co mnie napadło? Niweczę najlepszy seks mojego życia tym, że zachowuję się jak moja własna córka!
Jakby na zawołanie, Martusia wbiegła do pokoju.
- Mamo, to co z tym festiwalem, o którym ci mówiłam?
No żesz rany bos... tfu! Cholera jasna! Nie mogła znaleźć sobie lepszego momentu na to, żeby mnie męczyć? Ja tu walczę z zawziętością lwa o pokierowanie rozmowy na odpowiednie tory tak, żeby spotkanie odpowiednio zakończyć (nie pytajcie jak... w każdym razie bardzo przyjemnie), a moja młodsza latorośl jakby nigdy nic przychodzi mi tu z pytaniem o tak nieistotne z mojego punktu widzenia rzeczy!
- Już ci mówiłam, że muszę rozważyć wszystkie plusy i minusy, zobaczyć szczegóły i dojrzeć do wyważonej, analizującej wszelkie aspekty, decyzji!
- To samo mówiłaś miesiąc temu...
- Yyy... no widzisz! To znak, że jeszcze do niej nie dojrzałam!
- A co to w ogóle za festiwal? – zapytał Nathaniel, a ja złapałam się za głowę. W oczach Marty błysnęły ogniki, po czym z szybkością karabinu maszynowego zaczęła wypluwać z siebie zdania dotyczące grających zespołów (włączając w to poprzednie grupy, w których grali gitarzyści, basista, klawiszowiec i wokalista), ich muzyki, ludzi którzy tam już byli, będą lub chcieliby być, miejsca, konstrukcji sceny, warunków mieszkaniowych i tysiąca innych rzeczy, o których w życiu bym nie pomyślała, jadąc na koncert. Trwało dobre dziesięć minut, zanim wreszcie skończyła, z twarzą świadczącą, że przed chwilą z radością ukręciła głowę swojemu pluszowemu króliczkowi.
- To co? Mogę jechać?
- A nie możesz poczekać do jutra? – zapytałam, licząc że córka ulituje się nad matką i pozwoli jej wyrwać faceta. Nic z tego.
- Nie, bo znalazłam ostatnie dwa bilety na Allegro a aukcja kończy się za dwadzieścia minut.
Krótka piłka.
- Powinnaś jej pozwolić. – usłyszałam od Nathanela. – W końcu to niedaleko...
- Drugi koniec Polski...
- Ale taki zestaw koncertowy może się już nie powtórzyć, tym bardziej że Necrofallus ma kończyć karierę...
Spojrzałam na niego zszokowana. Tego mi tylko brakowało – kolejny gotycko-szatanistyczno-metalowy szaleniec!

Rozpaczliwie poczułam, że trzeba mi Vivaldiego. Albo Bacha chociaż.
- Jeśli chcesz, mógłbym nawet pojechać z nią...
Nie! Zdecydowanie trzeba mi było whiskey. Dużo!
Szlag by to trafił! Do ciężkiej, niesprawiedliwej cholery! Nie dość, że Mężczyzna marzeń okazuje się być napalonym na to samo, co moje dzieciaki, to jeszcze zamiast myśleć o skonsumowaniu znajomości ze mną, radośnie ofiaruje się towarzyszyć mojej córce, w celach konsumpcyjnych zapewne! Owszem, wystarczy raz okiem rzucić, by zobaczyć, że właśnie do tego ten facet nadaje się lepiej niż każdy inny, ale obiektem konsumpcyjnym winnam być ja, nie moja Martusia! Zresztą, ona zdecydowanie za młoda na to jest! Właśnie, o zgrozo, mam nadzieję, że ona wie, że jest za młoda. Wie?!
Rzuciłam córce badawcze spojrzenie, jednak wyraz jej twarzy (który prezentował myślenie ukierunkowane wyłącznie na koncert) nie chciał mi się przyznać, czy należy do dziewicy. A nie mówiłam? Szlag by to trafił!
Wyszłam z pokoju, starając się zachować choćby pozory spokoju (choć biorąc pod uwagę huk, jaki zrobiły zamykane drzwi, wątpię czy mi się udało) i z płonną nadzieją na natychmiastowe zalanie moich problemów skierowałam się do salonu. I nie uwierzycie! Znaczy się, zapewne uwierzycie, bo czemu mielibyście nie wierzyć... ale mnie po prostu ścięło! Trafił mnie piorun, kopara do ziemi opadła! Otóż na kanapie siedział sobie spokojnie mój Michaś a obok, na stole, stały... stały... trzy puste butelki mojego whisky! Sprawdziłam! Ani kropelki nie zostało!
- Gdzie moje whisky?
- Skończyło się niestety – powiedział spokojnie mój pierworodny, zupełnie nie zwracając uwagi na gromy, które w niego ciskałam wzrokiem. – A szkoda, bo dobre było...
Jakoś momentalnie opadłam z sił. Nie było whisky! Światło mojego życia, płyn który pozwalał mi normalnie funkcjonować w chwilach które normalnego człowieka przyprawiłyby o nerwicę, moje słodkie kochanie... skończyło się...
- Mamo, to co w końcu z tym koncertem?
No żesz cholera, nawet żałoby w spokoju przeprowadzić nie dadzą!
- Idź, kupuj! Kupuj! Tylko nie męcz mnie więcej...
- A mogę skorzystać z twojej karty kredytowej?
- Grrr... możesz, tylko idź już!
Jak niewiele wystarczy, by wywołać uśmiech na twarzy córki! Szkoda tylko, że kosztem depresji matki... Zresztą, matko, co ja mówię?! Weź się kobito w garść, to jeszcze nie jest koniec świata! Wyślesz tego wikinga do sklepu i ci uzupełni twoje zapasy! Tak, zdecydowanie! Głowa do góry! Wciągnąć brzuch, wypiąć pierś! Raźno patrzeć w przyszłość. Zwłaszcza najbliższą.
- Przepraszam – Nathaniel wyszedł z pokoju, a mnie od razu jakoś zrobiło się przyjemniej – Ale... czy można dostać soli? Wiem, że namolny jestem, ale nie zamknąłem mieszkania i w każdej chwili mogą do mnie zadzwonić z firmy kurierskiej, a nie sadzę, żeby wiedzieli, gdzie mają dowieźć mój motocykl...
Klapka w mojej głowie zrobiła nagle pik! Czy ja usłyszałam motocykl?

Tak, na pewno! A więc jednak ten facet był moją bratnią duszą. Oczy mi zalśniły momentalnie. Ale zaraz, on powiedział chyba coś jeszcze... Zaraz, co to było? Ach tak, sól! Wyszarpnęłam ją z szafki niemalże ze śpiewem na ustach, rozsypałam sporo wokół siebie i wręczyłam torebkę Nathanielowi. Przyjął ją, dziwnie patrząc na moją podłogę.
- Może by prze lewe ramię... - zaczął nieporadnie.
- Słucham? - zgłupiałam.
- No, splunąć... trzy razy... i może odpukać w niemalowane...
Na tę listę przesądów zdurniałam doszczętnie.
- A... a po co? - zapytałam słabo.
- Bo to... ta sól... to pecha przynosi.
Na miłość boską, mam pluć w mojej prywatnej kuchni?! Jakbym była w stanie mieć większego pecha, to może i bym się tym przejęła, ale tak? Syn stał się nieokrzesanym Zygfrydem, w dodatku wytrąbił moje whiskey, córcia swoim głosikiem wytłucze mi zaraz wszystkie szyby, mój szef jest emo i posługuje się sępem-kretynem, a ja robię z siebie idiotkę przed najbardziej zajebistym facetem, jakiego na oczy widziałam. I ten mi gada o garstce soli...?
Zaraz, zaraz... Ale jeśli on jest przesądny, to może ja też powinnam? Demonstracyjnie splunęłam trzy raz, uważnie celując przez lewe ramię. Nawet udało mi się opluć tę rozsypaną sól. Postukałam jeszcze w kuchenny blat, co prawda polakierowany, ale bez wątpienia niepomalowany i z rozpędu rozejrzałam się za drabiną. Nie było.
- To ja... już może pójdę... - mruknął Nathaniel. - I dziękuję... dziękuję za sól. Do widzenia...
Cielęcym wzrokiem odprowadziłam go do drzwi i uznałam, że teraz to już powinnam się powiesić.
Poczułam się nagle bardzo zmęczona. Zdecydowanie zbyt wiele przeżyć jak na jeden dzień. I za dużo bałaganu. Trzeba zrobić porządek... Wychyliłam się z kuchni i spojrzałam, czy moich kochanych potworów nie ma w pobliżu. Na szczęście dokonywały zniszczeń w innych partiach mieszkania, więc proste zaklęcie pozwoliło szybko wysprzątać kuchnię. Co dalej? A tak... zawołałam Michała i z niewielką ilością gotówki wysłałam do najbliższego monopolowego, aby uzupełnił zapasy, które tak niecnie zużył (swoją drogą, wyrobił się ten mój syn – dwie butelki whisky, i nawet się nie zatacza. Moja krew!). Zrobił to nad wyraz chętnie, a ja wiedziałam, że nie tylko alkohol znajdę na paragonie... Ale to już są szczegóły, szczegóły...
Potem Martusia. Tu zbyt wiele roboty nie było, może poza chwilowym szokiem, że festiwal jest już za tydzień, oraz nieco większym, wynikającym z wiadomości, że Marta miała już załatwiony transport, wyżywienie i nocleg. I jak tu być porządną matką, skoro dzieci wszystko robią same?
Ale fakt, nawet mnie to ucieszyło, bo mogłam sobie spokojnie położyć się i pospać chwile, albo dwie. Zasypiając miałam co prawda dziwne wrażenie, że o czymś zapomniałam – nawet o czymś ważnym, – ale jakoś nie miałam serca przypomnieć sobie, co to było. No i miałam taki ładny sen, o facecie na wspaniałym, czarnym Harleyu, w mocno zdekompletowanej garderobie... Nie będę opowiadała, co się działo w tym śnie, bo mnie potem oskarżą o deprawację i szerzenie treści niedozwolonych. W każdym razie sen był milutki. Na tyle, że obudziło mnie dopiero ćwierkanie wróbli o poranku.

Dzień zaczęłam nad wyraz leniwie. W mojej kusej koszulce nocnej zrobiło mi się za zimno, więc chwyciłam pierwszą rzecz, jaką znalazłam - a był to T-shirt Zygfryda z wielkim, czerwonym pentagramem. Pentagram postanowiłam zignorować, a koszulka z racji rozmiarów leżała na mnie jak wyjątkowo luźna suknia. Usprawiedliwiłam się sama przed sobą, że dzieci śpią jak zabite (mam nadzieję, że tylko jak...), a gości nie przewiduję. W razie pojawienia się nieprzewidzianych zawsze mogłam zrzucić z siebie tę togę i wystąpić we wdzianku nader apetycznym.
Włączyłam cichutko Mozarta, zapaliłam kilka kadzidełek i niechętnie powlokłam się do kuchni. Odrzuciłam myśl o wysłaniu Michasia na polowanie, ponoć Wikingowie jadali na przykład foki. Kuchnia Martusi była zabójstwem, więc w kwestiach gastronomicznych musiałam radzić sobie sama. Uznałam, że wypadałoby zrobić też jakąś przekąskę dla dzieci, w końcu byłam świetną i zawsze zorganizowaną matką!
Nieco niechętnie uśmiechnęłam się do tej myśli, zdecydowanie wolałabym poleniuchować przy słodkiej muzyce, ale wizja rozanielonych (tfu! cóż za wulgarne wyrażenie!) twarzy moich pociech, którym matka pierwszy raz w życiu podała śniadanie do łóżka, miała mi wynagrodzić wszystko. Miałam ponurą nadzieję, że faktycznie wynagrodzi.
Sprawdziłam lodówkę, ale jej zawartość nie wprawiła mnie w zadowolenie. Ot, kilka jajek, sałata, dwie papryki, keczup, kilka plasterków szynki i mały kawałek boczku (który zresztą wziął się nie wiadomo skąd, bo ja takich cudów raczej nie jadam). Ale co to za problem dla kobiety pracującej (a na dodatek czarownicy)? Zakasałam rękawy i wzięłam się do roboty. Jajka wbiłam na patelnię i zrobiłam jajecznicę, dodając też trochę keczupu i pokrojony w kosteczkę boczek. Paprykę pokroiłam w dość spore kawałki i razem z szynką i sałatą, położyłam na pajdy chleba, doprawiając wszystko solą i pieprzem. Herbaty nawet zaparzyłam! Co prawda musiała być liściasta – z uwagi na brak ekspresowej – ale o ból głowy mnie to nie przyprawiało. Zebrałam wszystko, położyłam na tacce i uśmiechając się, spojrzałam na swoje dzieło. Tak, to zdecydowanie było śniadanie mistrzów!
Nie dane mi było jednak donieść dzieciom śniadania do łóżek i napawać się ich zdziwionymi (i wdzięcznymi mam nadzieję) minami, gdyż obie te twarze – wraz z owłosionym łbem Michała, jak i wypudrowaną główką Marty – znajdowały się tuz przy drzwiach, ze sporej wielkości kałużą śliny, ściekającej z ich wywieszonych jęzorów.
Ech, ten wzrok mówił wszystko...
- Chodźcie dzieciaczki, wasza mateczka przygotowała śniadanie specjalnie dla was...

Na szczęście uniknęłam zmarszczek, widząc jak moje dzieciaczki pochłaniają przygotowane przeze mnie śniadanie. Doprawdy, uśmiech mi się najpierw rozciągnął, a potem powolutku schodził w dół. To, że Michał pożerał jedzenie niczym odkurzacz, a jego szczęki były tak elastyczne, że przecisnąłby na raz nawet sporej wielkości schabowego, wiedziałam od dawna, bo jeszcze przed wyjazdem przejawiał takie „talenty” (a spoglądając na niego w tej chwili, doszłam do wniosku że w Norwegii dużo trenował). Jednak tego, że Marta niewiele mu ustępowała w jedzeniu jajecznicy na czas, dotąd nie byłam świadoma. Cholera, teraz się nie dziwię, że zawsze robi sobie trzy razy większe śniadanie niż ja (tylko dlaczego w takim razie jest takie chuchro?). W każdym razie po kilku chwilach z sutego śniadania zostało tylko trochę jajecznicy i dwie kanapki. Ech, co za szczęście, że tak niewiele jadam...
Po skonsumowaniu efektów mojej wytężonej, kulinarnej pracy, Marta stwierdziła, że musi lecieć do koleżanek, omówić sprawy związane z wyjazdem (swoją drogą, zastanawiam się, ile w końcu zapłaciła za te bilety), a ja – jako że jestem leniwa i zazwyczaj nie robię tego, czego nie muszę – nie zatrzymywałam jej, dochodząc do wniosku, że lepiej się do tego przygotuje wraz z koleżankami, niż gdyby miała to robić ze mną.
Zygfryd zaś poprosił mnie, żebym pomogła mu wybrać ubranie, w którym mógłby przywitać swoją dziewczynę. Zdziwiła mnie nieco jego nagła dbałość o swój wygląd (a może brodę zgoli? Może włosy zetnie?), ale zgodziłam się. W końcu od tego są matki, nie? Przebrałam się w końcu w coś normalniejszego, o odpowiednim rozmiarze i poszłam do pokoju Michała, który zamienił zresztą w przedsionek piekła.

<< Wstecz || Dalej >>

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi