Bo Bóg jest kobietą, a Szatan sie zakochał cz. IV
I to dosłownie! Ścian nie widziałam spod czarnych plakatów, z których wykrzywiały się zakazane mordy (TO mają być muzycy?!), upstrzone pentagramami, zamiast firanek ujrzałam czarne zasłony, na żyrandolu dyndał ciężki łańcuch. Kiedy, spłoszona, zaczęłam się zastanawiać, czy żarówki też świecą na czarno, dojrzałam na szafkach świeczki. A jakże, też czarne! Łóżka nie dojrzałam, ale to z powodu stosu zalegających na nim gratów. Michaś wskazał owe graty i z miną aniołka wyszeptał:
- Mamuś, co mam na siebie włożyć?
Ach, to były jego UBRANIA?
Dojrzałam jeszcze gitarę zajmującą całe biurko i skupiłam uwagę na ciuchach. Po kwadransie zaczęłam się zastanawiać, czy może mój biedny syn nie jest daltonistą. Wszystko było czarne, wliczając w to bokserki (choć nie, jedne miał czarne w misie!) oraz skarpetki (jeden czarne z Garfieldem...). Zauważyłam też, że wzornictwem numer jeden były oczywiście pentagramy (w tym stylizowany na marchewkę!), ale niewiele ustępowały im odwrócone krzyże, ukrzyżowane dziewice, wyuzdane demonice i wizerunki wokalistów. Od kompozycji przedstawiającej grubego kozła analnie gwałcącego jakąś wypiętą pannę wręcz nie mogłam oczu oderwać. Zygfryd opacznie zrozumiał mój wzrok, wyrwał mi koszulkę i mruknął:
- Też sądzę, że będzie najlepsza...
Miałam co prawda nieodpartą ochotę powiedzieć, co naprawdę myślę o idei włożenia takowego stroju na spotkanie z dziewczyną (choć sam wzór był... interesujący), ale dość szybko mi przeszło, pod wpływem mego syna odprawiającego przed otwartą szafką swego rodzaju rytuał: ostrożnie (bardzo ostrożnie) składał rzeczony podkoszulek w kostkę, uważając, by przypadkiem nie złożyć krzywo i nie pomiąć (bo jeszcze mateczka musiałaby prasować). Kiedy już złożył koszulkę, zwrócił się do mnie, żebym podałam spodnie, leżące na regale (o dziwo też złożone). Nie będę opisywała trudów, jakie musiałam znieść, aby przenieść jedną parę zwykłych gaci – w każdym razie miałam wrażenie, że Michał włożył tam kilka płyt pancernych. I jeszcze obciążył dodatkowo cegłami. I kilogramem żelaza. W każdym razie ze spodniami też obszedł się bardzo delikatnie.
- Możesz mi mamo podać jeszcze glany?
Spojrzałam pod ścianę, gdzie leżało jego obuwie. Glany, tak?
- Chcesz te z klamrami, te bez klamer, te wyższe, niskie, z czerwonym pentagramem czy oćwiekowane?
- Te z klamrami będą dobre.
Dobre do czego? Zrobienia sieczki z czyjejś twarzy? No ale dobra, jak chce te, to niech będą te... Nie bez kłopotu podałam synowi wyznaczoną parę (swoją drogą, jak w tym można chodzić? Przecież człowiek musi się czuć, jakby nosił cegły w butach) i obserwowałam, jak diabelnie ucieszony zamyka swój skarbiec.
- Michał, a tak właściwie... to jaka ta Emesa właściwie jest?
- Ekhm... ja, tego... Mamuś, w sumie... to ja się śpieszę! - jęknął rozpaczliwie mój syn, nerwowo zerkając na nadgarstek, co zapewne miało znaczyć, że chce sprawdzić, która godzina.
A więc to tak?! Mój syn już nawet nie chce ze mną rozmawiać? Jakaś dziewczyna jest ważniejsza ode mnie? Czemu Zygfryd nie jest taki jak Martusia? Zaraz, zaraz... Martusia nigdy mi nie mówiła o swoich chłopakach! Przegapiłam ważny rozwój w życiu mojego dziecka... Chociaż może nie... Może ona jeszcze nie ma chłopca? Nie powinna mieć, za młoda jest na to! O zgrozo! A jeśli ona woli dziewczyny?!
Cholera! To nie byłoby ciekawe. Bandę lesbijek nimfomanek robiących „w branży” jeszcze jestem w stanie przeżyć (bo zlatuje się to głównie na sabaty, na których mnie i tak nie ma), ale w moim domu:? Moja córka? Nie, nigdy! Nie rzucę ziemi skąd mój ród, o!
Z drugiej strony... może trochę przesadzam? Kiedy ja właściwie miałam swojego pierwszego chłopca? Sięgnęłam pamięcią... Marco, Witek, Jerzy... dużo ich było. W sumie takie wspominki były całkiem miłe, ale wolałam się nie zagłębiać zbytnio w moich przeszłych facetów. Zwłaszcza, kiedy doszłam do momentu, gdy byłam młodsza niż ma córcia, a do pierwszego był jeszcze spory kawałek... Ale mniejsza z tym! Zygfryd był na tapecie!
Spojrzałam na drzwi. Duża czarna plama próbowała wtopić się w otoczenie i niepostrzeżenie opuścić zagrożone miejsce. Nic z tego.
- Michał! – wrzasnęłam, a wierzcie mi, ja wrzeszczeć umiem. – Wracaj, ale już! Na łóżko i opowiadać matce o swojej wybrance, w te pędy!
Wyobraźcie sobie szok, jaki przeżyłam, kiedy moja latorośl, zamiast posłusznie wrócić na miejsce i opowiedzieć szczegółowo o swojej lubej, po prostu... po prostu... wyleciała z pokoju. Słychać było odgłos ciężkich butów uderzających o podłogę, trzask zamykanych drzwi i krzyk jakiejś dewotki, która przed chwilą chyba zobaczyła diabła. Jak tak można? Z własną matką?!
A swoją drogą, czy ja nie miałam mu czegoś powiedzieć?
Tylko czego? Rozpaczliwie spróbowałam sobie przypomnieć, co mogłam chcieć oznajmić synkowi z okazji spotkania z lubą (a może i z innego powodu?), ale w głowie miałam pustkę. Co mówią matki dorastającym synom? Chyba żeby wzięli prezerwatywy... Rety, co się stało z tym światem! Moje dzieci już się za seks biorą! Zaraz, zaraz... biorą? Michaś nigdy mi nic nie wspominał... ale on przecież studia skończył. Fatalnie. Na pewno już zaczął. A kim ona była? Nawet mi jej nie przedstawił... I jeszcze jedno. Z tego mojego syna takie bydlę wielkie, że jak on tych dziewczyn nie miażdży? O nie, ja nie chcę sobie tego wyobrażać! Ja chcę tylko, żeby moje dzieci znów były małe, rozkoszne i grzeczne. No dobra, żeby były chociaż małe...
Ale to były tylko marzenia (swoją drogą, przy ich snuciu wcale nie przeszkadzał mi fakt, że z małymi dziećmi jest więcej roboty niż z dużymi). Ale problem ten nie zaprzątał mi głowy zbyt długo. Jako że dzieciarnia poszła w świat (niedaleki co prawda, ale zawsze), postanowiłam w końcu zadbać o siebie, co zupełnie nie udawało mi się od momentu ich przyjazdu... Nalałam sobie wody do wanny, wlałam nieco olejku, zapaliłam kilka kadzidełek i zanurzyłam się w cieplutkiej wodzie, starając się wykorzystać jak najlepiej tą krótką kąpiel (no bo co to jest godzina? Nawet wymoczyć się porządnie nie da). Uwierzcie mi – z ciężkim sercem wychodziłam z wody! Jakież to miłe, leżeć sobie w cieple i kompletnie nic nie robić...
Podeszłam do lustra. Z jego tafli spojrzała na mnie bardzo (bardzo!) ładna, zadbana i cholernie seksowna kobieta, o wspaniałych, gęstych, czarnych włosach, głębokich, zielonych oczach, zmysłowych ustach i figurze tak doskonałej, że gdyby zrobić z nią rozkładówkę w piśmie dla panów, nie potrzebne byłyby żadne retusze w Photoshopie.
- Lustereczko powiedz przecie, któż jest najbardziej seksowny na świecie?
Lustro milczało.
- Wiedziałam. Ty też myślisz tylko o jednym i nie chcesz się do tego przyznać...
Machnęłam ręka i usiadłam na stołku, z szafki wyciągnęłam balsam. Jedno proste zaklęcie i już chłodny płyn „wcierał się” w moje ciało. Tak, wiem – lewitująca w powietrzu tubka kremu i sam krem rozprowadzający się na mojej skórze to widok jak z głupiego komiksu, ale cóż... zaklęcie było wyjątkowo efektywne. I wygodne.
Po skończonej pielęgnacji ubrałam się w czarny szlafrok, wyszłam do salonu i ułożyłam się na sofie w pozie dość dwuznacznej. Wbrew jednak nadziejom napalonych panów (i panien) wcale nie zamierzałam wykonywać czynności, „które zazwyczaj robi się w pozie dwuznacznej”. Zamierzałam myśleć. I to intensywnie.
A było o czym myśleć. Dwa problemy nie dawały mi spokoju: Marta i sabat. Z Martą sprawa była prostsza – za dwa dni jedzie na ten cholerny festiwal i wsiąka na tydzień. Co prawda nie mam zielonego pojęcia, jaki festiwal może trwać cały tydzień, ale cóż... sama dawno na żadnym nie byłam, a czasy się zmieniają. O bezpieczeństwo się specjalnie nie martwiłam, biorąc pod uwagę że jedzie tam z babami trenującymi kickboxing, za które nieraz robiła prace domowe, więc ochronę miała zapewnioną. I na dodatek przyjedzie już po sabacie, więc niczego się nie domyśli. Ale sabat... tu sprawa wyglądała dużo poważniej. Puszczenie tam Michała w ogóle nie wchodziło w grę, na głowę nie upadłam... Oczywiście nie dlatego, że w niego nie wierzę, że niby sobie nie poradzi, o nie! Po prostu... nie wyobrażam sobie, żebym jako wzorowa, kochająca matka pozwoliła takiemu naiwniakowi wleźć prosto w paszcze lwa. A ja... no cóż... co prawda na żadnym takim zlocie nie byłam, ale zapiski filmowe, zdjęciowe tudzież przekazy ustne wystarczają, aby poruszyć mój żołądek. Pamiętam, jak oglądałam "relację" z ostatniego... Wyobrażacie sobie zbiegowisko kilkudziesięciu bab – oczywiście w większości wyjątkowo ładnych, zgrabnych i powabnych – które przez całą noc nie robią nic innego, tylko liżą i gżą się na wszelkie możliwe sposoby? W parach, trójkach, czwórkach i piątkach, na górze, na dole, z boku i na ukos? W dodatku wszystko jeszcze podlewając potwornymi ilościami alkoholu i jakiś dziwacznych afrodyzjaków? Przecież to horror jest! A nawet jak się już uda wyszperać jakiegoś zabłąkanego faceta, to zaraz się rzucą na niego całą chmarą i intymny nastrój szlag trafia!
A ja lubię powolutku, spokojnie, przy dźwiękach muzyki klasycznej i słodkim winie, kiedy nikt mi się nie dobiera między... zresztą nieważne! Nie lubię sabatów i tyle! Tyle że zapowiada się, że na ten będę musiała się udać...
Na samą myśl o tym ciarki mnie przeszywały, ale przecież miałam poświęcić się dla wyższego dobra. Dla syna! Przelotnie pomyślałam o tym, ze "dobro" faktycznie jest ode mnie wyższe, a szersze w barach to już na pewno. I w dodatku udaje, że umie śpiewać, co już mi uszami wychodzi...
No ale ja nie o tym miałam. Skoro już postanowiłam się wybrać na pierwszy w życiu sabat - w końcu zawsze jest ten pierwszy raz, i co z tego, że ja własnego przypomnieć sobie nie potrafię... - to muszę się do niego jakoś przygotować. Rozmyślania nad tym, jak powinnam to zrobić, nic mi nie dały, no może poza pomysłem wydepilowania sobie czarnego kota... no wiecie, gdzie. Żeby jednak móc sobie coś depilować w ozdobne kształty, to trzeba mieć co, a ja zwykłam chadzać zadbana, więc i tak potrzebowałabym teraz przynajmniej tygodnia, dwóch. Niestety, tyle czasu nie miałam, więc intymną fryzurkę uformowaną w miłego kocurka musiałam sobie darować.
Dalsze myślenie szło mi jakoś nieskładnie, więc chlapnęłam sobie whisky i poszłam spać. Śniły mi się, a żeby to szlag jasny trafił, ograniczone umysłowo sępy. Zawsze wiedziałam, że moja praca prędzej czy później zniszczy mi psychikę...
Obudziwszy się, stwierdziłam, że Marta już wróciła. Niestety okazało się, że wizyta u koleżanek znacząco wpłynęła na jej zdolności komunikacyjne i wszystko, co nie dotyczy koncertu spływało po niej jak po kaczce. W sumie... było kilka plusów takiej sytuacji, bo nie musiałam zbytnio myśleć (czasem naprawdę ciężko mnie dobudzić) więc przy pakowaniu tobołu wystarczyło tylko kiwać głową i od czasu do czasu powtarzaniu „tak, to prawda”.
Ogólnie musze powiedzieć, że byłam wyjątkowo zaskoczona sprawnością mojej córeczki. Dla mnie pakowanie zawsze było istnym koszmarem, zwłaszcza zanim nauczyłam się zaklęcia pakującego. A tu? Wszystko ładnie, pięknie upchane, kulturalnie poukładane... w pewnym momencie zaczęłam być nawet lekko zazdrosna... Ale zresztą, po co ja to mówię? Czy was naprawdę obchodzi, czy moja córka umie dobrze układać swoje kiecki? Bądźmy szczerzy – wy czekacie tylko na pikantne szczegóły i moje potknięcia... Ale wracając do opowieści: niedługo potem wrócił także Michał. Jego zachowanie wydało mi się na początku trochę dziwne, zwłaszcza że wlazł do mieszkania z olbrzymim workiem, który za wszelką cenę próbował ukryć przed moim wzrokiem. Działanie równie sensowne, jak próby ukrycia słonia pod prześcieradłem.
- Michaś... a co ty tam pieronie chowasz?
- A nic takiego matula...
- Ty mi tu nie gadaj głupot! Widzę że coś przyniosłeś!
- A tam... taki prezent dla Emesy, znalazłem na targu...
Jak odpakował papier to prawie zawału dostałam. Wyobraźcie sobie: czarna, pluszowa koza w naturalnym rozmiarze, z czerwonymi ślepiami i sporej wielkości pentagramem na d... na zadzie.

















































Odpowiedzi
No, całość gotowej
No, całość gotowej czarwonicy dodana. Teraz trzeba uzgodnić, kto pisze następną część :>
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Ja mogę dopiero po 30.06 ;p
Ja mogę dopiero po 30.06 ;p
--
bezczelna i ruda