Wywiad z Anetą Jadowską

Aneta Jadowska – urodzona w Radomsku, wczesną młodość spędziła w Przedborzu. W 2000 r. przeprowadziła się do Torunia, gdzie mieszka do tej pory. Z zawodu filolożka, na swoim koncie ma też doktorat z literatury. Czyta właściwie wszystko, jednak do ulubionych gatunków zalicza kryminały i urban fantasy. Zadebiutowała opowiadaniem "Dziwny jest ten świat". W 2012 r. ukazała się jej pierwsza powieść – "Złodziej dusz".

Joanna Posorska: „Złodzieja Dusz” napisała Pani w 2010 roku podczas pracy nad doktoratem. Powieść ukazała się jednak dopiero w 2012 roku. Dlaczego?
Aneta Jadowska: To całkowicie normalny proces wydawniczy. W okolicach marca 2011 roku, czyli w chwili, kiedy książka się już trochę uleżała i mogłam ją sobie poprawić, wysłałam kopię do wydawcy. W ciągu trzech miesięcy przyszła odpowiedź. Mija kilka kolejnych miesięcy, zanim przeprowadzimy redakcję, zanim ktoś wykona skład, więc jest to zupełnie standardowe opóźnienie czasowe.

J.P.: W zeszłym roku dostała Pani Złotą Karetę „Nowości” w kategorii „Kultura”. Jak przyjęła Pani fakt, że czytelnicy docenili Pani twórczość w tak krótkim czasie po ukazaniu się pierwszego tomu serii?
A.J.: To jest bardzo miłe uczucie. Myślę, że bycie docenionym przez miasto, w którym się mieszka, jest zawsze szczególnie sympatycznym doświadczeniem. Zwykle właśnie ci, którzy są najbliżej, potrzebują najwięcej czasu, żeby się przekonać. Toruń bardzo przyjaźnie mnie zaskoczył.

J.P.: Przeczytałam, że uwielbia Pani serie kryminalne. „Złodziej Dusz” z pewnością zalicza się do gatunku. Zastanawia mnie jednak, dlaczego zdecydowała się Pani osadzić kryminał w realiach fantasy?
A.J.: To jest najbardziej naturalne dla mnie połączenie. Jest najbardziej kompatybilne z moim typem wyobraźni, która została ukształtowana i trzyma się wiernie motywów fantastycznych. Jest to też mój ulubiony gatunek.

J.P.: Uważa Pani, że debiutowała trzykrotnie. Najpierw z „Dziwny jest ten świat”, potem z „Kalejdoskopem”, a w końcu ze „Złodziejem Dusz”. Dlaczego traktuje Pani te etapy jako odrębne debiuty?
A.J.: „Dziwny jest ten świat” był pierwszym tekstem, który się ukazał w gazecie docierającej do szerszego grona czytelników, czyli w „Gazecie Radomszczańskiej”. Byłam wtedy w klasie maturalnej, więc stanowiło to oczywiście duże przeżycie, na które bardzo czekałam. Kiedy człowiek ma naście lat, jest bardzo niecierpliwy, a moment, kiedy wreszcie zobaczy w druku swój tekst, jest mocno wyczekiwany. „Kalejdoskop” był z kolei pierwszym tekstem, który opublikowałam w po pierwsze ogólnopolskim, a po drugie już w typowo literackim czy fantastyczno-literackim piśmie. To ważny moment do odnotowania w twórczym kalendarium. Następnie na ileś lat zajęłam się głównie doktoratem, pracą zawodową, pisałam sporo tekstów – ale naukowych – nie literackich. Pod tym względem „Złodziej…” był powrotem na pewną ścieżkę. Dziś śmiało mogę dodać – właściwą. Poza tym pierwszą powieść zawsze traktuje się jako debiut.

J.P.: Jako nastolatka pisała Pani opowiadania fantasy i wysyłała je Feliksowi Kresowi. Czy utrzymuje Pani z nim teraz jakiś kontakt?
A.J.: Kres prowadził rubrykę dla młodych adeptów pióra na łamach pisma „Fenix”. W tamtym czasie od jego felietonu i krótkich recenzji nadesłanych tekstów zaczynałam lekturę gazety. Oczywiste było, że muszę wysłać Kresowi swoje opowiadanie. Doczekałam się odpowiedzi, a później kilku listów, wypełnionych poradami i uwagami o literaturze. To on nauczył mnie redagowania tekstu, myślenia o nim od strony warsztatu. A przede wszystkim, uznając moje literackie próby za wartościowe, pozwolił mi snuć fantazje i budować plany na przyszłość w oparciu o talent, który – jak twierdził – miałam. To było dla mnie bardzo ważne: ten pierwszy dowód akceptacji od kogoś, kto zawodowo zajmował się pisaniem, a do tego był autorek książek, które uwielbiałam. Myślę, że każdy młody człowiek, który zaczyna pisać, potrzebuje, żeby ktoś mu w którymś momencie powiedział: „Hej, naprawdę możesz to zrobić”. Feliks Kres był dla mnie właśnie taką osobą, choć on pewnie dziś mnie nie pamięta – bo byłam jedną z wielu młodocianych adeptek – dla mnie był i jest wyjątkowo ważny, mimo że nie utrzymujemy od lat kontaktu. On się wycofał troszeczkę z życia literackiego, ogłosił swą emeryturę.

J.P.: W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że podoba się jej wizerunek kobiet, jakie kreuje Feliks Kres. Czy tworząc Dorę, miała Pani gdzieś z tyłu głowy postać Kareniry?
A.J.: Chyba nie było aż tak bezpośredniego zapożyczenia. To, że zawsze lubiłam twórczość Kresa i jego postaci kobiece też mi odpowiadały, wynikało bardziej z moich uwarunkowań charakterologicznych, niż z zapatrzenia w jego postaci. Już wtedy widocznie wyczułam, że to jest ten typ bohaterek, który po prostu mi odpowiada.

J.P.: Akcja „Złodzieja Dusz” osadzona jest w Toruniu. Wiele osób nie znających miasta i nie mieszkających w nim, kojarzy je jedynie z rozgłośnią Radia Maryja i osobą ks. Tadeusza Rydzyka.
A.J.: Mam niemałą satysfakcję, kiedy dociera do mnie, że już nie, że udało mi się coś zmienić. Jest całkiem spore grono ludzi nie znających Torunia, zanim nie sięgnęli po moje książki. Dziś moje miasto bardziej kojarzy im się z literaturą niż z rozgłośnią. Cieszy mnie to, ponieważ jest to mój wkład w poprawę PR-u Torunia. Miasto ma do zaoferowania dużo więcej niż tylko rozgłośnię. To dobrze, że młodzi ludzie przestają myśleć o Toruniu jako o mieście „nie dla nich”. Wiem o co najmniej kilku przypadkach osób, które zwiedzały po raz pierwszy Toruń z powieściami o Dorze w dłoniach – prawie jak z przewodnikami– aż zakochały się w tym mieście. W ten sposób spłacam moją „Złotą Karetę” – poprawiając czy wzbogacając wizerunek miasta.

J.P.: Czyli to też był jakiś cel, kiedy osadzała Pani akcję w Toruniu?
A.J.: Mogłam stworzyć jakiś świat od podstaw, ale mieszkam w Toruniu już 13 lat i naprawdę lubię to miasto. Chciałabym, żeby inni też dostrzegli w nim to, co ja, czyli ogromny potencjał magiczny, trochę romantyczny i trochę nietypowy. To, że jest trochę retro, ale jednak nieoderwany od współczesności. Kreuję więc ten swój Toruń tak, jak ja go widzę.

J.P.: Nie myślała Pani o tym, żeby stworzyć swój własny, odrębny świat, niezwiązany konkretnie z żadnym miejscem, i właśnie tam wprowadzić czytelnika? Nie chciałaby Pani stworzyć swojego własnego Śródziemia?
A.J.: Nie było takich pomysłów, ponieważ gatunek, jaki teraz tworzę, jest tym, co mi najbardziej odpowiada. Lubię, kiedy czytelnik może odwiedzić miejsca, o których przeczytał w książce, kiedy może poznać miasto, nie będąc tam nawet wcześniej. Tworzenie świata od podstaw na razie mnie nie pociąga.

J.P.: W „Złodzieju Dusz” mamy do czynienia z wielką różnorodnością postaci mitycznych, magicznych. Jak dokonała Pani wyboru, które ze stworzeń pojawią się na łamach powieści?
A.J.: To chyba nie jest tak, że postać jest określona w swoim charakterze tylko przez definicję jej rasy. Dla przykładu Roman jest dosyć twardym przeciwnikiem dla Dory i nie sądzę, by to się zmieniło, gdyby nie był wampirem. Wydaje mi się, że rasa jest tylko dodatkiem do charakteru postaci. W przeciwnym wypadku nie byłoby rozróżnienia charakterologicznego w obrębie rasy. A wystarczy spojrzeć na anioły: Joshuę, Gabriela, Rafaela, Michała, Nissima, by zobaczyć, że są całkiem różni, mimo anielskiej krwi.

Skąd się te wszystkie rasy wzięły w mojej powieści? Czytam dużo opracowań i tekstów związanych z folklorem, z mitologiami. Sporo zapamiętuję lub wynotowuję. Czasami mam inne wyobrażenie dotyczące jakiejś rasy niż zwyczajowo podawane czy wykorzystane przez innych autorów. Czasami jest w tym jakaś mała polemika, ale nie zawsze. To też jest element tego świata, który miał być taki, jaki jest. Kiedyś pewien starszy już mężczyzna, zanim zabrał się do czytania „Złodzieja...”, podzielił się ze mną obawą, że może się pogubi albo nie odnajdzie się w formule gatunku, bo fantastyki nigdy nie czytał. Powiedziałam mu, że najprostszym sposobem wyobrażenia sobie tego świata w całej jego różnorodności rasowej jest przywołanie znanych z historii Polski sytuacji – takich jak siedemnasto- i dziewiętnastowieczne Kresy, gdzie spotykały się różne narodowości i różne wzorce kulturowe. Tworzył się intensywny tygiel kultur, w którym one się mieszają, ścierają. Nie wszystko da się pogodzić. Myślę, że nie ma powodu na siłę szukać jakiegoś ujednolicenia. Różnorodność jest bogactwem. Sprawdza się to zarówno w przypadku Thornu, jak i miast rzeczywistych i nieliterackich. Co ciekawe, pan ów ostatecznie przeczytał wszystkie trzy tomy i całkiem mu się podobały, co go chyba samego nieco zaskoczyło. Może to też wskazówka dla wielu osób, które o fantastyce (której nigdy nie czytały) myślą jako o gatunku hermetycznym. Nic bardziej mylnego. Fantastyka to rozrywka, popkultura, wyobraźnia, a te nigdy nie były elitarne ani hermetyczne.

J.P.: Pierwotna okładka „Złodzieja Dusz” różni się od nowego wydania. Prawdę mówiąc nowa wersja wygląda bardziej na okładkę kryminału niż urban fantasy. Skąd decyzja o zmianie projektu?
A.J.: Konwencja kryminału jak najbardziej pasuje do urban fantasy. Według George’a R. R. Martina ten gatunek jest bękartem, potomstwem powieści detektywistycznych nurtu noir i horroru. Seria o Dorze doczekała się wreszcie wyrazistej formy, sygnalizującej zarówno ciągłość serii, jak i przynależność gatunkową. Pierwsza okładka nie do końca oddawała charakter powieści. Kojarzyła się z romansem, a stroje bohaterów mogły wprowadzać w błąd, sugerując powieść historyczną. Blurb na okładce też koncentrował się na romantycznej stronie „Złodzieja...”, a to siłą rzeczy nie do końca trafiało do męskiej części czytelników. Po zmianie okładki można powiedzieć, że te siły są już w miarę wyrównane. Skojarzenie z kryminałem jest dobre. Gdyby ktoś szukał klasycznego romansu, sądzę, że trupy, śledztwa, pojedynki i awantury tylko by mu przeszkadzały, a wątki romansowe nie zaspokoiły w pełni ochoty na romans. Tak jest uczciwiej.

J.P.: Heksalogia o Dorze Wilk dobiega końca. Czytałam, że kolejne powieści mają dotyczyć bohaterów, których spotkaliśmy w „Złodzieju Dusz” i jego kontynuacjach.
A.J.: W kolejnej powieści z pewnością pojawi się Witkacy, który zyskał wielką sympatię czytelników, mimo swojej melancholii i skłonności do używek. Pytania o niego były chyba jednymi z najczęstszych, jakie zadawali mi czytelnicy. Było dla nich za mało tej właśnie postaci. Tak się złożyło, że też miałam do opowiedzenia na temat Witkaca więcej, niż zdołałam wprowadzić do powieści o Dorze, dlatego dostał swoją małą serię – na razie jedną powieść, w założeniu dwie.

Później będę pisała o Nikicie, która miała swoje pięć minut w serii o Dorze, ale jej historia aż się prosi o osobną serię – najpewniej trzytomową. I wbrew pozorom nie do końca da się te powieści traktować jako kontynuację heksalogii – to inni bohaterowie, inne spojrzenie na rzeczywistość, inny narrator, inne miejsca i problemy.

J.P.: Powieści rodzimych autorów mają małą szansę znalezienia się na rynku międzynarodowym, a tym samym profity są nieporównywalnie niższe niż np. twórców amerykańskich. Do tego panuje przeświadczenie, że to, co polskie, nie może być dobre, i Polacy nie kupują zbyt dużo książek polskich autorów. Więc jak to jest z tym utrzymaniem się wyłącznie z pisarstwa w Polsce?
A.J.:Nie do końca jest tak, że Polacy nie kupują powieści polskich autorów. Gdyby tak było, wiele wydawnictw nie dałoby rady utrzymać się na rynku. Dotyczy to również autorów. Jeśli ktoś chciałby zarabiać 40 tys. miesięcznie i dodać do tego trzy tygodnie wakacji na Malediwach, wtedy pewnie nie da rady utrzymać się z samego pisarstwa. Ja osobiście nie pracuję etatowo od 2 lat i taki system u mnie funkcjonuje. Chciałam spróbować. Dałam sobie 4 lata na próby pisarskie i udało się. Wymagało to ogromnej samodyscypliny i dobrej organizacji, ale nie żałuję tego. Nie jestem typem człowieka, który lubi patrzeć wstecz – o wiele bardziej interesuje mnie to, co przede mną.

Wywiad przeprowadziła: Joanna "Sachmet" Posorska

Konkursy

Nazwa użytkownika

Facebook

Discus