Wywiad z Tomaszem Jędruszkiem

    Wywiad opublikowany wcześniej w magazynie Rebel Times.

    To co się dzieje na świecie generalnie mało mnie interesuje
    - wywiad z Tomaszem Jędruszkiem

    Tomasz Jędruszek (Morano) ur. 17 czerwca 1977 w Żarkach. Od najmłodszych lat pasjonuje się komiksem, malarstwem; większość dzieciństwa spędził w domu zarysowując tony papieru albo lepiąc coś z plasteliny, zamiast bawiąc się z dziećmi pod blokiem. Później przyszła fascynacja komputerami. W ostatniej chwili plany studiowania informatyki zamieniam na ASP żeby w ostateczności wylądować na Architekturze i to na dobre 9 lat. W tym czasie musi podjąć ważną decyzje dotyczące swojej przyszłości i w ostateczności ryzykuje albo zawodowstwo kosztem wykształcenia albo wykształcenie, nędza i głód. Na szczęście wybiera to pierwsze i szybko zyskuje pozycję na rynku malarzy cyfrowych. Pod silnym naciskiem żony oraz Ministerstwa Obrony Narodowej, kończy w końcu studia i ma spokój, może wreszcie robić swoje – co szybko przynosi efekty: Portal, White Wolf i Mongoose Publ zamienia na Fantasy Flight Games, Sony Online ent. i Wizards of the Coast, a chwilę później wygrywa CGSociety "Steam Punk" Challenge. Jakby sukcesów było mało to na dodatek ożenił się z kobietą, która rozumie go bez słów więc w domu jest cisza i spokój, z tym że ostatnio urodziła mu syna i już jest po ciszy. W przyszłości planuje zaszyć się na wsi i poświęcić czas na "Venhelis", a później zająć się robieniem gier dla siebie i ludzi takich jak on. Nienawidzi świąt, nie rozumie jak można spędzić cały dzień nie robiąc absolutnie nic, ale nie jest też pracoholikiem; w tej chwili 40 % czasu poświęca rodzinie, 40% pracy, a 20 % na sen. Jest uzależniony od dobrej muzyki i dobrego filmu, od lat szuka gry od której mógłby się uzależnić, ale chyba mu to nie już grozi. Uwielbia podróże w czasie. Umrze prawdopodobnie na zawał serca około roku 2054.

    Witam Tomku! Na początek chciałbym zapytać Ciebie o Twą artystyczną pasję. Czy chciałeś być artystą od, że tak powiem, maleńkości, czy raczej miłość do sztuki i pragnienie jej tworzenia było czymś, co obudziło się w Tobie dopiero w którymś momencie życia?

    Raczej od maleńkości, gdzieś to zawsze we mnie drzemało. Połowa rodziny od strony mojej matki przejawiała jakieś artystyczne talenty – pradziadek był kowalem, wujek i ciotka malowali itd. Ale o robieniu kariery (w angielskim tego słowa znaczeniu) w tej dziedzinie pomyślałem dopiero mając lat 22 kiedy głód zajrzał mi w oczy. Wcześniej marzyłem o narysowaniu własnego komiksu itd. ale to były tylko takie marzenia, poziom rysunków, żeby daleko nie szukać, ze "świata młodych" zdawał się nie do osiągnięcia, a Thorgal czy Szninkiel to był majestat w pełnej postaci.

    Twoje dzieła są niejednokrotnie monumentalne – przedstawiające ogromne sceny zbiorowe lub eksponujące piękno wielkiej architektury (Monastyr). Czy kiedykolwiek jednak obraz, który chciałeś namalować przytłoczył Cię, uniemożliwił dokończenie dzieła?

    Takiego obrazu nie było ale był projekt którego nie dokończyłem – robiłem kiedyś komiks z klientem zza oceanu – za śmieszne pieniądze wymagał ode mnie niewyobrażalnej pracy – twarz bohatera na jednym kadrze poprawiałem około trzydziestu razy: "za wesoły, teraz za smutny, dobrze wesoły ale jeszcze żeby był poważniejszy, taki poważny i smutny, ale wesoły". Plan zakładał robienie jednej strony dziennie co przy tak absurdalnych pieniądzach i ilości poprawek nie było możliwe, więc musiałem zrezygnować. Niestety, w Stanach komiks to przemysł, tysiące utalentowanych ludzi pracuje na zasadzie inker, penciler, colorist dostając za to 25-50$ od strony i robiąc przynajmniej jedną stronę dziennie; nic dziwnego że zalega to później na półkach w kioskach albo leży w koszach na śmieci. Ja jestem raczej przyzwyczajony do traktowania albumu komiksowego jak dzieła sztuki – obyczaje Belgijskie czy Francuskie tutaj są mi o wiele milsze, stawki też. Co jakiś czas zdarza się klient, który nie wie czego chce albo wie ale nie potrafi mi tego przekazać – staram się nie podejmować takich zleceń, ale to często wychodzi dopiero "w praniu" i kilka projektów przez to wspominam niechętnie. Ale nie zdarzyło mi się, jak to się mówi, "klękać" przed jakąś ilustracją dlatego, że jest za duża albo jest na niej za dużo do namalowania. Problem może stanowić jedynie irytujący zleceniodawca, śmieszne pieniądze albo brak czasu.

    To oczywiste, że okładka taka jak ostatnio zrobiłem dla FFG, nie może powstać w 1 dzień... chociaż, ja ze swojej strony dałbym rade, ale tutaj dochodzi sprawa komunikacji, każdy etap musi przejść przez oczy kilkunastu ludzi w firmie i zanim do mnie trafi jako "approved" to mija kilka dni, dlatego fizycznie nie jest możliwe zrobienie okładki w jeden lub dwa dni. Chyba że dano by mi całkowicie wolną rękę jak przy "Army of Scorpions 2"

    Pomówmy chwilę o tych z Twoich dzieł, które przedstawiają światy fantasy. Mimo, iż przedstawiają świat ze wszech miar fikcyjny są one jednak, w szczegółach, bardzo realistyczne (detale oręża, ekwipunku, strojów). Dlaczego decydujesz się w swoim malarstwie na taki realistyczny styl?

    Bo to fascynujące – proszę sobie wyobrazić jakby wyglądał nasz tak zwany "szary poniedziałek" gdyby w drodze do szkoły groził nam strzał z kuszy pod łopatkę albo gwałt spragnionych elfek – czyż nie zaczęlibyśmy bardziej doceniać ten nasz żywot? Myślę, że właśnie zastosowanie tego świata z głowy, całkowicie wymyślonego do naszych codziennych odczuć, realizmu, to jest cała esencja fantastyki, stąd też chyba taka popularność gier RPG, gdzie gracze oddychają, mówią i myślą tak jak co dzień, realnie, na żywo, ale na czas gry przenoszą te odczucia w inny świat. Realistyczny styl malarski, mam nadzieję, tylko pomaga wyobrazić sobie sceny, które maluję, na przykład za oknem swojego biura czy mieszkania. Miecz, który wygląda podobnie do miecza z XIV wieku, możemy sobie pójść i zobaczyć w muzeum, ba – nawet dotknąć, bo da się takie rzeczy kupić czy wypożyczyć. Oglądając później ilustracje jesteśmy w stanie niemal poczuć ciężar tej zbroi na własnym grzbiecie i chyba o to chodzi. Dlatego nie pociąga mnie świat mangi z postaciami o oczach na pół głowy, a wręcz śmieszą mnie bohaterowie gier z mieczami 4 krotnie większymi od nich, zresztą na forach publicznych często zwracam na to uwagę młodym artystom żeby nie przesadzali z rozmiarami ostrzy, zwłaszcza osadzonych na bardzo cienkich drzewcach – to jest oczywiście fantasy, magia i nie mówię że to źle, ale sensowność, fizyczność broni, stroju pomaga uwierzyć w świat. Oczywiście sam również otrzymuję takie uwagi – że jelec za nisko, że głownia nieporęczna – oczywiście, nie znam się na tym, nie jestem zbrojmistrzem, ale staram się nadać tej broni wiarygodny wygląd, również w tym sensie żeby wyglądał jak z metalu a nie ze szkła. Na pewno jednak nie przesadzam, nie robię kolczastych zbroi każdemu złemu bohaterowi – z tymże takie obrazki i tak wracają do mnie z komentarzem klienta "dodaj kolce na naramiennikach i rogi na hełmie – gość jest zły na wskroś!" i cóż, nie mam wyjścia, mimo że wiem, że taka zbroja to absurd, bo kolce tylko zawadzają temu biednemu rycerzowi, że o rogach już nie wspomnę. Osobiście uważam, że broń w grze powinna wyglądać zwyczajnie, miecz Saurona powinien wyglądać jak miecz Aragorna – to dopiero wojownik używa broni zgodnie ze swoim sumieniem i umiejętnościami, i to dopiero w jego reku broń robi się niebezpieczna i budzi grozę. Przekombinowane projekty mieczy z kolcami, cudami i co tam tylko, nie robią na mnie specjalnego wrażenia. Kto stał kiedyś 3 metry od rozjuszonego koleżki w pełnej zbroi, biegnącego na nas z mieczem w ręku, ten wie, że projekt zbroi i oręża nie ma nic do pełnych spodni.

    Skąd czerpiesz wiedzę historyczną do tworzenia tych grafik? Opracowania naukowe, ryciny z epoki, a może przyglądasz się pracy grup rekonstrukcyjnych, których w naszym kraju mamy mnóstwo?

    Niestety tylko ze źródeł znajdujących się bezpośrednio pod ręką w pracowni, czyli książki i Internet. Chciałbym kiedyś się wybrać w teren z kamerą i obejrzeć taką bitwę z bliska, ale nie mam na to czasu. Poza tym, w projektach nad którymi ostatnio pracuję, "trafność historyczna" nie jest aż tak istotna – moje zbroje przypominają te średniowieczne, ale nie należy doszukiwać się autentycznych rozwiązań, ba – większość klientów wręcz odradza używanie jakichkolwiek skojarzeń z chrześcijańskim rycerstwem, więc na tarczach nie może być krzyży, na zbrojach postaci świętych, liternictwa itd. Powiem tylko, że różnica miedzy Internetem a rzeczywistością jest kolosalna. Internet to przede wszystkim pornografia i bzdety – kiedy przychodzi co do czego znalezienie konkretnego źródła wiedzy jest praktycznie niemożliwe, a jeśli już, to jakość obrazka jest taka, że na nic się nie przyda. Natomiast ostatnio żona zafundowała mi na urodziny wstęp do muzeum w Krakowie, który – nawiasem mówiąc – jest wolny, ale liczą się intencje, i możliwość zobaczenia takiej zbroi z bliska zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zauważyłem na przykład, że każdy egzemplarz różnił się od drugiego, nawet jeśli były to mundury tej samej formacji – jakaś naszywka, pamiątkowa wstążka od ukochanej przewiązana na ramieniu, grawerka na napierśniku ze sceną z polowania – to właśnie takie detale sprawiają później, że ilustracja zamienia nas w warzywo – siedzimy z rozdziawioną buzią i gapimy się w ekran przez godzinę. Do tego staram się cały czas dążyć – nie interesuje mnie czy ktoś uzna kolor munduru za niehistoryczny; bardziej fascynuje mnie to, że ktoś dzięki ilustracji się... wzruszy, dostrzeże w tym żołnierzu z ilustracji człowieka który umiera, ginie, za cel, albo bez celu, ot – po prostu przypadkowa kula i nigdy już nie zobaczy swoich dzieci... mam takie emocje cały czas oglądając obrazy Gierymskiego, Malczewskiego czy Kossaków. A propos wielkich mistrzów – kiedyś oglądałem ciekawy program jak, bodajże świętej pamięci Starowiejsky, opowiadał o bzdurach historycznych w "Bitwie pod Grunwaldem" Matejki – jakieś zbroje z XVI wieku (bitwa, przypominam była w roku 1410), jakieś łuki kompozytowe wygięte w drugą stronę itd itp. Ale cóż, mistrz też malował z takich źródeł jakie miał pod ręką, z tymże kto dziś o tych przeoczeniach mówi? Nikt, bo każdy się zachwyca dziełem jakich próżno szukać w twórczości światowej, gdzie bitwę malowało się raczej jako schemat rozmieszczenia wojsk w równych szeregach, z opisem co i gdzie stało, i pod czyim dowództwem – może to i praktyczne podejście, ale bez polotu w ogóle.

    W notatce na swój temat, na Twojej stronie internetowej (www.morano.pl), wymieniasz artystów, którzy są dla Ciebie inspiracją – wymienieni to między innymi Boris Vallejo, Brom, Milo Manara lub Louis Royo. A czy są jacyś polscy artyści, którzy stanowią dla Ciebie inspirację? Wojciech Siudmak? Zdzisław Beksiński?

    Na pewno też. Siudmaka znam słabo z paru gościnnych galerii na łamach św. pamięci "Fantastyki", na wystawie Beksinskiego byłem kiedyś w Katowicach, robi wrażenie nie powiem, ale zawsze bardziej wolałem wspomnianych juz Kossaków, Gierymskiego czy mojego ulubionego Malczewskiego, czyli jednak romantyzm, a nie surrealizm. Mówić za co każdego?

    Tak, poproszę.

    Gierymskiego za mroczność.
    Kossaków za dynamizm i znajomość koni, co jest niesłychanie trudne.
    Malczewskiego za kolory – są wręcz niesamowite, a jak się to ogląda na żywo to po prostu obłęd.
    Vallejo zrobił na mnie wrażenie anatomią i realizmem, ale szybko mnie rozczarował jak się dowiedziałem, że maluje półnagich kulturystów w swojej pracowni – to żadna sztuka, każdy tak potrafi, poza tym, po pewnym czasie, dostrzegamy schemat według którego robione są wszystkie jego prace i zaczynają nużyć, ale generalnie lubię ten klimat – to jak okładki takiego zespołu Manowar – muzyka średnia i w ogóle zalatuje kiczem, ale to klasyka i nie poradzisz na tle tego dziadostwa, które dzisiaj nas otacza, to i tak jest rzecz nie do pobicia.
    Brom – Brom to Brom, jest jedyny w swoim rodzaju i koniec
    Manara – facet który samym konturem robi więcej niż najwybitniejsze dzieło kinematografii z kategorii XXX. Jego kobiety to jest esencja erotyzmu, ale jednocześnie nie mają nic z tych plastykowych lal, które dziś możemy spotkać dosłownie wszędzie. To jest taki erotyzm w stylu lat 20 lub 30, subtelny i zmysłowy, i po prostu uwielbiam jego akwarele. Przy okazji trzeba by tu wymienić Altune.
    Royo to już tak z sentymentu – przypomina mi po prostu moje pierwsze kontakty z fantastyką,
    ale powinno się tutaj jeszcze pojawić kilka nazwisk jak Gimenez – każdy jego obrazek to jakby mieć przed oczyma książkę, 1000 stronicowe tomiszcze, spakowane jakimś malarskim zipem i przelane na płótno – po prostu genialne, polecam jego karty do tarota – tylko kilku ludzi na świecie jest coś takiego wstanie wymyślić; poza tym komiksy "Entropia".
    Rosiński – wiadomo, mój mistrz od zawsze; swoboda, ekspresja, wiarygodność – najlepszy przykład na to, że sam scenariusz dzieła nie czyni – z całym szacunkiem do pana Kasprzaka ale Yansa położył na łopatki; to jest zupełnie inny komiks od tego, który rysował Rosiński – ja jeszcze Yansa pamiętam z "Fantastyki" drukowanego w odcinkach, czarnobiałe strony – to były czasy kiedy ja nie to że wierzyłem, ale byłem przekonany, że tak będzie wyglądać nasza przyszłość; niewiarygodne, że teraz tak trudno mi uwierzyć w te wizje, które pokazywane są w kinie – efekty specjalne itd. ale to wszystko jest takie sztuczne, plastykowe; ostatnio oglądałem nowego Terminatora i przespałem pół filmu, mogli dać tam Chucka Norrisa, przynajmniej byłoby się z czego pośmiać.

    Pomówmy o grach. Jesteś autorem wielu doskonałych ilustracji do gier wszelkich gatunków i wszelkich wydawnictw. Wymienianie nie ma tu nawet sensu – spektrum jest zbyt szerokie i obejmuje wszystkie bodaj gatunki – gry planszowe, karciane, RPG… Wielu młodych ludzi w dobie komputerów, Internetu i telewizji nie jest zainteresowana sztuką. Czy uważasz, że piękna ilustracja w grze może ich jednak skłonić do podjęcia takich zainteresowań? Poszukiwań sztuki?

    Co mam powiedzieć, że żal mi takich ludzi? No żal, ale nie obwiniam ich – to wina ich rodziców, którzy nie mieli dla nich czasu i sadzali ich przed telewizorem albo konsolą i na tym się ich percepcja kończy.

    A szkoda, bo gry tak zwane "tradycyjne", to zupełnie inny wymiar rozrywki – sam lubię gry komputerowe; teraz mam na to mniej czasu i od jakiegoś czasu tytuły, które się pojawiają, nie wciągają mnie tak bardzo jak Empire: Total War na przykład, ale owszem, potrafiłem kiedyś przesiedzieć na studiach pół semestru tocząc boje w "Sudden Strike" albo "Homeworld" . Grałem online w zasadzie w większość gier, które już się pojawiły, nie specjalnie mnie zachwyciły, głównie dlatego, że nie dają mi, jako graczowi, możliwości odejścia od komputera co uważam za absurd; teraz gram tylko w Hattrick'a (orel44 – zapraszam na sparing), bo nie wymaga ode mnie siedzenia całą noc i przerzucania surowców i sejwowania floty. Gram też po sieci w Sturmovika i CoD'a – tutaj jest już ciekawiej, bo dochodzi opcja inteligentnego przeciwnika – chociaż z tą inteligencją to też jest ostatnio słabo, zwłaszcza w Call of Duty. Ale nic nie zastąpi sesji przy planszówce, na przykład z rodziną albo znajomymi przy grze "Pirate's Cove" albo "Citadels", to jest taka zabawa, że tego nie ma jak porównać do TV czy gier po sieci; siedzi się z żywymi ludźmi, można się pokłócić, pośmiać, poflirtować – po prostu zabawa. Przy tym się je, pije, tańczy, a jak gram w Sturmovika i czytam ten czat tam u góry, to większość ludzi wróciła z roboty, otwarła sobie piwo, wklepuje jakiegoś wall - hacka i ma ochotę dokopać paru łepkom na necie – smutne. Nie nazwałbym tego zabawą, a raczej katowaniem się. Dla mnie osobiście pojęcie "dobra gra " to grywalność, poziom trudności, czyli przeciwnik z którym się muszę zmierzyć i najlepiej żeby to nie był komputer, oraz piękna grafika.
    Czy kogoś może taka ilustracja zachęcić do kupna gry? Może, pewnie że może, wydawca na pewno ma to na uwadze pisząc swoje uwagi do moich szkiców – ja bardziej szukam u odbiorcy emocji, które mi towarzyszyły, w czasach kiedy oglądałem gry typu Warhammer tylko na czarnobiałych reprodukcjach w "Fantastyce ". Mnie tamten "zachodni " kolorowy świat wciągał wtedy niesamowicie – stwory, potwory, piękne wojowniczki były symbolem świata, który nie opierał się tylko na staniu w kolejkach po kawałek arbuza jak rzucili; to było właśnie coś więcej, coś fantastycznego, nieosiągalnego a jednocześnie przekonywującego. Na przykład taka gra "Magia i Miecz" – sama gra jako klon chyba jakiejś angielskiej wersji nie zachwycała, ale okładka... pamiętam, że zrobiłem sobie nawet powiększenie tej ilustracji i wisiała u mnie w pokoju na drzwiach przez ładnych parę lat. Ten biały smok to był symbol tego lepszego świata, gdzie z mieczem w reku możesz być kim tylko chcesz; szkoła, praca, polityka to już nie miało znaczenia. Myślę, że to jest dokładnie tak jak ze wszystkim innym – dla jednych to jest sztuka, dla innych tylko ładna oprawa, dla jeszcze innych w ogóle niezauważalny detal. Dla mnie telewizji mogłoby w ogóle nie być, program o zatopieniu Bismarcka uważam za ciekawy, a jakiś tam debilny serial o tańczeniu to w ogóle nie wiem po co jest.

    Twój kolega po fachu – Przemysław Truściński, był twórcą wizerunku wiedźmina Geralta do znanej polskiej produkcji studia CD Projekt: RED. A czy Ciebie kusiło kiedykolwiek by tworzyć grafiki koncepcyjne do jakichś gier komputerowych? A może już otrzymałeś jakąś propozycję?

    Otrzymałem propozycje od firmy Red, powstało kilka ilustracji Dzierzby, Ciri itd. ale była to propozycja śmieszna, na tyle, że jej szczegółów nie warto nawet przytaczać. W każdym razie nie widziało mi się przenoszenie do Warszawy żeby pracować na pełny etat przy Wiedźminie za kwotę, która od biedy starczałaby na wynajem pokoju i to nawet nie blisko centrum czy miejsca pracy. Decyzja była o tyle trudna, że też jestem entuzjastą, może nawet większym niż Truścinski, chociaż pewnie moglibyśmy się o to pokłócić; uwielbiam wiedźmina, ale też mam głowę na karku i rodzinę na utrzymaniu, więc po prostu nie mogę do tego interesu dokładać, a najwyraźniej polityka firmy jest taka, aby zatrudnić samych entuzjastów, których ta miłość tak zaślepi, że o wynagrodzenie się już nie upomną. Jak się później przekonałem niestety, jest to dość typowe podejście polskich wydawców, więcej się mówi, chwali i generalnie gada a później stawia się drewnianą budę. Pamiętacie taki komiks "Tytus, Romek i Atomek " jak stawiali w szkole tor do wyścigów ślimaków? I Romek się pyta: "Atom, miałeś takie świetlane plany, a stawiamy zwykłą budę" – i tak to mniej więcej wygląda w Polsce. Dlatego generalnie nie współpracuję już z polakami, są po prostu niepoważni. Natomiast za granicą wszystko jakoś świetnie funkcjonuje, działa i wcale nie chodzi o duże pieniądze, o jakieś mega promocje, a po prostu o szacunek wobec siebie i miłość do gier – w Finlandii pracowałem przy grach dwukrotnie, za zupełnie symboliczne kwoty, ale w jakiej atmosferze!! Polscy wydawcy mogliby się tylko uczyć jak wyglądają relacje szef – HR – pracownik – kierownik działu – sekretarka – pani od sprzątania.
    Wracając do pytania to tak się akurat składa, że częściej tworzę concept arty do filmów niż gier. Ostatnio miałem okazję zapoznać się z projektem ekranizacji znanej kreskówki "Last Exile" i "Cowboy Bebob", ale z braku czasu musiałem niestety je odpuścić. Wiem też, że wielu początkujących artystów uważa branżę gier wideo za ostateczny cel swojej kariery, niestety nie jest to aż takie różowe, o czym może wam powiedzieć wielu grafików, i to z polski, Magda Dadela na przykład, pracujących w grach na zachodzie. Pracy jest dużo, a efekt ginie gdzieś później w post produkcji – nieliczne firmy wydają grę wraz z albumem zawierającym concept arty, albo umieszcza je w credytach. W grach RPG czy planszówkach jest to nieco lepsza przygoda, bo gracze mają bezpośredni kontakt z ilustracją przez całą grę.

    Wracając do gier „bez prądu” - w jaki sposób wybierasz propozycje pracy? Czy są jakieś gatunki, klimaty gier, które ilustrujesz chętniej od innych?

    Generalnie biorę wszystko jak leci – ot takie wyzwanie, na przykład gra osadzona w drugiej wojnie światowej – chyba nigdy nie robiłem czegoś takiego, warto spróbować, ale czasami nie mogę wziąć wszystkiego i przebieram, a wtedy wszytko zależy od gry i art dyrektora, bo to oni zazwyczaj są na pierwszej linii ataku jeśli chodzi o werbowanie freelancerow do projektu. Nie wiem czy powinienem to mówić, ale na przykład mam słabość do FFG i ich AGOTa – ilustruję tą grę już tyle lat, czytałem książkę – jest świetna, nie mogę się doczekać ekranizacji powieści – jednym słowem żyję tą serią. Teraz Zoe Robinson prosiła mnie o zrobienie nowych okładek… opadły mi ręce w geście rezygnacji, ponieważ terminy mam już zajęte do końca września, a zrobiłbym te okładki z chęcią. Stanęło na tym, że jednak podjąłem się tej roboty, nie wiem jeszcze jak to będzie z czasem, ale postaram się jakoś wszystko pogodzić. Ale są na przykład art dyrektorzy kompletnie bez pojęcia, gra sama w sobie może nawet nie jest zła, ale nie potrafią jej kompletnie sprzedać, opowiadają jakieś bzdury, że to ma być mix MadMax'a i kogo tam jeszcze… i Hellboy'a... Tragedia, nawet nie odpisuję na takie propozycje. Albo to z Krakowa chyba było – tutaj firma taka a taka, pieniądze nie grają roli, mamy rewolucyjny pomysł itd. jednym słowem chcemy żeby pan nam zrobił ilustracje RASTROWE do gry o wojnie – i tutaj nawet nie trzeba czytać od kogo to jest, bo jeśli HR w firmie rzekomo robiącej gry pisze, że potrzebuje do gry grafikę rastrową – czyli tłumaczy mi jak cielęciu na granicy albo sam gdzieś wyczytał jak to się nazywa fachowo – to znaczy, że kompletnie nie mają pojęcia o tym co robią. Teraz zacząłem pracę nad "Magic: The Gathering" – jeszcze jest to dla mnie nowy świat zupełnie inny od tego w AGOTcie, ale już mi się podoba, że mam w zasadzie całkowitą swobodę kreacji, co mi przyjdzie do tego łba to mogę namalować i to tylko lepiej zrobi samej ilustracji; zresztą jakości artów w M:TG chyba nie musze reklamować. Dużo też zależy od samego szefa produkcji – jeśli nie stać go na zatrudnianie art dyrektora to sam werbuje freelancerow i "sprzedaje " projekt – w tej kwestii Ignacy Trzewiczek z Wydawnictwa Portal jest absolutnym mistrzem – pracowałem dla nich przez lata, często były problemy z płatnościami itd. ale zawsze było tak, że Ignacy siadał i mówił "wiesz jest taka gra, wiem że masz teraz dyplom, nie masz czasu, ale pisałem ją 3 lata, nie chcę żeby mi to ktoś teraz zepsuł, to po prostu musisz być Ty" a ja odpowiadałem "no dobra to o czym to jest?" i to był koniec, w kilka minut Trzewik opowiadał mi świat, mechanikę gry i tło, i już było po mnie, leciałem z firmy do domu i zaczynałem rysować. Aż w końcu musiałem odejść, bo dłużej tak być nie mogło (śmiech).

    Na Twojej stronie możemy przeczytać, iż jesteś także fanem gier komputerowych. Czy jako artysta pracujący przy grach w swoich założeniach jednak klasycznych, towarzyskich, nie obawiasz się, że komputery z czasem wyeliminują klasyczne gry planszowe, karciane, RPG?

    To co się dzieje na świecie generalnie mało mnie interesuje, a czy zostaną wyeliminowane z mojego życia ? Nie, na pewno nie, nawet jeśli przestaną być produkowane to zacznę je robić sam. Jak miałem 8-10 lat to szło mi to całkiem nieźle. Zresztą, ja mam tak ze wszystkim; kiedyś weszło na rynek VHS – to jakoś nie zaszkodziło mojej kolekcji komiksów ani czytaniu książek, potem weszły gry komputerowe i przebojowy „Sensible Soccer” – musze przyznać że się uzależniłem, ale i tak większość czasu spędzałem z kolegą na obmyślaniu strategii do następnej rozgrywki w grę planszową „Waterloo”, znaną bardziej jako „Stratego”. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale jak coś ma wartość, to ja to doceniam, jak coś nie ma wartości to nie zauważę tego choćby mi migało i krzyczało z telewizora, że MUSZĘ to mieć – nic nie muszę, kupować gier też nie muszę. Tylko dlatego, że kupiłem COD, COD:UO, COD2, COD4 (dostałem od żony na gwiazdkę) i COD5, następnego CODa już wiem, że nie kupię, bo gra po prostu zeszła na psy, ma praktycznie zerową grywalność i ja tę granicę widzę, a że nie widzą jej inni – trudno, nie mam zamiaru nikogo potępiać. O pracę się nie martwię, zawsze jest coś do zrobienia, jeśli nie w tej dziedzinie to zawsze się można przekwalifikować; ostatnio bardzo ładnie mi wyszły kafelki w łazience, mogę na tym zrobić karierę, a po pracy będę z żoną grał w szachy – w końcu muszę ją kiedyś pokonać. Zresztą, mam zalążki projektu pod kryptonimem "Overlord", a który w dwóch słowach sprowadza się do tego, żeby założyć firmę robiącą gry – więc może pan Lucas się poddał i zrobił Gwiezdne Wojny pod 12 letnią publiczność i wszyscy inni też się w końcu poddadzą, ale ja na pewno pozostanę wierny i będę robił gry dla ludzi i do grania, a nie do bicia rekordów sprzedawalności – także jestem zupełnie spokojny o przyszłość.

    Na koniec przejdźmy do literatury. Tworząc grafiki do A Game of Thrones LCG lub Call of Cthulhu LCG, stałeś się, podobnie jak kilku innych artystów, ilustratorem dzieł Martina i Lovecrafta. Czy jest jakiś inny autor, którego powieści pragnąłbyś „ilustrować” gdyby pojawiła się taka możliwość?

    Tutaj muszę się przyznać, że twórczość Lovecrafta znam tylko z art desciptions, które dostaję i raz grałem w Cthulhu sesje RPG – przerażające przeżycie; wiecie, totalny sceptyk zobaczyłem ogłoszenie o sesji RPG na wydziale u mnie na uczelni i poszedłem. MG widział, że jestem sceptycznie nastawiony, więc poświęcił mi maksimum swojej uwagi i jak wracałem o 2 w nocy przez miasto to na prawdę miałem pietra. Martina AGOTa czytałem, ale też jeszcze nie wszystkie tomy, to akurat świadomie, bo wiem jak ta książka wciąga, a nie mogę sobie teraz pozwolić na to, żeby zawalić cały tydzień na czytanie książek.

    Kogo chciałbym ilustrować? Sapkowskiego – ale to już chyba płonne nadzieje, bo chyba wszystko co dało się sknocić już zostało sknocone – mizerny komiks, tragikomiczny film i bajkowo cycata gierka – nie wiem doprawdy co musiałbym namalować, żeby fani tej prozy jeszcze uwierzyli w sens tej opowieści. Może Ciri odgryzającą Cahirowi łeb? (śmiech)

    No i Sienkiewicz, taaak tutaj czuję pole do popisu. Dodatkowo musiałoby to być osadzone historycznie, ale to chyba musiałby być już jakiś rządowy projekt pod patronatem ministerstwa kultury czy jakiś inny zakon (śmiech).

    To ostatnie pytanie zadaję wszystkim artystom, z którymi rozmawiam, więc proszę się przygotować. Jeżeli Tomasz Jędruszek miałby być bohaterem powieści, to kim by w niej był i dlaczego?
    Kmicicem oczywiście i spaliłbym nie tylko Wolontowicze! (serdeczny śmiech)

    Genialna postać, tak samo zła jak i dobra, i o to chodzi, a nie jakieś transformersy.

    Jeszcze raz dziękuję za poświęcony mi czas! Życzę powodzenia przy kolejnych pracach i mnóstwa inspiracji!
    Cała przyjemność po mojej stronie, bardzo fajne pytania. Myślę, że to jest zalążek jakiejś dłuższej pogawędki przy kuflu piwa w nastrojowej oberży.

    Z najlepszymi życzeniami dla Ciebie i Twojej rodziny.

    Dziękuję, przekażę na pewno.


    wywiad przeprowadził
    Arkady F. Saulski