Wywiad z Trudi Canavan

    Polski

    Trudi Canavan to australijska pisarka i laureatka prestiżowej nagrody "Aurealis" za opowiadanie "Szepty Dzieci Mgły". Autorka dała się poznać w naszym kraju za sprawą kilku powieści, które znalazły rzeszę oddanych czytelników. Niedawno mieliśmy okazję zamienić z nią kilka słów. Co jest dla niej motywacją do pisania? Jakie książki preferuje? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w naszym wywiadzie.

    Cykl "Millennium's Rule" jest zakończony. W Australii, ale też w Polsce, właśnie ukazała się "Maker's Curse". Co teraz? Zasłużony odpoczynek? A może rzuca się Pani w wir nowych projektów?

    Teraz udaję się na długą, potrzebną przerwę. Chciałabym w następnej kolejności opublikować zbiór opowiadań, ale muszę napisać kilka nowych, więc potrzebuję czasu, by pomysły dojrzały we mnie, zanim zacznę szukać wydawcy. A co do książek… Nie podjęłam jeszcze decyzji. To bardzo miłe uczucie, kiedy nie wisi ci nad głową żaden deadline!

    W normalnych warunkach po premierze powieści zapewne pojawiałaby się Pani na spotkaniach autorskich, ale z powodu pandemii jest to niemożliwe. Jak zatem wygląda promocja książki dzisiaj? Czego mogą spodziewać się Pani fani?

    Na razie to dość interesująca sprawa – wydaje mi się, że mam więcej spotkań autorskich niż zwykle. Oczywiście, udzielam mniej wywiadów i jest mniej artykułów, ale pojawiam się na video i w wydarzeniach on-line. Podejrzewam, że transmisje video wydawały się dotąd zbyt trudne, głównie ze względu na oczekiwania względem jakości, którym nie każdy autor jest w stanie sprostać. Jednak Zoom i reszta software’u przeznaczonego do wystąpień on-line udowodniły, że takie rzeczy są o wiele łatwiejsze do zrobienia niż sądziliśmy, oczywiście o ile nie masz nic przeciwko jakości typu selfie. To szczególnie cenne doświadczenie dla australijskich autorów – możemy uczestniczyć w internetowych wydarzeniach z marszu i właściwie bezpłatnie. Jedynym problemem jest różnica stref czasowych.

    Na Pani stronie znajduje się zdumiewający dział - "Report a Typo!". Wiele razy spotkałam się z tym, że pisarzy irytowało zwracanie uwagi na błędy w książce, szczególnie te, na które nie mieli wpływu, a Pani wręcz do tego zachęca. Skąd ten pomysł? Czy fani chętnie z tego korzystają? Czy ta opcja jest też dostępna dla czytelników nieanglojęzycznych?

    Chyba żaden autor nie lubi mieć literówek w książkach, ale to się po prostu zdarza. Pomyśl tylko: w książce są setki tysięcy słów, więc to normalne, że kilka z nich będzie niewłaściwie napisanych. Kiedy tylko dowiedziałam się, że mogę poprosić o korektę kolejnego wydania albo e-booków, uznałam, że wiadomości od czytelników informujących o literówkach to świetny pomysł. Myślę, że każdy autor powinien to rozważyć!

    Do tej pory kilkakrotnie odwiedziła Pani Polskę. Jak wspomina Pani wizyty w naszym kraju? Czy ma Pani kontakt z polskimi czytelnikami czy fanklubami?

    W Polsce zawsze wspaniale się bawię! Miałam nadzieję, że zobaczę więcej waszego kraju w tym roku, ponieważ dotąd odwiedziłam tylko Kraków, Warszawę, kopalnię soli i zobaczyłam trochę widoczków z okna pociągu. Liczę, że uda mi się wpaść do Polski innym razem. Mam w Polsce bliskiego znajomego, poznanego dzięki fandomowi, więc miałam nadzieję, że w tym roku uda mi się pobyć na Pyrkonie.

    Raczej nie dołączam do internetowych fanklubów, ponieważ ich uczestnicy wolą mieć poczucie swobody w wyrażaniu opinii, a obecność autora tę swobodę ogranicza. Mam też problemy z kręgosłupem, które sprawiają, że nie mogę siedzieć zbyt długo, więc czas spędzany przed komputerem ograniczam do pisania i wystąpień.

    Polska to oczywiście niejedyny kraj, który Pani odwiedziła. Bywa Pani na konwentach czy targach książki w różnych częściach świata. Czy lubi Pani takie wydarzenia, czy raczej pojawia się tam dla fanów? Czy czuje się Pani częścią fandomu?

    Lubię podróżować, chciałabym mieć ku temu okazję jeszcze częściej. Większość moich podróży do Europy jest związana ze spotkaniami autorskimi, a ja chciałabym spędzić tam też trochę wakacji. Takie tournée bardzo wyczerpują, ale moja ulubiona ich część to spotkania z czytelnikami. Nigdy nie angażowałam się w międzynarodowy fandom, chociaż trochę działałam w australijskim. Mniej w ostatnich latach, ale wciąż mam kontakt z wieloma osobami, które poznałam w ten sposób.

    Słyszałam, że podobno umieszcza Pani w swoich książkach sugestie czytelników. Jak to wygląda? Czy chodzi o detale, czy byłaby Pani np. skłonna utrzymać przy życiu postać, jeśli czytelnicy będą na to nalegać? Czy jest jakaś ważna zmiana w fabule Pani książek, jaką wprowadziła Pani pod wpływem odbiorców? (Jeśli tak, to jaka). Czego na pewno by Pani nie zmieniła?

    Nie wiem, skąd ma Pani taką informację! Na mojej stronie internetowej proszę czytelników, żeby nie przesyłali mi żadnych sugestii: mój przewrotny umysł odrzuca wszystko, co nie jest moim własnym pomysłem, więc gdybym ciągle poznawała cudze koncepcje, w końcu nie miałabym już z czego korzystać!

    Oczywiście interesuje mnie, co mają do powiedzenia czytelnicy o tych książkach, które już zostały napisane. Przydatne są też ogólne sugestie, na przykład żebym napisała więcej o jakiejś postaci albo o świecie. Nie wpływają one jednak na to, co robię, ponieważ inspiracja do nowego projektu w rodzaju książki czy cyklu musi wypływać ze mnie samej, nie ze świata zewnętrznego.

    Jak reaguje Pani na fanfiction i fanarty? Czy traktuje je Pani jako komplement? Wiem, że niektórzy autorzy nie życzą sobie, by do ich książek tworzono fanfiction.

    To jedno z tych pytań, na które muszę odpowiedzieć „to zależy”. To wspaniałe uczucie, kiedy moja twórczość inspiruje innych do tworzenia – i intrygują mnie ich interpretacje moich dzieł. Jedyny raz, kiedy poczułam się urażona fanfiction był wtedy, gdy ktoś przepisał całą moją książkę na nowo pod kątem własnych uprzedzeń.

    Największy problem to cienka granica między interpretacją a naruszeniem praw autorskich. Bardzo trudno wyczuć tę granicę, ale osoba, która tworzy inspirujące innych utwory musi ją ustalić: dla siebie i dla innych. Pisanie nie przynosi wielkiego dochodu, a im mniejszy dochód, tym mniej czasu na pisanie książek. Nawet jeżeli autor ma szczęście i jego książki zostają bestsellerami, dochód z nich służy wydawcy, który dzięki temu ma pieniądze do wsparcia nowych autorów i stawiania na debiuty.

    W Pani powieściach w głównych rolach konsekwentnie pojawiają się kobiety. Czy to świadomy wybór? Czy kieruje się Pani bardziej do czytelniczek niż czytelników? Czy uważa Pani, że płeć bohatera ma znaczenie dla odbiorcy?

    Tak właściwie to jestem przekonana, że napisałam więcej tekstów z męskiego punktu widzenia niż kobiecego! Przynajmniej w przypadku Trylogii Czarnego Maga. Dopiero potem postawiłam na równowagę, ponieważ tak, to dla mnie ważne. W końcu kobiety stanowią nieco ponad połowę populacji świata; jeżeli więc w fantasy jest inaczej, to znaczy, że to nie jest fantasy o ludziach, tylko o jakimś innym gatunku.

    Rielle z "Millennium's Rule" poznajemy w momencie, kiedy chciałaby rozwijać swój talent magiczny, ale to dziedzina zarezerwowana dla mężczyzn. W "Trylogii Czarnego Maga" pojawia się oczywiście Sonnea - ona też jest wyjątkiem w męskim świecie. To mocno feministyczne wątki. Czy identyfikuje się Pani jako feministka?

    Ma się rozumieć! W końcu jestem kobietą.

    Czy uważa Pani, że feminizm jest potrzebny we współczesnym świecie? Jakimi problemami powinien się zajmować?

    Feminizm będzie potrzebny dopóty, dopóki istnieć będą kobiety. W końcu feminizm dotyka problemu równości, więc mężczyźni potrzebują go tak samo mocno, jak kobiety. W nierównym świecie mężczyźni też są ofiarą uprzedzeń i też mają ograniczone życiowe wybory.

    W Pani twórczości pojawiają się wątki nie tylko feministyczne - pisze Pani też o innych nierównościach społecznych, także klasowych, o ksenofobii i podejściu do mniejszości seksualnych. Te same tematy są wciąż aktualne na świecie. Czy te wątki to raczej krytyka rzeczywistości, czy przestroga? Odnosi się Pani do problemów już w dużej mierze rozwiązanych czy cały czas aktualnych? Jak wygląda kwestia dyskryminacji w Australii? Jakie zmiany obserwuje Pani na przestrzeni lat? Czy sytuacja ulega poprawie, czy pogorszeniu?

    To interesujące, że uważasz te tematy za aktualne. Ktoś mówił mi, że są aktualne, kiedy debiutowałam przed dwudziestu laty. Były aktualne, kiedy byłam nastolatką… yyy… bardzo dużo lat temu. Ksenofobia jest równie stara co różnorodność. Mniejszości seksualne istnieją zapewne tak długo, jak długo istnieje ludzkość, ponieważ różnorodność to element niezbędny do adaptacji i przetrwania jakiegokolwiek gatunku.

    Kiedy tworzę światy i historie, a potem zasiedlam je ludźmi, mam jedną zasadę, którą nazywam „przestrzeganiem zasad fizyki”. Chodzi o to, by wszystko oprócz elementów fantastycznych było jak w prawdziwym świecie, tak by czytelnik jak najbardziej mógł się z tą rzeczywistością utożsamić. W ramach jednej historii nigdy nie mam możliwości uwzględnienia wszystkich zjawisk świata, toteż filtruję je przez moje doświadczenie i obserwacje. Kiedy piszę, mówię sobie: „coś tak działa w moim świecie; zastanówmy się, jak to może zadziałać w świecie magii”. Biorę pod uwagę wady i zalety, mroki i uroki. Staram się przy tym nie prawić kazań, tylko zadawać pytania i pokazywać różne perspektywy z punktu widzenia moich postaci.

    Tak, w Australii, jak wszędzie na świecie, jest dyskryminacja. Ale jest też ogólne poczucie dobroci i uczciwości, zarówno w prawie, jak i w społeczeństwie. Nie jesteśmy idealni, z pewnością są elementy, w których zawodzimy na całej linii, ale najważniejsze jest to, że staramy się, jako naród, być jak najlepszymi ludźmi i wypierać nienawiść.

    Porusza Pani też kwestię korzeni i pochodzenia. Australia to kraj nietypowy - jego obecne społeczeństwo ukształtowało się stosunkowo niedawno, różni się tym znacznie od krajów europejskich czy azjatyckich. Jest też mocno odcięty od reszty świata. Jak Australijczycy postrzegają swoje korzenie? Czy miało to wpływ na Pani spojrzenie na świat i literaturę?

    Australia ma mieszane korzenie. Jeżeli weźmiemy pod uwagę rdzennych mieszkańców naszego kraju, to jedna z najstarszych społeczności na świecie. Jest też wątek „biały”, kolonialny, chociaż to niedokładne określenie: w pierwszych wiekach istnienia żyło wśród nas wielu Afgańczyków oraz Chińczyków. Przez ostatnie stulecie przybyło do nas bardzo wielu imigrantów z całego świata. To okazało się naszą siłą. Nie mamy żadnych konkretnych korzeni, więc możemy stworzyć uniwersalne zasady. Nazywamy je „kumplostwem” („mateship”) i byciem fair („a fair go”), chociaż niekiedy z ironicznym odcieniem. Nie mamy też systemu klasowego, chociaż klasy ekonomiczne tworzą się już od jakiegoś czasu, co nieco nas niepokoi.

    Wszystko to, ma się rozumieć, wpłynęło na moje pisanie, bo jak mogło nie wpłynąć? Wymagałoby to ogromnej i przewrotnej determinacji, by uniknąć korzystania ze swojego kulturowego doświadczenia w jakikolwiek sposób, choćby podświadomie.

    W swoim światotwórstwie jest Pani niezwykle konsekwentna - w Pani twórczości pojawiają się nieznane gatunki zwierząt i roślin. To dość niespotykane nawet w fantastyce. Skąd ten krok?

    To mój osobisty wybór. Zawsze miałam poczucie nieprawdopodobieństwa, kiedy w świecie fantasy napotykałam zwierzęta z naszej rzeczywistości. Może dlatego, że mieszkam w Australii, gdzie jest oczywiste, że nie potrzeba wielkich różnic środowiska, żeby przeróżne zwierzęta ewoluowały w typowe krowy/owce/tygrysy/niedźwiedzie/zboże/jabłko. Przy czym jest jasne, że z lokalnej fauny i flory część da się udomowić, z tych samych przyczyn, z jakich my udomowiliśmy zwierzęta w naszym świecie: dla futra czy sierści, mleka i mięsa.

    A już tak zupełnie na marginesie - nazwała Pani jedną ze swoich bohaterek mianem Tessia. Było to dla mnie spore zaskoczenie, ponieważ moje drugie imię a zarazem pseudonim to Tess, zdrabniane jako Tesia lub właśnie Tessia - to słowa wymyślone przez moich przyjaciół, nieistniejące w języku polskim. Z tego powodu bardzo ciekawi mnie, jak wyglądała geneza tego imienia u Pani. Czy to neologizm, czy spotkała się Pani wcześniej z takim mianem?

    Sama je wymyśliłam, prawdopodobnie waląc w klawiaturę tak długo, aż znalazłam kombinację liter tworzącą imię, które mi się spodobało. Prawdopodobnie dlatego, że nie miałam jak dotąd zbyt wielu imion na literę T.

    Jest Pani znana z fantasy. Czy nie kusi Pani sięgnięcie po inne gatunki? Np. Hard science fiction czy thriller?

    Gdybym miała napisać coś w innym gatunku, byłby to horror. Albo poradnik rękodzielniczy!

    Jakie gatunki czyta Pani na co dzień? Też sięga Pani po fantasy?

    Zazwyczaj czytam fantasy, ale także dużo non-fiction na dziwne tematy, takie jak pochodzenie koloru czy prochu strzelniczego. Czasem sięgnę po coś w innym gatunku.

    Jakie są Pani ukochane książki? Lektury, które ukształtowały Panią jako pisarkę i jako osobę?

    Łatwiej jest mi wymienić konkretnych autorów, którzy na mnie wpłynęli, niż książki. We wczesnych latach kształtowało mnie Ziemiomorze Ursuli le Guin, potem była to twórczość Tolkiena. Wymieniłabym też Lloyda Alexandra, Tanith Lee i Raymonda Fiesta. Ostatnio myślałam o tym, że na autora wpływa w równym stopniu to, co pokochał, jak i to, co wzbudziło w nim protest. Kiedy zaczynałam pisać Trylogię Czarnego Maga, motyw pastucha udającego się na wyprawę i odkrywającego, że jest zaginionym księciem, był już strasznie oklepany. Dlaczego nie mógł zwyciężyć jako zwyczajna osoba? Dlaczego zawsze musi się okazywać monarchą?

    Stawia Pani raczej na długie formy - nawet nie tyle powieści, co całe cykle, choć czasem pisze Pani też opowiadania. Czy w czasach debiutu nie bała się Pani rzucić na głęboką wodę?

    Nie. Zawsze myślałam kategoriami dużych tekstów. To właśnie opowiadania mnie onieśmielają.

    Jak wygląda Pani pisarska rutyna? Pisze Pani regularnie czy zrywami? Czy ma Pani jakieś ulubione miejsce, rytuały?

    Moje nawyki bardzo się ostatnio zmieniły. Kiedyś kompulsywnie pisałam w przypływach natchnienia. Potem również to robiłam, ale starałam się też wyćwiczyć nawyk regularnego pisania. Odkąd pisanie stało się moją pracą, zaczęłam redagować i poprawiać ostatni napisany rozdział rano, a po południu pisać kolejny. Potem pisałam e-maile, byłam aktywna w mediach społecznościowych i na mojej stronie rano, a po południu pisałam. Ale odkąd okazało się, że to za ciężkie dla moich rąk i pleców, zmieniłam mój grafik i w końcu zostawiłam tych kilka godzin dziennie przy komputerze w całości na pisanie.

    Zawsze najlepiej pisało mi się, kiedy nikt mnie nie rozpraszał. Nie wyobrażam sobie pracy na przykład w kawiarni.

    Narodziny pomysłu na Trylogię Czarnego Maga były dość nietypowe. Pewnie często słyszy Pani to pytanie, ale czy mogłaby Pani opowiedzieć tę anegdotkę?

    O rany, to było tak dawno temu! Ten pomysł przychodził do mnie stopniowo. Pierwszy rozdział mi się przyśnił. Poza tym chciałam zagrać motywem pastucha, o którym wspomniałam wcześniej. Ale to zakończenie sprawiło, że przysiadłam do napisania książki (bo na samym początku to miała być jedna książka). Miałam dosyć słodkich, szczęśliwych zakończeń, w których wszyscy biorą śluby z wymarzonymi partnerami, a ewentualna śmierć to heroiczny czyn, a nie wyniszczający skutek uboczny wojny. (To było jeszcze zanim pojawiła się moda na ponure zakończenia, którą traktuję jako efekt tych samych przemyśleń.)

    Swoją karierę zawodową zaczynała Pani jako ilustratorka, a jednak na całym świecie jest Pani znana jako pisarka. Skąd wzięło się pisanie w Pani życiu? Czy to był przypadek, czy może marzyła Pani o tym od dawna, a grafika była formą zabezpieczenia? Czy dziś czuje się Pani bardziej pisarką czy ilustratorką? A może te kwestie są nierozłączne?

    Od dziecka pisałam i rysowałam moje pomysły. Chodziło o pokazanie historii, a to kiedyś wychodziło mi bardziej przez sztuczkę niż poprzez pisanie – ręczne pisanie było zbyt wolne, by wyrazić wszystko, co chciałam wyrazić. Kiedy dostałam pierwszy computer (Amigę!), mogłam wreszcie pisać szybciej niż myśleć, więc tak pisanie stało się najlepszą drogą przekazywania historii.

    Wciąż maluję i rysuję. Obecnie powiedziałabym, że pisanie to mój zawód, sztuka to terapia, a tkactwo to hobby.

    Długo była Pani związana z czasopisem "Aurealis.  Australian Fantasy and Science Fiction". To pozwala spojrzeć na twórczość z innej strony - nie z perspektywy pisarki czy ilustratorki, nie z perspektywy czytelniczki, a kogoś, pracuje nad cudzym utworem i pomaga mu dotrzeć do czytelników. Czy jest to dla Pani cenna perspektywa? Czy wniosła coś ona w Pani twórczość?

    Ta praca pozwoliła mi udoskonalić warsztat. Krytyczna lektura cudzych tekstów pozwala ci wiele się nauczyć, a potem wykorzystać zebraną wiedzę w praktyce. Aurealis pozwoliło mi także poznać autorów i fandom fantastyki w Australii. Nauczyłam się pracy sieciowej i poznałam mnóstwo wspaniałych osób. A zdobyta nagroda Aurealis zwróciła na mnie uwagę mojego pierwszego wydawcy, co też okazało się pomocne.

    Na przełomie roku 2019 i 2020 Australię nawiedziła plaga pożarów. O tej klęsce informowały media na całym świecie, ale dla wielu osób Australia jest kontynentem niemal tak odległym jak światy fikcyjne. A jak to wydarzenie wpłynęło na Panią - kogoś, kto był na miejscu? Jak przeżyła Pani te wydarzenia? Jak wygląda Australia dzisiaj? Czy coś zmieniło się w społeczeństwie po takim doświadczeniu?

    W 1980 roku, w Środę Popielcową, pożary lasów spustoszyły południowo-wschodnią część kraju. Dorastałam na wyżynie, gdzie spłonęło sporo terenu. Chodziłam do szkoły z dzieciakami, które straciły domy. Znałam ludzi, którzy zginęli. To było przerażające doświadczenie, które na zawsze odcisnęło na mnie piętno. Od tamtej pory miało miejsce kilka dużych sezonowych pożarów, coraz gorszych i potężniejszych. Nie wiem, czy kiedykolwiek dam radę opisać doświadczenia ogromu tego ostatniego. To miejsce, w którym życie przerasta fikcję. Co gorsza, prosto od pożarów przeszliśmy do izolacji związanej z pandemią koronawirusa, co spowolniło starania o regenerację zniszczonych terenów. Po tych wydarzeniach część przedsiębiorstw i ludzi już się nie podniesie.

    Słyszałam, że lubi Pani koty. Przyznam, że to moje ukochane zwierzaki. Czy ma Pani kota lub koty? Jeśli tak, jaką rolę odgrywają w Pani życiu?

    Mam małego, wymagającego kota o umaszczeniu typu „pingwinek”. Ma na imię Slinky, sypia pod moim biurkiem i grzeje mnie, kiedy oglądam telewizję albo czytam. Lubię też psy, ale nie mam terenu, który mogłabym zabezpieczyć ogrodzeniem.

    Rozmawiała Anna Gołębiowska-Kmieciak
    Tłumaczenie: Joanna Krystyna Radosz